- Rzeczywiście był to nasz najlepszy sezon w historii klubu – mówi grający trener, Bartosz Gotkiewicz. – Nie przegraliśmy spotkania, co wcześniej nam się nie zdarzyło. Cieszy tym bardziej, iż nie był to dla nas łatwy sezon. Gra co trzeci tydzień - dwie drużyny się wycofały, jedna tuż przed sezonem, druga w trakcie - nie sprzyjała rytmiczności i mobilizacji, tym bardziej, iż liczyły się tylko trzy drużyny.
- Finał z Zielonką przypominał w waszym wykonaniu wyścig na dochodzenie.
- Trudno się gra, gdy trzeba gonić wynik, jeśli nie jest się do tego przyzwyczajonym. Przeważnie to my prowadziliśmy grę, a inni musieli nas ścigać. Niemniej byliśmy przygotowani na taką okoliczność, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Szczególnie psychika okazała się naszą silną bronią. Nie byliśmy już tą drużyną co kiedyś, za plecami Szarotki. Teraz jesteśmy z przodu i bardzo mocni psychicznie. Potrafimy wyjść z najtrudniejszych opresji i przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść, w meczach, które się nie układają. Do każdego meczu podchodzimy z wiarą zwycięstwa. Finał był najlepszym tego dowodem. Do końca wierzyliśmy, że to my będziemy najlepszą drużyną w kraju.
- Formuła finału się sprawdziła?
- Nie zdała egzaminu. Może Super Finał był dla tych, co go oglądali, ale nie dla nas. Pozbawiono nas grania przed naszymi kibicami, w najważniejszym meczu sezonu. Uważam to za porażkę. Nie po to pracowaliśmy cały sezon, by nie pokazać się naszym kibicom i nie cieszyć się wspólnie z sukcesu. Myśmy mieli jeszcze komfort, bo graliśmy o 18, ale Podhale o brązowy medal walczyło o 9 rano. Takie wczesne granie, to kolejna porażka pomysłodawcy jednodniowego spędu najlepszych drużyn męskich i kobiecych. O tej godzinie dziewczyny jeszcze spały na boisku.
- To miała być promocja unihokeja. Tak przynajmniej zapowiadały władze PZUnihokeja. Warszawa, telewizja, sponsorzy…
- Zawody nie rozegrano w stolicy, a o sponsorach nie słyszałem. Telewizja była, tyle, że internetowa. Za to na rozgrzewce mieliśmy przygaszone światło. Organizatorzy tłumaczyli, że jest tak wszędzie. Dziwna rzecz.
- Związek musiał mieć możnego sponsora, skoro trzy drużyny z Nowego Targu pędził na drugi koniec Polski. Przyznaj się, ile dostaliście za mistrzostwo?
- Puchar, medale i uścisk dłoni prezesa. W ofercie było, że drużyna organizująca turniej, w tym przypadku Absolwent Siedlec, miała zapewnić wszystko, ewentualnie „coś” dostać od Związku. Trzeba więc ich spytać, ile dostali.
- Oni medalu nie zdobyli, to im się nie należało. Wróćmy jednak do oceny sezonu.
- Zaczęliśmy go od złej nowiny. Dowiedzieliśmy się, że nasz snajper, Piotr Kostela wyjeżdżą na kontrakt do Danii. W zespole mieliśmy dużo podających, ale egzekutora jednego. Piotrek gwarantował nam w sezonie kilkadziesiąt bramek. Kto go zastąpi? – zastanawialiśmy się. Michał Fryźlewicz, który trafiał w juniorach, a może Damian Krugiołka? Tymczasem młodzież zawstydził Dominik Siaśkiewicz. Miał rewelacyjny sezon, jeśli chodzi o skuteczność. Ten problem się rozwiązał, ale pojawiły się kolejne. W sezonie nie rozegraliśmy ani jednego meczu w optymalnym składzie. Patryk Wronka przez hokej wyłączony był z gry, pomógł nam dopiero w finałowym meczu i w pierwszym derbowym z Szarotką. Przed finałem wypadło nam trzech graczy – Mateusz Turwoń (kontuzja podczas MŚJ), Łukasz Winiarski (sprawy rodzinne) i Tomasz Brzana. Ciągle z Dominikiem Siaśkiewiczem, z którym prowadziliśmy treningi, trzeba było rotować składem, a więc nie sprzyjało to zgraniu drużyny. Na szczęście wrócił z Danii Kostela.
- Prawdziwych mężczyzn poznaje się nie po tym, jak zaczynają, ale jak kończą. Was to nie dotyczy, bo sezon rozpoczęliście od pokonania lokalnego rywala.
- Początek zawsze jest ważny. Mocne wejście w sezon podbudowuje psychicznie, drużyna dostaje mocy. Tym bardziej, gdy wygrywa się derby. Po tym meczu grało nam się zdecydowanie lepiej, kroczyliśmy od zwycięstwa do zwycięstwa. Byliśmy mocni.
- Patryk Wronka został MVP finałowego meczu. Ten zawodnik zrobił różnicę. Nie strzelił co prawda gola, ale jego podania były bajeczne, sprawiły, że wyszliście z opresji zwycięsko.
- Świetny gość. W każdym meczu daje z siebie sto procent. Nam się łatwiej gra, gdy mamy takiego zawodnika, który w każdej chwili może wykonać kluczowe podanie. Super też pomaga w obronie. Patryka strasznie nakręcają ważne wydarzenia. Innym, w obecności kamer i tłumów ludzi, trzęsą się ręce, a on gra jeszcze lepiej. Chciał też pokazać kolegom z Zielonki, z którymi grał w jednej formacji podczas mistrzostw świata, że to on jest najlepszym zawodnikiem w kraju. Wszyscy, którzy śledzą unihokej, wiedzą, że nie ma lepszego zawodnika.
- Nie on jednak otrzymał MVP sezonu, lecz kolega z drużyny Kuba Pawlik.
- Patryk grał tylko w czterech spotkaniach, Kuba cały sezon. Był podporą naszej drużyny. Bronił bardzo dobrze i tytuł dostał się w godne ręce.
- Sezon byłby jak marzenie, gdyby juniorzy nie dali plamy.
- To prawda. Po dwóch mistrzowskich tytułach, nie ukrywam, że mieliśmy chrapkę na kolejny. Na pewno „pudło” było w naszym zasięgu, bo za faworyta uchodziła Zielonka. Niestety sezon zasadniczy był dla nas stracony. Graliśmy w grupie tylko z Hrubieszowem i nie rozegraliśmy wszystkich spotkań, gdyż raz rywal do nas nie przyjechał. Mogliśmy występować w mocniejszej grupie, ale wtedy ponosilibyśmy większe koszty. Chłopcy dokładają do tego sportu i oni wybrali grupę. W półfinałach fajnie zagraliśmy, nic więc nie zapowiadało, że dojdzie do tragedii w turnieju finałowym. Tym bardziej, że liczyliśmy na wzmocnienie składu Wronką, ale w tym czasie reprezentował kraj na mistrzostwach świata w hokeju. Po półfinale byliśmy pewni, że medal mamy w kieszeni. Boisko zweryfikowało nasze możliwości. Okazaliśmy się najsłabszą ekipą. W poprzednich sezonach w bramce mieliśmy Patryka Brzanę, numer 2 lub 3 na tej pozycji w kraju, teraz pojechaliśmy z bramkarzami, którzy dopiero zaczynają uczyć się unihokejowego rzemiosła. Marek Łukaszka rozpoczął treningi miesiąc przed finałami. Nie mogłem od nich oczekiwać zbyt wiele, tym bardziej, iż nie trenowali regularnie. Przed nimi ogrom pracy. Nie zwalałbym niepowodzenia li tylko na bramkarzy. Nie przegrywaliśmy przecież 9:11, ale 2:11, a więc nie pokazaliśmy także siły w ofensywie. Może za mało trenowaliśmy? Wydaje mi się, że psychicznie chłopaki nie wytrzymali. Chciałbym podziękować Siaśkiewiczowi, Pawlikowi i Subikowi, że pomagali mi w prowadzeniu drużyny juniorów.
- Trzy tytuły mistrza Polski z rzędu zobowiązują, by wreszcie pokazać się w Europie.
- Puchar Europy rozegrany zostanie w Moskwie, więc możemy się tylko uśmiechnąć. Problemy mieliśmy, by wystąpić w tej imprezie w kraju, a co dopiero w Rosji. Chyba, że znajdzie się sponsor, który wyłoży pieniądze. My nie mamy funduszy.
Rozmawiał Stefan Leśniowski










