Polscy hokeiści odnieśli sensacyjne zwycięstwo nad wyżej notowaną Białorusią. Była to sensacja sporego kalibru, która uraziła ich prezydenta Aleksandrą Łukaszenkę. Określił porażkę jako ogromny wstyd.
- To spotkanie pokazało, że przy świetnej dyspozycji bramkarza, mądrej grze w obronie i kontratakach można pokonać wyżej notowanego rywala. Przeciwnika, który miał w swoim składzie naturalizowanych zawodników zza oceanu – zauważa Gabriel Samolej. – Trener Robert Kalaber opracował świetna taktykę, a zawodnicy zrealizowali jego strategiczny plan. Chłopcy zagrali mądrze i konsekwentnie. To był wielki sukces naszego hokeja, tym bardziej, iż nasza dyscyplina traktowana jest gorzej niż inne. Po takiej wygranej została zauważona.
Niektórzy zapomnieli jakie jest miejsce polskiego hokeja i ostrzyli sobie apetyt na wygraną ze Słowacją. Po tym meczu można zacytować stare porzekadło „siła złego na jednego”. Mowa o naszym bramkarzu Johnie Murrayu. Jego koledzy pozostawili niezłe wrażenie, ale polegli, a Amerykanin z polskim paszportem znowu był bohaterem.
- W meczach ze Słowacją i Austrią uszło z naszych hokeistów powietrze – twierdzi Gabriel Samolej. - Najgorszy był mecz z Austrią. Powielone zostały stare nasze błędy – brak skuteczności i niedobra gra w obronie. Murray robił co mógł, ale w trzech meczach rywale oddali na jego bramkę aż 124 strzały, a zatrzymał 115 z nich. To są świetne statystyki. Najlepszy zawodnik z naszej drużynie. Podbala mi się gra Marcina Kolusza, grał mądrze i wyrachowanie. Potrzebna nam takich zawodników jak on czy Grzegorz Pasiut. Dobre wrażenie zrobił Paweł Zygmunt, który robi postępy. Walczył, był agresywny i w przyszłości może to zaprocentować. Teraz czekamy na mistrzostwa świata i awans. Uważani jesteśmy przecież za faworyta.
Trzykrotny olimpijczyk zauważył, że Polacy nie grzeszyli skutecznością. Gdy rywale oddali 124 strzały na bramkę Murraya, my w trzech meczach tylko 46! Trener Robert Kalaber nie ukrywa, że mało strzelamy, że w tercji rywala próbujemy szukać innych rozwiązań. Dodajmy do tego, że brakowało szybkiej decyzji o wystrzelaniu krążka i rywal miał ułatwione zadanie, by strzał zablokować, a bramkarz dużo czasu, by się przemieścić. – Takie sytuacje jak sam na sam z takimi rywalami musimy wykorzystywać, bo w przeciwnym razie przeciwnik nas skarci – mówił nasz selekcjoner.
Tak też było, odczuliśmy to najbardziej w meczu z Austriakami. Alan Łyszczarczyk i Aron Chmielewski mieli okazje, by złapać kontakt z przeciwnikiem, a tymczasem po takich niewykorzystanych sytuacjach traciliśmy z kontry bramkę.
- Zabrakło nam energii, ale trudno się dziwić, bo w dwóch poprzednich meczach graliśmy w szybkim tempie – zaznaczył Robert Kalaber.
Nasi hokeiści nie są przyzwyczajeni do gry w tylu meczach na dużych obrotach. Potrzebują więcej konfrontacji z takimi rywalami. Niepokojące jest, że byliśmy najstarszą drużyną występującą w Bratysławie. Ani jednego gracza nie mieliśmy, który urodziłby się w XXI wieku. Selekcjoner mniej korzystać z czwartej formacji. – Ona musi być silniejsza, by wszystko było w zespole rozłożone równomiernie – nie ukrywał szkoleniowiec.
Problem może być nie tylko w polu, ale także w bramce, bo zarówno Murray i Ondriej Raszka są już dobrze po trzydziestce. Co prawda mówi się, że bramkarz powinien być jak wino, ale… następców nie widać.
- To będzie problem. Niektórzy, nie znający się, zachwyceni są, że liga open podniosła poziom, a to nie do końca jest prawdą. Niedługo starsi zawodnicy zakończą przygodę z drużyną narodową i będziemy mieć duży ból głowy, bo następców nie widać w odpowiedniej ilości do stworzenia drużyny. Młodzi chłopcy znikają za wcześnie, albo nie dostają szans w klubach. To jest problem, który przyszłe władze związku muszą rozwiązać. Chciałbym, żeby zaczęły dobrze myśleć w tej materii – ma nadzieję Gabriel Samolej.
Stefan Leśniowski
Foto FB PZHL










