17.10.2010 | Czytano: 1237

Przerwana zła passa(+zdjęcia)

- Dobrze, że przerwaliśmy fatalną serię, bo mogliśmy wpaść w kompleks. Mimo osłabienia daliśmy radę aspirantowi na mistrza – powiedział Jarek Różański, który zagrał w obronie. To po wielu latach powrót na pozycję z dzieciństwa był udany, a co ważne „Szarotki” dość nieoczekiwanie przerwały passę pięciu porażek z rzędu.

„Różak” zagrał fantastycznie, spokojnie trzymał tyły. – To uniwersalny gracz i wiedziałem, ze sobie poradzi. W Jastrzębiu był najlepszy w ataku, dzisiaj bezbłędnie zagrał w defensywie – chwali go trener Podhala, Jacek Szopiński. Nie chciał jednak zdradzić, czy to będzie już stała pozycja Jarka.

- Nie pamiętam kiedy ostatnio grałem w obronie – mówi jeden z bohaterów niedzielnego spotkanie. – Taka sytuacja wytworzyła się w zespole i trzeba było pomóc. Gdzie trener mnie postawi tam gram.

Młodszym sympatykom hokeja trzeba przypomnieć, iż „Różak” zaczynał przygodę z hokejem właśnie od obrony. Potem przeszedł do ataku, ale dzięki uniwersalności był cenionym graczem drużyny narodowej.

Sytuacja kadrowa Podhala zmusiła szkoleniowców do przemeblowania formacji. Dzięki temu na skrzydło wrócił Marcin Kolusz, który – jak twierdzą fachowcy – do tej roli jest stworzony.

– To jest jego nominalna pozycja – przyznaje Jacek Szopiński. – Grał na środku z musu, bo brak nam środkowych napastników. Chcemy na skrzydle wykorzystać jego świetne warunki fizyczne i umiejętność gry ciałem. Wciąż jednak nie jest w takiej dyspozycji jak w końcówce ubiegłego sezonu. Ważne, że gra dla drużyny.

A ta sprawiła ogromna niespodziankę. – Szczególnie pierwsza tercja była w naszym wykonaniu fantastyczna – mówi Jarosław Różański.

Rzeczywiście, kibice przecierali oczy ze zdziwienia. – Kto tu jest w szpicy tabeli? – pytano na trybunach. To co wyprawiali tyszanie to wstyd dla zespołu, który marzy o mistrzowskim tytule. Podhale występowało w roli profesora.

Już z pierwszej akcji Garbocz przegrał pojedynek sam na sam z Rajskim, poszła kontra i Neupauer po raz pierwszy pokonał Sobeckiego. Każdy strzał na jego bramkę śmierdział golem. Za chwilę po raz kolejny skapitulował. Górale grając w osłabieniu wyprowadzili akcję – palce lizać! Sobecki nie popisał się w 10 minucie, kiedy nieporadnie interweniował przy strzale Neupauera, a jego koledzy z defensywy pozwolili Michalskiemu ulokować „ gumę” w bramce. Wielkie brawa za grę ciałem zbierał Czuy, którzy rzucał tyszanami po bandzie jakby byli pingpongowymi piłeczkami. Również jego świetne zagrania wzbudzały aplauz na widowni. Krążek wszędzie go szukał, a na łopatce kija trzymał jakby miał magnes w środku.

- W pierwszych 10 minutach powiało halnym – twierdzi drugi trener GKS, Dominik Salamon. – Górale nas zaskoczyli agresywną grą, ambicją i świetną dyspozycją. Źle się gra, gdy trzeba gonić. Mieliśmy sytuacje do zmiany niekorzystnego rezultatu, ale...

Po przerwie goście ruszyli do huraganowych ataków. Zasypywali strzałami bramkę Rajskiego, który zwijał się jak w ukropie. Dwukrotnie krążek był już za jego plecami, ale jakimś cudem nie wpadł do bramki. Impet tyszan szybko osłabł, jakby zniechęceni trudnościami z sforsowaniem Rajskiego i defensywy Podhalan. Nowotarżanie cierpliwie czekali kiedy się goście wystrzelają i sami zaatakowali. Michalski i Neupauer mieli sytuacje, po których krążek powinien znaleźć się za plecami Sobeckiego. Nie wpadł do tyskiej, to wpadł do nowotarskiej bramki. Poszła kontra i Woźnica trafił w okienko. Szybko mógł odpowiedzieć Kmiecik, a potem Czuy. Tyszanie też nie zasypiali gruszek w popiele i bramkowe sytuacje zmarnował Woźnica i Šimiček.

Wszyscy oczekiwali tyskiej nawałnicy w trzeciej tercji, ale nic takiego nie nastąpiło. To górale na początku stworzyli dwie groźne sytuacje. Nawet gra w przewadze tyszanom niezbyt wychodziła. Nieporadnie rozgrywali „zamek”. Jak się to robi pokazali im gospodarze, którzy jednak trzybramkowym prowadzeniem cieszyli się tylko 34 sekundy. Ten gol jednak poderwał do walki przyjezdnych. Inna rzecz, że górale ułatwili im zadanie, gdyż w ostatnich 5 minutach bez przerwy wędrowali na ławkę kar. Jedną „złapali” za nadmierną ilość graczy na tafli. Tyszanie tylko raz zdołali jeszcze pokonać Rajskiego, chociaż w końcówce dochodziło do dantejskich scen pod jego świątynią.

Wreszcie uśmiechnięty na spotkanie z dziennikarzami przyszedł trener Jacek Szopiński. – Życzyłbym sobie, byśmy w każdym meczu grali z takim zaangażowaniem i determinacją jak w pierwszej tercji. Tyszanie przejęli potem inicjatywę, ale była determinacja i wara, że można wygrać. Chłopcy zostawiali serce na lodzie. Niemniej dużo przed nami jeszcze pracy, bo nie ustrzegliśmy się błędów – powiedział.

Niebawem „Szarotki” mogą zostać wzmocnione. Mariusz Jastrzębski jest już po rozmowach i kto wie czy jutro nie pojawi się na treningu. „Jastrząb’ ostatnio reprezentował barwy janowskiego Naprzodu.

MMKS Podhale Nowy Targ – GKS Tychy 4:3 (3:0, 0:1, 1:2)
1:0 Neupauer (Kmiecik, D. Kapica) 0:36,
2:0 K. Kapica (Kolusz, Czuy) 5:59 w osłabieniu,
3:0 Michalski (Neupauer) 9:24,
3:1 Woźnica (Bagiński) 30:23,
4:1 Dutka (Kolusz, Czuy) 48:24 w przewadze,
4:2 Banachewicz (R. Galant, Wołkowicz) 48:58,
4:3 Garbocz (Witecki, Vitek) 58:33.

Sędziowali: Wolas (Oświęcim) – Klich i Wieruszewski (Sosnowiec).
Kary: 14 – 12 min.
Widzów 1000.

Podhale: Rajski – Sulka, K. Kapica, Kmiecik, Neupauer, D. Kapica – Dutka, Różański, Czuy, K. Bryniczka, Kolusz – Gaj, Marek, Połącarz, Michalski, Bomba. Trener Jacek Szopiński.
Tychy: Sobecki – Gonera, Kotlorz, Witecki, Garbocz, Vitek - Jakeš, Sokół, Woźnica, Šimiček, Bagiński –– Csorich, Mejka, R. Galant, Krzak, Wołkowicz –Banachewicz. Trener Jiři Šejba.

Tekst Stefan Leśniowski
Zdjęcia Mateusz Leśniowski

Komentarze







reklama