Z Torunia, gdzie rozgrywano mistrzostwa kraju oldbojów, przywiedli okazały puchar. Jeśli chcą go mieć na własność, muszą w przyszłym roku powtórzyć sukces. Już jedno takie trofeum mają w swojej gablocie, kiedy trzy razy z rzędu, w latach 2007 – 2009, sięgali po mistrzowskie berło.
Jeśli ktoś myślał, że mistrzostwa to niezła zabawa dla byłych hokeistów, spotkanie towarzyskie po latach, to srodze się myli. Sportowa ambicja nie pozwalała na odpuszczanie. Walczono z ogromną werwą, można było zobaczyć piękne akcje, efektowne sztuczki techniczne. A niektóre gole? Po prostu palce lizać! Chociaż czasami „staruszkowie” mieli problemy z celownikiem, ale są usprawiedliwieni. Przecież to już nie ten spryt, nie ta sylwetka. Chociaż trzeba przyznać, że w zespole mistrzów kraju są zawodnicy, którzy dbają o kondycję. Tomasz Koszarek zwierzył mi się, że już w tym roku był już 41 razy na Turbaczu. Kilkakrotnie w lecie spotkałem go na rowerze, jak pokonywał wzniesienia w drodze na najwyższy szczyt w Gorcach. To samo dotyczy innych graczy z „szarotką” na piersi. Właśnie dyspozycja fizyczna była kluczem do sukcesu. I na pewno młodość, bo w tym roku oblicze oldbojów Podhala wyraźnie odmłodniało. Przyszyli nowi gracze, którzy dopiero w tym roku wypełnili limet wiekowy dopuszczający ich do gry w tej klasie rozgrywkowej.
- Na pewno był nasz atut – mówi prezes Old Boys Podhale, Paweł Zych. – Młodzi zawodnicy dodali nam skrzydeł. Różnicę wiekową było widać w poruszaniu się na tafli, w szybkości i sprycie rozgrywania „gumy”. Drugim atutem było solidne przygotowanie do czempionatu. Nie tylko chcieliśmy walczyć o najwyższe trofeum, ale przy okazji pokazać hokej ładny dla oka. Chcieliśmy się pokazać z jak najlepszej strony. Chyba nam się to udało, chociaż niektóre wyniki wyraźnie zniekształcają obraz tego co rzeczywiście działo się na tafli. Kluczem do sukcesu była świetna gra w obronie. W większości meczów przeciwnik nie miał zbyt wielu sytuacji klarownych. Jeśli miał to były to pojedyncze przypadki. Tak było w drugim meczu z Bytomiem. Z Katowicami mimo wysokiej wygranej nasza skuteczność nie była idealna. Wynik de facto nie odzwierciedlał naszej przewagi. Akcje bytomian z kolei załamywały się w okolicach naszej tercji. Przeciwnik nie miał otwartych wrót do naszej świątyni. Nasza skuteczność z kolei zależała do dyspozycji bramkarzy. Jeśli bramkarze nie mieli dnia, to wynik był wysoki. Problemy były z pokonaniem bramkarza Bytomia. Pod jego bramka bez przerwy było gorąco, a wynik był niski. Nie odzwierciedlał tego co działo się na tafli. Graliśmy cały czas w tercji przeciwnika. Ten wyszedł z niej 2-3 razy.
Nowotarżanie w finale pokonali sanoczan 7:0. Wynik wskazywałby na grę na jedną bramkę. Sanoczanie nie istnieli. – Też nie do końca jest to prawdą – przekonuje prezes. – Sanoczanie starali się atakować, ale dojeżdżali jedynie do niebieskiej linii naszej tercji i nie wiedzieli co zrobić z krążkiem. Wstrzeliwali go w naszą tercję, a myśmy go odzyskiwali i mogli wyprowadzać kontrataki. Sanok nie oddał zbyt dużo strzałów, może 2- 3 na tercję.
Ostatni mecz grupowy był bardzo nerwowy dla górali. Wszystko układało się po ich myśli, bo prowadzili 6:2. Tymczasem nagle zrobiło się 7:7. Co prawda górale zdobyli ósmego gola, ale tuż przed syreną kończącą mecz gdańszczanie wyrównali. Karne zdecydowały o sukcesie Podhala.
- Nie wiem czy wysokie prowadzenie nas uśpiło i lekceważąco podeszliśmy po dwóch wygranych -zastanawia się Paweł Zych. - Mecz był bardzo zacięty. W drugiej tercji w odstępie dwóch minut zdobyliśmy trzy gole i wydawało nam się, że kolejne będą kwestią czasu. Chcieliśmy szybko strzelać kolejne, zrobiła się duża luka między napastnikami a obrońcami. Gdańszczanie to wykorzystali, a do tego nasz golkiper nie miał dnia. Zrobiło się nerwowo, ale w karnych szczęście do nas się uśmiechnęło.
Stefan Leśniowski










