16.03.2015 | Czytano: 3658

Jan Joniak: Ojciec hokeistów

- Pasjonat. Dla Podhala oddał serce i umiejętności – tak wspomina Jasia Joniaka Czesław Borowicza, prezes Nowotarskiego Klubu Olimpijczyka.

Śmierć Jasia Joniaka poruszyła hokejowe środowisko. Był dla hokeistów niczym niańka. To do niego szli po pomoc, to jemu zwierzali się z trosk i radości. Żył hokejem 24 godziny na dobę, bo inaczej dawno rzuciłby tę robotę. Wielkich pieniędzy z tego nie miał, nieraz miesiącami czekał na wypłatę, a roboty zawsze miał w brud. Nikomu nie odmawiał masażu. Czasami nawet meczu nie widział, bo gonił z chlorkiem etylu i walizeczką w ręce od jednego do drugiego gracza, albo zabierał bardziej poobijanego do szatni, żeby lepiej mu się przyjrzeć.

 

 

 

Jasiu podczas pracy

– Od niepamiętnych czasów chciałem pomagać ludziom. Uznałem, że w tej działalności kontakt z pacjentem jest bardzo bliski, bo nie wystarczy tylko zająć się chorym czy kontuzjowanym zawodnikiem. Trzeba być psychologiem także dla zdrowych – mówił o swojej profesji Jan Joniak.

Z Podhalem związany był blisko 40 lat. Do hokeja trafił za czasów Mieczysława Chmury. Zespół przez niego dowodzony bronił mistrzowskiego tytułu, a przegrywał mecz za meczem. Ktoś w klubie, próbując znaleźć ostatnią deskę ratunku, wymyślił, że potrzebny jest masażysta.

Odbiera medal " Zasłuzony dla Sportu Miasta Nowego Targu"

- Byłem pod ręką, bo pałętałem się po klubie masując zawodników jazdy szybkiej na lodzie. Kierownictwo klubu przyjrzało się mojej pracy i widocznie zadowolone było z jej efektów skoro zaoferowało mi posadę. Andrzej Świrski – dyrektor szpitala, w którym pracowałem na co dzień - nie robił mi żadnych przeszkód. Nawet mnie zachęcał, więc długo się nie zastanawiałem. Chciałem się przekonać, czy poradzę sobie z hokeistami. To była dla mnie największa motywacja. Swojego rodzaju wyzwanie – tak mówił o początkach swoje pracy.

Z hokeistami ćwiczył

W 2010 roku po ostatnim mistrzostwie Polski Podhala w wywiadzie dla Sportowego Podhala tak mówił: - Dzisiaj z ręką na sercu muszę powiedzieć, że kroku wykonanego w 1973 roku nie żałuję. Przez ten czas zwiedziłem kawał świata i to w czasach, w których żyliśmy za żelazną kurtyną. Tylko wybrani mogli wyjeżdżać z kraju. Gdyby zliczyć kilometry, które pokonałem, to kto wie, czy nie miałbym już w nogach jednej rundy dookoła kuli ziemskiej. Oczywiście, że odbyło się to kosztem rodziny, ale złote medale, sukcesy drużyny były najlepszą nagrodą.

- Takich ludzi można szukać dzisiaj ze świeczką w ręku – mówi Ryszard Bajerski, który 40 lat znał Jasia Joniaka. Więź narodziła się w klubie, a potem przeniosła się na życie prywatne. - Człowiek przyłóż do rany - dodaje. – Nikomu nie odmówił, masował seniorów, ale także juniorów. Był na każdym wyjeździe. Mogę o nim opowiadać tylko w samych superlatywach. Mam super o nim wspomnienia. Ogromnie przeżyłem jego śmierć (głos mu się załamał). Nie mógł już mówić, jego stan był ciężki, a mimo to zadzwonił do mnie z Krakowa.

- To był nasz siódmy zawodnik – dodaje Tadeusz Japoł, były prezes Old Boys Podhale, wieloletni działacz Podhala. – Świetny w swoim zawodzie, wspaniały człowiek, przyjaciel. Zawodnicy wprost uwielbiali go. O każdej porze dnia był do ich dyspozycji. Masował ich w domu, ale nie tylko ich, lecz całe rodziny. Pomagał nam także w oldbojach. Szkoda takiego człowieka.

- Nie zwracał uwagi na to czy zarobi, czy też nie – mówi Walenty Ziętara, najlepszy polski hokeista lat 70-tych. – Oddawał drużynie całe serce. Był jakby trzecim trenerem, chociaż nie włączał się do szkolenia. Był na każdym treningu drużyny, zostawał po nim, by wymasować zawodników. Teraz masażysta zjawia się co jakiś czas w klubie, a on był na każde zawołanie. Bardzo dobry kolega i przyleciał. Zawsze szkoda takiego człowieka, ale takie jest życie.

Byli zawodnicy, tutaj Krzysztof Niedziółka z Francji, gdy tylko pojawili się w kraju, spotykali się z Jasiem

- Był ojcem nas wszystkich. Co trzeba było, to Jasiu załatwiał. Dobra dusza drużyny. Często robiliśmy sobie różnego rodzaju psikusy. Niezrównany kawalarz. Przed każdym meczem potrafił nas dodatkowo zmobilizować. Żartami rozładowywał gęstą atmosferę. Często śmiał się z nas, ale robił to w taki sposób, że my też się wtedy śmiali. Wprowadzał atmosferę luzu – wspomina go Sebastian Łabuz.

Z Jaroslawem Różańskim

Niżej podpisany również był przy wielu opowieściach Jasia. Było ich tyle, że książkę można wydać. Niestety nie wszystkie nadają się do druku, są zbyt pikantne. Ale jedno, które ukazało się w mojej książce „75 lat szarotkę”, przytoczę.

- Zdarzenie miało miejsce podczas obozu w Kijowie – opowiadał Joniak. - To był początek lat siedemdziesiątych. Tadeusz Słowakiewicz, największy wówczas żartowniś w drużynie, rozbawił wszystkich podczas wycieczki do Muzeum Sportu. Weszliśmy do największej sali, a tam na samym środku, na honorowym miejscu stało wielkie popiersie. Tadek rżnął głupa, który nie wie czyj to pomnik. Podszedł do jednego z wysłanników partii, których zawsze spora grupa towarzyszyła hokeistom podczas każdego wyjazdu.
- Co to za mistrz? – zapytał nasz bramkarz.
– Tadziu, ty go nie znasz – zdziwił się ideolog z PZPR. – Przecież to Włodzimierz Lenin.
- Olimpijczyk? – Tadziu dalej „rżnie głupa”.
- Ależ skąd. Stworzył podstawy ustroju, w którym sportowcy bez problemów mogą podnosić kwalifikacje, sięgać po medale mistrzostw świata i Olimpiad – zabrzmiał wykład na całą salę.
- To nie przypadkiem ten sam co siedział w nowotarskim więzieniu ? – dopytywał Tadziu, robiąc oko w kierunku kolegów.
- Ten sam – cieszył się ideolog widząc, że Tadziu łapie o co chodzi. – Był więźniem politycznym – mówi ideolog.- Niech pan głupot mi nie wciska. Babka opowiadała, że był to wielki drań, który jej osełkę masła ukradł – spuentował bramkarz Podhala.

Tekst + zdjęcia Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama