Dołączył do bogatego gwiazdozbioru poprzedników, którzy reprezentowali barwy Podhala. Po dwuletniej przerwie powrócił do macierzystego klubu i od razu został – jak zawsze – przywódcą drużyny. Napoleonem nowotarskiej drużyny. Domyślacie się o kogo chodzi? Jarosław Różański – taka powinna być prawidłowa odpowiedź.
- Liczyłeś na tak udany początek sezonu?
- Chyba mało było takich osób, które w nas wierzyły. Nie mamy się jednak czym martwić. Pokonaliśmy mocnych rywali i oby tą drogą iść dalej. Nikt nie ma patentu na wygrywanie i mogą się zdarzyć takie mecze jak z Orlikiem. Mieliśmy ogromną przewagę, wiele sytuacji, ale nic nie chciało wejść. Murray bronił wszystko co leciało w jego stronę, a zawodnicy z pola pomogli mu w sukcesie.
- Co było kluczem do wygranych z Tychami, Cracovią i JKH, a więc z zespołami mocniejszymi personalnie?
- Nie będę odkrywczy jeśli powiem, że konsekwentna realizacja założeń taktycznych. Paradoksalnie pomogła nam w tym wysoka porażka w Sanoku. Uzmysłowiliśmy sobie, że nie mamy co szukać w otwartej grze z przeciwnikiem mocniejszym. Musieliśmy nastawić się na żelazną dyscyplinę w wykonywaniu nakreślonych przez trenera zadań. Przy takim nastawieniu i odrobinie szczęścia mogliśmy liczyć na sukces.
- Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Na co mogą w tym sezonie liczyć kibice Podhala?
- Cel jest niezmienny, awans do szóstki po pierwszej części sezonu. Chociaż przed sezonem twierdziłem, że jak zagramy w play off, to będzie dobrze. Musimy się dostać do szóstki, to jest nasz plan minimum. Co przyniesie decydująca faza mistrzostw, to się zobaczy. Ta cześć sezonu rządzi się swoimi prawami. To jest nowe rozdanie.
- Po porażce z Orlikiem oddaliła się gra w Pucharze Polski.
- Uważam, że nie Orlik, ale Cracovia była kluczem do awansu. Chociaż jeszcze awansu nie przegraliśmy. Wygrywając trzy następne mecze zagramy w najgorszym wypadku w barażu. Nikt przy zdrowych zmysłach przed sezonem na taki awans nie liczył. Dopóki mamy cień szansy, to zrobimy wszystko, żeby ją wykorzystać.
- Czy zespół posiadł mentalność zwycięzców?
- Po ostatnim meczu można powiedzieć, że nie. Z kolei „tak”, po wcześniejszych wygranych z możnymi tej ligi. To złożony problem, bo drużyna jest młoda i musi nauczyć się mentalności zwycięzców. To wiąże się z cwaniactwem, a młodzi chłopcy potrzebują czasu, żeby okrzepnąć w tej lidze. Nie ma co ukrywać, są jeszcze na dorobku i potrzebują wielu spotkań na styku, w dodatku o stawkę.
- Długo siedzi w głowach taka porażka jak z Cracovią, gdy prowadzi się 3:0 i zjeżdża się z tafli pokonanym?
- Nie da się tego szybko wymazać z pamięci. Trudno obok takiego meczu przejść obojętnie, bo przecież przegraliśmy wygrany mecz. Na własne życzenie. Przez 2-3 dni taki mecz siedzi nam głowach, tym bardziej, iż trener robi analizę i wytyka błędy.
- Pomoc psychologa dla hokeisty to dobry pomysł?
- Nie wiem. Kilka lat wstecz w Podhalu mieliśmy zajęcia z panią psycholog z AWF. Ktoś uznał, że jest potrzebna. Nie pamiętam czy sesje przyniosły efekt. Podejrzewam, że dla 25 zawodników potrzeba byłoby wielu psychologów. Zespół tworzą ludzie o różnych charakterach, różnej mentalności i różnych zachowaniach na sytuacje stresowe. Do każdego trzeba indywidualnego podejścia.
- Trener Ryszard Kaczmarczyk zasugerował, że w meczu z Orlikiem pojawiła się u was presja?
- W Nowym Targu zawsze jest presja, czy się gra o mistrzostwo, czy o jakiekolwiek inne miejsce. W sporcie zawsze jest presja i z nią trzeba umieć sobie radzić. Nie uważam, że ona miała jakiś wpływ na mecz z Orlikiem. Przecież cały czas atakowaliśmy, chcieliśmy ten mecz wygrać, ale – powtarzam – zdarzają się takie mecze, że nic nie wpada.
- Czy są mecze, które bardziej cię nakręcają?
- Derby są takimi meczami, a także z drużynami, w barwach których się grało. Na pewno mecze z Cracovią i mistrzem Polski są prestiżowe. W końcu obowiązuje hasło „bij mistrza”. Niemniej do każdego meczu trzeba być przygotowanym mentalnie, bo w trakcie meczu swojego nastawienia nie da się tak łatwo zmienić.
- Grając przeciwko swojej byłej drużynie ma się chęć udowodnienia czegoś byłym kolegom, trenerowi czy działaczom?
- Jest taka chęć. Bez wątpienia takie spotkania podwójnie mobilizują. Ale trzeba uważać z motywacją, by emocje nie przeszkadzały w grze, bo wtedy efekt jest inny od zamierzonego.
- Przyszło ci do głowy pytanie: „ Po co zostałem hokeistą?”.
- Gdy ulega się poważnej kontuzji. Wtedy człowiek zastanawia się czy warto było ryzykować zdrowiem. Należę do takiego pokolenia, które nie miało wyboru. Oprócz hokeja nie było nic.
- Przecież kopałeś futbolówkę.
- To prawda. To nie była ta sama piłka jak obecnie. Wtedy nie było zainteresowania ekstraklasowych drużyn podhalańskimi chłopakami. Obecnie klubów satelitarnych jest jak grzybów po deszczu. Przed młodymi otwarło się okno na świat i od nich samych zależy, czy z tego skorzystają.
- Recepta na długowieczność w sporcie?
- Najważniejszy jest sen, odpoczynek, regeneracja, racjonalna dieta, odpowiednie przygotowanie do wysiłku i stretching. Ogólnie zdrowy tryb życia. To sprawia, że kariera sportowca przedłuża się o kilka lat.
- Kariera czy przygoda z hokejem?
- Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że raczej kariera. Przygodę przeżywa ten, kto kończy z hokejem w wieku juniora. Ja gram w ekstraklasie od 20 sezonów i ta liczba powinna wystarczyć, żeby mówić o karierze. Chociaż dla niektórych może nią nie być. To kwestia punktu widzenia.
- Zabolało, gdy trener Milan Jančuška zrezygnował z twoich usług?
- Nigdy tego nie powiedział mi prosto w oczy. Jeśli tak było, to dziwię się, że nie potrafił mi tego powiedzieć. Ale to już historia i nie ma co do tego wracać. Odszedłem, bo otrzymałem bardzo dobrą propozycję z Sosnowca. To ona mnie skusiła do odejścia z Podhala.
- Zaliczyłeś mistrzostwa świata, ale w twoim bogatym sportowym CV brakuje igrzysk olimpijskich. Czy związku z tym uważasz się za spełnionego?
- Marzeniem każdego sportowca jest udział w igrzyskach olimpijskich. Razem z kolegami z reprezentacji byliśmy blisko awansu do tej imprezy w 2005 roku. W turnieju eliminacyjnym w Rydze, po dobrych meczach, przegraliśmy jednak z Łotwą, Białorusią i Słowenią. Mimo to czuję się spełniony, bo do igrzysk na razie nie jesteśmy w stanie awansować, chyba, że podejmiemy się organizacji tej największej światowej imprezy. Zresztą moja kariera dobiega końca i tego marzenia już nie spełnię jako zawodnik. Poza tą jedną imprezą byłem na wszystkich ważniejszych.
- W trakcie kariery poznałeś wielu zawodników. Która z postaci była najbardziej wyrazista? Która miała największy wpływ na przebieg twojej kariery?
- Na to pytanie mógłbym długo odpowiadać, by nie pominąć żadnego. Chociaż tego nie da się uniknąć. Było bowiem wielu zawodników, którzy ukształtowali mnie jako hokeistę. Na pewno do takich postaci zaliczyć należy Saszę Aleksiejewa i Tadeusza Puławskiego, kiedy grałem w obronie. Oni wprowadzali mnie do ekstraklasy. Piotr Podlipni, Janusz Hajnos, Jacek Szopiński, Mirek Copija i Jacek Zamojski, to gracze, z którymi przyjemnie było grać, podpatrywać i uczyć się hokejowego rzemiosła. Mobilizowali mnie do pracy nad sobą. Wiele nauczyłem się do Andriejów – Gusowa i Primy oraz Finów – Miko Koivunoro i Kima Ahlroosa. Do końca życia będę pamiętał Martina Voznika. Tworzyliśmy z nim i Michałem Radwańskim fajne trio. Marian Kaciř wniósł nowe spojrzenie na hokej. Wszystkich nie da się wymienić. Jestem im wdzięczny, że mogłem się od nich wiele nauczyć. Mam nadzieję, że oni również będą mnie dobrze wspominać.
- Na twojej drodze stawali trenerzy i działacze różnej maści. Jakie miałeś z nimi relacje?
- Będąc młodym inaczej podchodziłem do pewnych spraw, do relacji trener – zawodnik, zawodnik –działacz. Wydawało mi się, że mogę wszystko. Niestety czas weryfikuje oczekiwania. Wobec niektórych mógłbym powiedzieć kilka nieprzychylnych słów, ale nie ma sensu wylewać żale. Najlepiej o tych ludziach świadczy fakt, w jakiej kondycji zostawiali klub.
- Zawsze dogadywałeś się z włodarzami klubów?
- Byli ludzie, z którymi można było się dogadać. Bardzo szanuję pana Wiesława Wojasa. Pomógł drużynie w trudnym okresie, przejmując ją od Wieńczysława Kowalskiego. Ten również był człowiekiem, który miał pomysł na hokej, ale otoczył się ludźmi niekompetentnymi i w końcu obróciło się to przeciwko niemu. Pan Wiesław Wojas przez dziesięć lat utrzymywał drużynę, która odnosiła sukcesy. Wszyscy związani z hokejem doskonale wiedzą dlaczego wycofał się ze sponsorowania drużyny. Szkoda. Gdyby dalej był przy niej, to świecilibyśmy triumfy do dzisiaj.
- Pobiłeś się kiedykolwiek na lodowisku?
- W pierwszych sezonach mojej kariery nie byłem łagodnym barankiem. Miałem ze 100 minut karnych w sezonie. Wtedy byłem młody z gorącą głową, która z wiekiem ochłonęła. Nie jestem nastolatkiem i nie uważam, że każdemu dam radę. Raczej już unikam bójek, ale jeśli ktoś mnie zaczepi, to nie będę obojętny.
- Rodzice mieli z tobą przeboje?
- Nie miałem łatwego życia. Mama rozwiodła się z ojcem, który zmarł, gdy miałem 17 lat. Dużo zawdzięczam mamie i rodzinie, która mnie wspierała. Uważam, że nie byłem problematycznym chłopakiem.
- Co 38 – letni Jarosław Różański powiedziałby dzisiaj 18 – letniemu Jarosławowi Różańskiemu stojącemu u progu kariery?
- Jak masz możliwość to wyjedź do zagranicznego klubu. Gdy byłem nastolatkiem były inne czasy. Wyjazd do zagranicznego klubu był prawie niemożliwy. Nawet zmiana klubu w Polsce wiązała się z pokonywaniem wielu trudności, ze względu na zaporowe ceny. Teraz zawodnik może łatwiej odejść. Namawiałbym go, by chociaż spróbował przebić się do zagranicznego klubu. Nie każdemu się to uda, ale warto spróbować.
- Masz pomysł na Jarka Różańskiego po skończeniu gry w hokeja?
- Marzy mi się praca, z której utrzymałbym rodzinę. Mam kilka pomysłów na siebie.
- Przy hokeju nie chcesz zostać?
- Nie mówię nie, ale… Chciałbym jeszcze pograć. Wszystko zależy od tego, czy będą jeszcze chętni na moje usługi. Chcę spróbować swoich sił w polityce, w wyborach samorządowych do powiatu. Przed czterema laty przeszedłem wyborczy chrzest bojowy. Wtedy się nie udało. Zobaczymy co przyniosą tegoroczne wybory. Jest dużo kandydatów, którzy myślą podobnie jak ja.
- Co zrobiłbyś dla sportu?
- Nie uważam się za alfę i omegę. Każdy czuje się mocny w swojej dziedzinie. Mam predyspozycje, żeby reprezentować ludzi. Przez kilka sezonów byłem kapitanem drużyny i potrafię kierować zespołem ludzkim. Moje doświadczenie może się przydać w karierze, nie tylko polityka. Chciałbym, aby w naszym regionalnym sporcie działo się więcej, by dzieci i młodzież interesowały się sportem. Sport kształtuje charakter, uczy pokory i dyscypliny. Dzięki temu będziemy mieli zdrowsze, bardziej odpowiedzialne i zaangażowane w swój rozwój społeczeństwo. Podoba mi się akcja „Stop zwolnieniom z wf-u”. Należy pomagać klubom na terenach wiejskich, ponieważ w nich jest nieodkryty potencjał. Trzeba zwrócić większą uwagę na pracę u podstaw.
Rozmawiał Stefan Leśniowski










