Jedni po zakończeniu kariery nie mogą się odnaleźć w nowej rzeczywistości, inni z tym nie mają problemów. 28 – letni Łukasz Batkiewicz, były już hokeista Podhala, potrafił znaleźć sobie miejsce za metą.
- Życie zmusiło mnie, by zawiesić łyżwy na kołku – twierdzi. – Zdaję sobie sprawę, że przy sporcie zostali znacznie starsi ode mnie. Wiem, że mogłem jeszcze wiele osiągnąć. Niemniej nie żałuję podjętej decyzji. Złożyło się na to wiele przyczyn, głównie zdrowotne, a także to co się dzieje w klubach, w których panuje bałagan organizacyjny i są niewypłacalne. Postanowiłem zmienić profesję. Zacząłem zarabiać na życie otwierając parking samochodowy przy ulicy Harcerskiej 6 w Nowym Targu. Od dwóch miesięcy jest czynny. Jest przestronny, mieści się w samym centrum miasta. To świetne miejsce – zachwala. – To pierwszy mój krok w biznesie i mam nadzieję, że nie ostatni – dodaje po chwili.

„Batona” jazdy na łyżwach nauczyła mama. Podczas występów na lodowych taflach dał się poznać jako zadziorny, przebojowy zawodnik, ze znakomitą techniką kija. Absolwent Szkoły Mistrzostwa Sportowego zadebiutował w ekstraklasie w sezonie 2001/02. Dwukrotnie sięgał z Podhalem po mistrzostwo Polski, wygrał Interligę i Puchar Polski. Przez półtora sezonu reprezentował barwy KTH Krynica. – W tym okresie współpraca z działaczami Podhala mi się nie układała – wyjawia. - Nie wiem czy była w tym ich, czy też moja wina. Niemniej okres spędzony pod Górą Parkową bardzo mile wspominam.
Na dalszych jego sportowych losach zaważyła kontuzja jakiej doznał w meczu z Tychami, po starciu z jednym z zawodników. – 20 września 2009 roku nigdy nie zapomnę – wspomina. – Koszmar, tak można określić czas po tym zdarzeniu. Złamano mi żuchwę w dwóch miejscach. Przeszedłem operację, do dzisiaj noszę śruby w szczęce. Operacja trwała dzień, w szpitalu przebywałem sześć dni, ale później odwiedzałem go bardzo często. Dopadło mnie zapalenie, miałem obrzęki szczęki, jedzenie sprawiało mi trudność, a do tego dokuczały mi potworne bóle głowy. Podczas tego starcia doznałem też urazu szyi, ześlizgu dysku, odnowiła się kontuzja lędźwi, a kręgosłup był prawie do wymiany. Było minęło i trzeba iść do przodu.

„Baton” dość długo czekał, by finansowe rachunki ze spółką zostały wyrównane. - Po roku oczekiwania zostałem wypłacony – informuje. Obecnie na lodowisku jest bardzo rzadkim gościem. – Na koniec sezonu, na roztrenowaniu ubrałem po raz ostatni łyżwy. W pewnym momencie chciałem wrócić, ale szybko stwierdziłem, że nie ma sensu. Główny sponsor odszedł, w klubie panował potworny bałagan, a do tego na świat przyszło mi drugie dziecko. W takich okolicznościach nie miałem zamiaru zmieniać klubu. Od tego momentu jakoś nie mam czasu, by wpaść na lodowisko i obejrzeć mecz. Chcę troszkę odpocząć od hokeja. Byłem niedawno w szatni u chłopaków. Było wesoło. Ta forma odwiedzin bardziej mi odpowiada, bo nie trzeba stać w zimnej hali.
Stefan Leśniowski










