05.11.2010 | Czytano: 1245

Jak się nie ma co się lubi... (+zdjęcia)

Po 40 minutach wydawało się, że Podhale pewnie sięgnie po trzy punkty. Spotkanie trwa jednak 60 minut, a dwubramkowe prowadzenie okazało się zbyt małą zaliczką. Dopiero w karnych rozstrzygnęły się losy potyczki.

Podhale mając zapewne w pamięci trzy porażki w tym sezonie ( dwa w pucharze) z przybyszami znad morza rozpoczęło spotkanie z wielkim respektem. Dało się zepchnąć do obrony i miało szczęście, iż w poczynaniach gdańszczan więcej było dymu niż ognia. Jednak to nowotarżanie mieli pierwsi sytuację na objęcie prowadzenia. K. Bryniczka w sytuacji jeden na jeden ( 4 min.) nie zdołał pokonać Odrobnego. Goście objęli prowadzenie w 8 minucie, gdy grali w przewadze. Krążek do tercji wprowadził Skutchan, który zagrał do tyłu do nadjeżdżającego Chmielewskiego, a ten oddał go Steberowi, który posłał go do bramki obok klęczącego Rajskiego. Za moment to górale grali w przewadze, a przez chwilę nawet w podwójnej, ale oddali zaledwie jeden strzał na bramkę stoczniowców. W 11 minucie Czuy przegrał pojedynek sam na sam z Odrobnym, lecz 5 minut później zmienił kierunek lotu krążka po uderzeniu W. Bryniczki z niebieskiej linii i ostatnia instancja przyjezdnych skapitulowała. Tuż przed przerwą „Szarotki” wybiły krążek z pola bramkowego, a w odpowiedzi strzał Różańskiego otarł się o spojenie słupka z poprzeczką.

Brawa żegnały hokeistów Podhala po drugiej tercji. Taki gest rzadko się zdarza w stolicy polskiego hokeja, ale owacje na stojąco należały się góralom. Pokazali sporo różnorodnych akcji dwójkowych, trójkowych, po których Odrobny zwijał się jak w ukropie. Już w 22 minucie siedzący obok mnie wykrzyknął „stadiony świata”, po akcji Jastrzębskiego z Czuyem. Wszystko odbywało się na pełnej szybkości, a Czuy z pierwszego krążka trafił pod poprzeczkę. Na kolejne trafienie kibice czekali do 36 minuty, mimo iż wcześniej sytuacji sam na sam nie wykorzystał Michalski, a kopię akcji z 22 minuty przeprowadził Czuy z Koluszem, lecz tym razem bez efektu bramkowego. Chwilę później D. Kapica bezkarnie hasał po tercji gdańszczan i wreszcie wypalił zza obrońcy, a „guma” wylądowała w przeciwległym dolnym rogu bramki. Przyjezdni w tej części gry byli jedynie tłem dla popisów górali. Jedyną groźną sytuację stworzył Steber.

Jedna świetna tercja to zbyt mało. Przekonali się o tym górale. Gdańszczanie nie złożyli broni i na początku trzeciej odsłony, gdy do zakończenia kary jednego z nowotarżan brakowało sekundy Drzewiecki za bramki zagrywał do partnera, ale krążek odbił się łyżwy Gaja i wpadł do siatki. Goście zwietrzyli szansę i ją wykorzystali w 52 minucie, doprowadzając do wyrównania. Ekscytująca była 60 minuta. Najpierw Różański nie zdołał umieścić krążka w bramce nad leżącym bramkarzem, a 5 sekund przed syreną Czuy przegrał pojedynek sam na sam z Odrobnym. Dogrywka nie przyniosła rozstrzygnięcia. Pięć karnych nie zostało zamienionych na gole. Różański wykonywał ostatniego. Wydawało się, że będzie strzelał, a tymczasem Odrobny wyjechał z bramki i wykonał popisowy numer z backhandu.

- Cieszę się, że weszło – powiedział strzelec „złotego” gola. – Świetnie zagraliśmy drugą tercję i byliśmy blisko trzech punktów. Mieliśmy jeszcze kilka szans na podwyższenie prowadzenia. Na trzecią tercję wyszliśmy zbytnio uspokojeni i... stało się. Jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma. Dobre i dwa punkty.

- To był bardzo ważny dla nas mecz i co ważne zakończony zwycięstwem – powiedział drugi z bohaterów spotkania, Kelly Czuy. – Jako drużyna zagraliśmy dobry mecz. Dziękuję kibicom za doping i skandowanie mojego imienia.

- Miałem pretensje do zawodników po pierwszej tercji, bo nie zrealizowali założeń taktycznych. Zakładaliśmy, iż co najmniej 2:0 wygramy odsłonę. Tymczasem w drugiej tercji gra nam się posypała. Chłopcy jednak podjęli walkę i zdołali doprowadzić do loteryjnych rzutów karnych. Za moich sportowych czasów Nowy Targ był kuźnia talentów. Widzę, że nadal nią pozostaje. Stawia na młodzież, podobnie jak my w Gdańsku. Złości mnie podejście prezesów klubów, które ściągają obcokrajowców, a nie ma na kije, sznurówki. Dwóch zawodników nie mogłem wystawić, bo nie mieli kijów. Nie wiem czy zagramy w Oświęcimiu, bo mamy dziesięć kijów, a zawodników czternastu – żalił się trener Stoczniowca, Tadeusz Obłój.

- Ze Stoczniowcem zawsze nam się trudno grało, ale nie jestem w pełni usatysfakcjonowany wynikiem, bo powinniśmy go rozstrzygnąć w regulaminowym czasie - twierdzi trener Podhala, Jacek Szopiński. - Na własne życzenie doprowadziliśmy do remisu, bo dostaliśmy zbyt łatwe bramki. Zbyt często nam to się zdarza i musimy to szybko wyeliminować. W pierwszej tercji nie mogliśmy złapać właściwego rytmu, w drugiej posiadaliśmy dużą przewagę, a w trzeciej wydawało się nam, że spokojnie wypunktujemy przeciwnika, gdy ten rzuci się do odrabiania strat.

MMKS Podhale Nowy Targ – Stoczniowiec Gdańsk 4:3 (1:1, 2:0,0:2; 0:0) karne 1:0
0:1 Steber (Chmielewski, Skutchan) 7:07 w przewadze,
1:1 Czuy (W. Bryniczka, Jastrzębski) 15:17 w przewadze,
2:1 Czuy (Jastrzębski) 21:49,
3:1 D. Kapica (Różański) 35:16,
3:2 Drzewiecki 41:25 w przewadze,
3:3 Steber (Skutchan) 51:22 w przewadze,
4:3 – Różański (karny).

Sędziowali: Dzięciołowski (Bydgoszcz) – Kasprzyk (Toruń), Młynarski (Sosnowiec).
Kary:18 – 20 min.
Widzów 1000.

MMKS Podhale: Rajski – K. Kapica, Łabuz, D. Kapica, K. Bryniczka, Różański – Dutka, W. Bryniczka, Kolusz, Jastrzębski, Czuy – Gaj, Sulka, Bomba, Neupauer, Kmiecik – Marek, Cecuła, Szumal, Puławski, Michalski. Trener Jacek Szopiński.
Stoczniowiec: Odrobny – Maj, Kabat, Drzewiecki, Żółkowski, Jankowski – Kostecki, Rompkowski, Chmielewski, Skutchan, Steber – Maciejewski, Skrzypkowski, Marzec, Janečka, Błażejczyk. Trener Tadeusz Obłój.

Tekst Stefan Leśniowski
Mateusz Leśniowski

Komentarze







reklama