09.01.2026 | Czytano: 6613

Lampka wina z Sophią Loren. Trzymając się za szyje, szli… (część I)

Każda zasługująca na szacunek społeczność kultywuje pamięć własnej przeszłości. Kultywuje tym mocniej, im bardziej to chlubna przeszłość.



 
To dotyczy również społeczności hokejowej Podhala. Ten klub wydał na świat mnóstwo wspaniałych zawodników, którzy w koszulce z orłem na piersiach występowali w igrzyskach olimpijskich i mistrzostwach świata. Zdobyli 19 tytułów mistrza kraju. Nie ma takiego drugiego hokejowego  klubu w Polsce.
 
Za miesiąc będziemy się entuzjazmować zmaganiami sportowców podczas Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Mediolanie i Turynie.  Polskich hokeistów tam nie będzie, ale… Wśród uczestników dotychczas rozegranych igrzysk byli sportowcy z Nowego Targu, najwięcej hokeistów – 37 plus trener.  Byli też reprezentanci innych dyscyplin, ale o nich napiszę w innym materiale.
 
Historię tworzą wszyscy, najczęściej pamięta się jednak tylko o jednostkach. Tych najbardziej wybitnych, uwielbianych, wynoszonych na szczyt. Dzięki hokejowi zyskali na pewno sławę. Z pieniędzmi bywało już różnie. Różnie też toczyły się ich losy. Na przełomie lat zmieniały się warunki, zarobki, możliwości. Co było zabronione w latach sześćdziesiątych stało się dozwolone pod koniec następnej dekady, a dziś jest już zjawiskiem powszechnym, jak choćby zagraniczne transfery. Ale nie tylko warunki zewnętrzne decydowały o sukcesie, lecz skala talentu, siła przebicia, charakter.
 
Lampka wina z Sophią Loren
 
Pierwszymi olimpijczykami z Podhala byli: Kazimierz Bryniarski i Mieczysław Chmura. Obaj wpisali się w rodzinę olimpijską w 1956 roku, gdy gospodarzem była Cortina d’Ampezzo, a więc w miejscu, gdzie odbędą się w tym roku zmagania olimpijskie.  Biało – Czerwoni zajęli wtedy ósme miejsce. Rozpoczęli zmagania od potyczki z USA. 
 
– Przez dwie tercje dotrzymywaliśmy kroku bardziej renomowanemu zespołowi. Przegrywaliśmy tylko 0:1. W trzeciej tercji przeciwnik przyspieszył, a nam zabrakło sił i wbił nam trzy  gole – wspominał po latach popularnych „Ciasteczko”.  I dodawał: – W końcu graliśmy za darmo więc każdy taki sukces, wyjazd zagraniczny robił wrażenie, szczególnie w tamtych czasach. W Cortinie w Caffe Sport przy  głównej ulicy  spotkaliśmy z Szymkiem Janiczko  sławną aktorkę, ikoną światowego kina,  Sophię Loren. Postawiła nam po lampce wina.  Od tego czasu byłem koneserem tego trunku. 
 
Mecz z Czechosłowacją Polacy rozpoczęli od wysokiego „C”.  Pierwszą tercję wygrali 3:1 i niektórzy wietrzyli sensację. Ostatecznie Biało – Czerwoni przegrali 3:8. Kolejne dwa spotkania zakończyły się  zwycięstwami Polaków. Pokonali Szwajcarię 6:2, a dwa gole zdobył Kazimierz Bryniarski. Nowotarżanin zdobył jeszcze jednego w meczu z Włochami.
 
Oto wyniki jakie uzyskali z:  USA 0:4, Czechosłowacją 3:8, Szwajcarią 6:2, Austrią 4:3, Włochami 2:5.
 
Gdy idol wrócił z igrzysk, witały go tłumy ludzi. Przyjechał pociągiem, a potem przesiadł się do sań. Na pierwszym treningu najwierniejsi kibice zrobili listę obecności i ten, który się nie pojawił musiał się grubo tłumaczyć. Pokazał widzom czego się nauczył. Był to strzał z klepki. Nikt tej techniki oddawania strzału jeszcze nie znał w naszym kraju.
 
Jak prowadzisz krążek, to…
 
Mieczysław Chmura początkowo grał na skrzydle. Taka była bowiem praktyka w nowotarskim klubie. Zawodnicy młodzi, a już umiejący jako tako jeździć na łyżwach i kiwać rywali, musieli gonić po skrzydłach, zaś starsi zajmowali pozycję na środku i strzelali bramki. O tym jak mało jeszcze umie przekonał się 17-letni Chmura podczas pierwszego zgrupowania kadry. „Jak prowadzisz krążek, to nie patrz na lód, lecz na kolegów” - mówił trener, a on nie potrafił. Był jednak pojętnym uczniem i w mig łapał wskazówki trenera kadry. Szybko też stał się jednym z najlepszych obrońców, etatowym reprezentantem Polski. Ukoronowaniem kariery każdego sportowca jest start w Igrzyskach Olimpijskich. Mieczysław Chmura dostąpił tego zaszczytu. w Cortinie d’ Ampezzo.
 
Ze śpiewem na ustach, trzymając się za szyje
 
W 1960  Polska nie wysłała hokeistów do  Squaw Valley. Cztery  lata później w Innsbrucku uczestniczyło kolejnych dwóch Podhalan – Tadeusz „Elek” Kilanowicz i Andrzej Szal.   – Pierwszy występ był bardzo ważny, bo  decydował o grze w grupie A, walczącej o medale. Niestety nie udało się awansować. Nie byliśmy wcale gorsi od zespołu RFN, ale nieskuteczni ( trzeba podkreślić świetną grę w bramce byłego gracza Podhala Władysława Pabisza – przyp. aut.).  W dodatku popełniliśmy dwa kosztowne błędy. Igrzyska to coś innego niż mistrzostwa świata, większe przeżycie, bo też występowały gwiazdy z innych dyscyplin, które spotykaliśmy czy to na spacerze, czy w wiosce olimpijskiej – wspominał Tadeusz Kilanowicz.
 
- Olimpiadę wspominam z wyjątkowym sentymentem. Ta impreza wyzwala w człowieku pozytywne odczucia. Wspaniały był klimat wioski olimpijskiej, ale najbardziej zauroczyli mnie ludzie, zarówno uczestnicy jak i kibice - turyści. Pamiętam jak ulicami Innsbrucku, ze śpiewem na ustach, trzymając się za szyje, szli - Firsow, aktor francuski i grający wspaniale na gitarze, kanadyjski bramkarz Martin. Był to raj dla fotoreporterów. Pierwszy raz widziałem Rosjanina w takiej roli – wspominał Andrzej Szal. Wówczas reprezentował barwy warszawskiej Legii, odbywał w tym klubie wojsko.
 
Polacy wygrali grupę B i zajęli dziewiąte miejsce. Pokonali Rumunię 6:1, Norwegię 4:2, Węgry 6:2, Włochów 7:0 i potknęli się na Japonii 3:4. Porażka z Azjatami była dość niespodziewana. Porażkę na siebie wziął trener Gary Hughes. Nie mógł sobie wybaczyć, że prowadząc pozwolił chłopakom na otwartą grę. Po każdej wygranej Kanadyjczyk dostawał butelki piwa. Tym razem był zdziwiony prezentem, bo przecież przegrał mecz. „To ja, a nie chłopcy przegrali”.  Dwa następne mecze Polacy wygrali – z Jugosławia 9:3 i Austrią 5:1.
 
Kilanowicz i Szal zdobyli w tym turnieju łącznie siedem goli – „Elek” cztery razy pokonywał bramkarzy, a „Kuba” –trzy razy.
 
Dalszy ciąg niebawem…
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama