27.11.2025 | Czytano: 4795

Ocalić od zapomnienia. Takich ludzi teraz brakuje w Podhalu

Człowiek trzyma się za głowę, gdy uzmysławia sobie, jak ten czas szybko leci. Młodzi nie zdają sobie sprawy z tego, jak drzewiej bywało. Jacy ludzie budowali potęgę „Szarotek”, a inni ją zniszczyli.


 
 
Dzisiaj kibic siada w hali lodowej, co prawda narzeka na chłód, ale co mieli powiedzieć kibice, gdy obiekt był niezadaszony i mróz był siarczysty? Pamiętam jak musiałem przekonać mamę, żeby pozwoliła mi pójść na mecz.  Z pomocą przychodził tata, który zaszczepił mi bakcyla sportu. Nie tylko ja miałem taki dylemat, ale także zespoły. Stawały przed dylematem czy rozpoczynać spotkanie pod wiatr, czy z wiatrem?  Kibice zaś wybierający się na mecz z niecierpliwieniem wpatrywali się w termometr, który dość często zbliżał się ku cyfrze - trzydzieści poniżej zera. Mimo to,  stadion pękał  w szwach.  Niewiarygodne, a jednak prawdziwe!
 
Miałem 5 lat, gdy Podhale zdobyło pierwszy medal dla Nowego Targu w seniorach (1958 roku, a rok później pierwsze mistrzostwo  kraju w juniorach). Byłem naocznym świadkiem tego wydarzenia. Nim doszło do euforii, pamiętam, że w przerwach tańczyła młoda Szlendakówna.   Trybuny były drewniane i daleko było słychać  odgłos tuptających nóg. W ten sposób kibice rozgrzewali się w 30 –stopniowym mrozie. Gdy powstała trybuna betonowa, to ksiądz Święty (gdy niedzielny mecz juniorów był przed południem, to szybko odprawiał mszę w kościele Św. Katarzyny) nosił z sobą drewnianą grubą deseczkę, a na której stał. Rzeka Czarny Dunajec  była zarznięta i na lodowisko można było przejeść po lodzie. Służyła ona także jako lodowisko. Na nim odbywały się regularne mecze między ulicami. Wtedy tylko jeden chłopak miał kompletny sprzęt, pozostali chronili nogi od uderzeń krążka ilustrowanymi gazetami. 
 
Nie byłoby hokeja w stolicy Podhala, gdyby nie ofiarni,  zaangażowani i uczynni ludzie. Którzy każdemu daliby serce na dłoni. Byłem tak zafascynowany hokejem, że przychodziłem także na meczu drugoligowe rezerw Podhala czy nowotarskiej Wisły. Pamiętam   jak „Mama” czyli Stanisława Soczek, widząc zmarzniętego chłopaka, zapraszała mnie do budynku klubowego.  Stałem w oknie z Janem Gawlińskim, który obsługiwał radiowęzeł. W przerwach puszczał muzykę. To była ciekawsi postać. Był właścicielem jednego z pierwszych samochodów pod Tatrami. Zachciało mu się jednak reaktywować klub sportowy. Wpakował w to całe swoje oszczędności, sprzedał ukochane auto!.
 
A „Mama”? Przez blisko ćwierć wieku była alfą i omegą klubu. Przyjaciółką sportowców, symbolem Podhala. Przykuwała wzrok niesamowicie kolorowymi strojami.  Na jej twarzy nieustannie widniał uśmiech. Potrafiła załatwić wszystko, od najdrobniejszej do bardzo „grubej” sprawy. Klub wtedy nie był dla nikogo zamknięty. Drzwi były szeroko otwarte. Każdy mógł przyjść, pogadać, zaproponować pomoc, czy też w kawiarence (tutaj spotykali się zwolennicy karcianych gier) obejrzeć mecze w telewizji. Głównie z ligi czechosłowackiej.  Podczas spotkań wyjazdowych Podhala tłumy kibiców gromadziły się w budynku klubowym, by „Dzidka” podała wynik spotkania. Wtedy nie było internetu, radio i telewizja nie podawały wyników w tym samym dniu, a „Mama” miała swoje kanały i po każdej tercji dysponowała danymi.   Pamiętam jak nie mogła się dodzwonić do Torunia. Wtedy wykręciła numer  na Milicję w grodzie Kopernika, podała się za sekretarkę sekretarza PZPR w Nowym Targu i dyżurujący w komisariacie w locie błyskawicy oddzwonił i podał końcowy wynik spotkania.  Ten podstęp kilka razy powtarzała. Choćby wtedy, gdy PKS nie podstawił na czas autobusu, którym hokeiści mieli się udać na wyjazdowe spotkanie. Po telefonie do firmy, za moment podjechały pod klub trzy autokary! Gdy kibice nie potrafili załatwić  biletów na ważne mecze na Śląsku, „Mama” wkraczała do akcji. Używała swoich podstępów i forteli, obiecanek, a miłe słowa otwierały serca włodarzy śląskich klubów, którzy przydzielali pulę biletów dla fanów „Szarotek”.
 
Nie tylko jej serce mocno biło dla „Szarotek”. Zbigniew Lohn zzałożyciel PSS „Społem” w Nowym Targu i wieloletni jego prezes.  Przez 20 lat był kierownikiem   drużyn hokejowych i piłkarskich. - Za jego kadencji zawodnikom nie brakowało przysłowiowego ptasiego mleka - wspominają  hokeiści i piłkarze Podhala z tamtych lat. W trudnych czasach zaopatrywał zawodników w cytryny, pomarańcze, słodycze, kanapki...  Stawał na głowie, by znaleźć pieniądze na wyjazd. Znane było jego  powodzenie: „Idźcie do pani Hani, niech wam da, co ma”. Organizował zgrupowania. W domu nie mieszkał - biuro  i sport pochłaniały mu całe życie. Gdy kończyła się zima, to przerzucał się na piłkę. Stał w boksie i ...żuł tytoń. W trakcie meczu potrafił przeżuć czasami trzy paczki papierosów. 
 
Leon Borek jako jedyny w mieście miał samochód. Był na każde wezwanie. Gdy trzeba było dowieść zawodnika do Katowic czy Warszawy robił to bez zmrużenia oka. Razem z Lohem sprowadzili do klubu trenera Stefana Csoricha i reprezentacyjnego bramkarza Władysława Pabisza.  Borek finansował pobyt Pabisza  i  wyłożył część pieniędzy na zakup samochodu dla niego, którym jeździł na taksówce.
 
Jan Gawliński i Leon Borek własnym sumptem wystawili mikroskopijny baraczek, mieszczący wszystko: szatnię, magazyn, bufet, zarząd klubu.... Była też sala z bufetem, który prowadził gospodarz klubu Józef Niemczyk. Gospodarz całą gębą. Więcej czasu spędzał w parku aniżeli w domu. Przygotowywał lód hokeistom. Pewnego razu, gdy wpadł do klubowego budynku wyglądał jak sopel lodu. Gdy przed meczem zawodnikowi pękła gumka od sztuc, szukał na stadionie swoje żony, by dała mu podwiązkę do pończoch Pewnego razu, gdy „Szarotki” rozgrywały bardzo ważny mecz, uciekł ze szpitala. Zabrał się na mecz przygodną sanitarką.
 
A jak wtedy przygotowało lód? Otóż czterech pracowników lodowiska z wielkimi miotłami, zamaszyście czyściło taflę ze śniegu.  Potem wyciągano węża i koc. Koc ciągnął pracownik, a drugi po nim lał wodę. Gdy padał obfity śnieg przerywano mecz, bo krążka nie było widać, nie miał też  poślizgu.  Wtedy kibice pomagali odśnieżyć  taflę, by można było kontynuować zawody. Pamiętam jak długo toczył się mecz z Pomorzaninem Toruń.  Trzy razy w trakcie tercji go przerywano, bo krążka nie było widać. Wtedy padł tylko jeden gol, a zdobył go Wiktor Pysz i wtedy  na niebie pojawiły się ognie sztuczne.  To był rytuał, kto nie był na meczu, jak widział ognie sztuczne, wiedział, że „Szarotki” strzeliły gola. Rakietnice miał Franciszek  Ligas.
 
Marian Dworzański  - kierownik drużyny stał się cząstką składową jej sukcesów. Jako farmaceuta, przyrządzał mikstury na poobijane kości zawodników, które stawiały ich na nogi. Przynosił do klubu  buteleczkę z miksturą, aplikował okłady i...pomagało.  Nikt wówczas nie marzył o masażach i rehabilitacji. Znachorski  środek był panaceum na wszystkie dolegliwości.
 
Edmund Dereziński  przez 20 lat pełnił funkcję wiceprezesa ds. finansowych. Swoją społeczną pracą najbardziej   przyczynił się do rozkwitu Podhala. Poznaniak, 3-krotny mistrz Polski w koszykówce. Trafił do Nowego Targu w poszukiwaniu brata. Do klubu zaś za namową Augustyna Fuchsa, Franciszka Błażkiewicza i Stanisława Maciąga. Takiego finansisty w ostatnich latach zabrakło w Podhalu.
 
Józef Ślęczka -  to kolejna postać warta uwagi. Długoletni kierownik sekcji hokeja. To za jego sprawą powstały liczne szkółki, z których wyszło mnóstwo zawodników wysokiej klasy. Za jego panowania była dyscyplina, punktualność i dobra organizacja. Wymagał bardzo dużo od siebie, trenerów i zawodników. Niejednemu się oberwało za spóźnienie na trening czy za nie wykonywanie ćwiczeń zgodnych z harmonogramem. Pieczołowicie doglądał swojej „stajni”. Na kontrolę zjawiał się w najmniej oczekiwanym momencie, wcześnie rano lub późnym wieczorem. Mieszkał blisko, bo na Placu Słowackiego miał więc rzut beretem na lodowisko.
 
Kręcąc się wokół klubu, bo tata w pewnym okresie w nim działał, zapamiętałem, że w dniu wyjazdu na mecz prezes Augustyn Fuchs, czy kierownik sekcji hokejowej Lech Szmulewicz  musieli z kapeluszem w ręku obchodzić co zasobniejszych kibiców. Dał parę „brudasów” restaurator Stanisław Bibro, dało kilku lepiej zarabiających kuśnierzy. A potem pędem do pociągu, bo wreszcie było za co kupić bilety do Katowic czy Torunia. Bywało, że trzeba było podróżować ciężarówką z plandeką, nawet wtedy, gdy termometry wskazywały temperaturę poniżej 30 stopni Celsjusza. Na śniadanie dwie suche bułki i małe masło, a po wyczerpującym meczu bułka z kiełbasą i herbata na kolację... Wtedy każdy z członków zarządu otrzymywał „zadanie bojowe” namówienia co najmniej trzech kibiców na składki... Tak hartowały się charaktery. Nikt nie mógł podskoczyć góralom, nie tylko dosłownie, ale przede wszystkim w sportowych wynikach.
 
Los nie rozpieszczał Podhalan. Był rok, kiedy zima przyniosła mniej mroźnych dni, niż liter w nazwie nowotarskiego klubu. Musieli wyjeżdżać na treningi do Katowic o 3 rano, zaczynali zaprawę dwie godziny później.  Był to jednak potężny impuls do budowy własnego, sztucznego lodowiska. Uparci działacze dopięli swego.  Ile to ścieżek -  Augustyn Fuchs z wiceprezesem do spraw inwestycyjnych inż. Karolem Grzesiakiem i prawą ręką tego ostatniego- lwowianinem Stanisławem Kłosem – wydeptali w ministerialnych gabinetach.   - Ówczesny dyrektor GKKFiT pan Kuchar był bardzo nieprzychylnie nastawiony do naszej inicjatywy – mówił niżej podpisanemu w wywiadzie dla „Aktualności Podhala” – „Po co wam w takim małym miasteczku lodowisko, większe miasta nie mają” - cytował. W końcu 19 listopada 1961 roku w  śnieżną niedzielę dokonano otwarcia sztucznego lodowiska. Później dachu i tutaj znowu dała znać o sobie   ofiarność społeczeństwa. Organizowano różnego rodzaju akcje - sprzedawali „cegiełki”, robili zbiórkę datków wprost do kapelusza.  A najsłynniejsza akcja, to  „Złóż złotówkę na dachówkę”.
 
Bo tacy byli wówczas nowotarżanie. Ofiarni, rozmiłowani w sporcie, w hokeju. Powiadali, że w Nowym Targu nie miał co szukać facet, który nie interesował się hokejem i nie zaliczył co najmniej pół setki meczów w charakterze kibica. Rzecz jasna sporo w tym było przesady, choć w Nowym Targu bez znajomości hokejowego abecadła trudno było liczyć na towarzyskie koneksje. Hokejem żyli wszyscy. Wielcy i maluczcy, staruszkowie i przedszkolaki, mężczyźni i kobiety.... A na meczach hokejowych sprawdzano...obecność.  Takich ludzi dzisiaj brakuje. Ostatnio panujący w klubie działacze i nie tylko  pozwolili zwiędnąć „Szarotkom”. Czyżby ten piękny kwiat nie był pod ochroną?
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama