30.08.2021 | Czytano: 2874

Kompromitacji nie było, ale…

- Niektórzy liczyli na baty w kwalifikacjach olimpijskich. Tymczasem kompromitacji nie było – ocenia występ biało-czerwonych w Bratysławie trzykrotny olimpijczyk, Gabriel Samolej.


 
Polscy hokeiści odnieśli sensacyjne zwycięstwo nad wyżej notowaną Białorusią. Była to sensacja sporego kalibru, która uraziła ich  prezydenta Aleksandrą Łukaszenkę. Określił porażkę jako ogromny wstyd.
 
- To spotkanie pokazało, że przy świetnej dyspozycji bramkarza,  mądrej grze w obronie i kontratakach można pokonać wyżej notowanego rywala. Przeciwnika, który miał w swoim składzie naturalizowanych zawodników zza oceanu – zauważa Gabriel Samolej. – Trener Robert Kalaber opracował świetna taktykę, a zawodnicy zrealizowali jego strategiczny plan. Chłopcy zagrali mądrze i konsekwentnie. To był wielki sukces naszego hokeja, tym bardziej, iż nasza dyscyplina traktowana jest gorzej niż inne.  Po takiej wygranej została zauważona.
 
Niektórzy zapomnieli jakie jest miejsce polskiego hokeja i ostrzyli sobie apetyt na wygraną ze Słowacją. Po tym meczu można zacytować stare porzekadło „siła złego na jednego”.  Mowa o naszym bramkarzu Johnie Murrayu. Jego koledzy pozostawili niezłe wrażenie, ale polegli, a Amerykanin z polskim paszportem znowu był bohaterem.
 
- W meczach ze Słowacją i Austrią  uszło z naszych hokeistów powietrze – twierdzi Gabriel Samolej. -  Najgorszy był mecz z Austrią. Powielone zostały stare nasze błędy – brak skuteczności i niedobra gra w obronie. Murray robił co mógł, ale w trzech meczach rywale oddali na jego bramkę aż 124 strzały, a zatrzymał 115 z nich. To są świetne statystyki. Najlepszy zawodnik z naszej drużynie. Podbala mi się gra Marcina Kolusza, grał  mądrze i wyrachowanie. Potrzebna nam takich zawodników jak on czy Grzegorz  Pasiut. Dobre wrażenie zrobił Paweł Zygmunt, który robi postępy.  Walczył, był agresywny i w przyszłości może to zaprocentować. Teraz czekamy na mistrzostwa  świata i awans.  Uważani jesteśmy przecież za faworyta.
 
Trzykrotny olimpijczyk zauważył, że Polacy nie grzeszyli skutecznością. Gdy rywale oddali 124 strzały na bramkę Murraya, my w trzech meczach tylko 46!  Trener Robert Kalaber nie ukrywa, że mało strzelamy, że w tercji rywala próbujemy szukać innych rozwiązań. Dodajmy do tego, że brakowało szybkiej decyzji o wystrzelaniu krążka i rywal miał ułatwione zadanie, by strzał zablokować, a bramkarz dużo czasu, by się przemieścić. – Takie sytuacje jak sam na sam z takimi rywalami musimy wykorzystywać, bo w przeciwnym razie przeciwnik nas skarci – mówił nasz selekcjoner. 
 
Tak też było, odczuliśmy to najbardziej w meczu z Austriakami. Alan Łyszczarczyk i Aron Chmielewski mieli okazje, by złapać kontakt z przeciwnikiem, a tymczasem po takich niewykorzystanych sytuacjach traciliśmy z kontry bramkę. 
 
- Zabrakło nam energii, ale trudno się dziwić, bo w dwóch poprzednich meczach graliśmy w szybkim tempie – zaznaczył Robert Kalaber.
 
Nasi hokeiści nie są przyzwyczajeni do gry w tylu meczach na dużych obrotach. Potrzebują więcej konfrontacji z takimi rywalami. Niepokojące jest, że byliśmy najstarszą drużyną występującą w Bratysławie. Ani jednego gracza nie mieliśmy, który urodziłby się w XXI wieku.  Selekcjoner mniej korzystać z czwartej formacji. – Ona musi być silniejsza, by wszystko było  w zespole rozłożone równomiernie – nie ukrywał szkoleniowiec.
 
Problem może być nie tylko w polu, ale także w bramce, bo zarówno Murray i Ondriej Raszka są już dobrze po trzydziestce. Co prawda mówi się, że bramkarz powinien być jak wino, ale… następców nie widać.
 
- To będzie problem.  Niektórzy, nie znający się,  zachwyceni są,  że liga open podniosła poziom, a to nie do końca jest prawdą. Niedługo  starsi zawodnicy zakończą przygodę z drużyną narodową  i będziemy mieć duży ból głowy, bo następców nie widać w  odpowiedniej ilości do stworzenia drużyny. Młodzi chłopcy znikają za  wcześnie, albo nie dostają szans w klubach. To jest problem,  który przyszłe władze związku muszą rozwiązać. Chciałbym, żeby zaczęły dobrze myśleć w tej materii – ma nadzieję Gabriel Samolej.
 
Stefan Leśniowski
Foto FB PZHL  
 

Komentarze







reklama