12.04.2021 | Czytano: 8563

„Kto nie widział, nie uwierzy…

… kto widział, jest w szoku” – tak zatytułował czechosłowacki „Stadion” to, co wydarzyło się dokładnie 35 lat temu na moskiewskiej tafli. Sprawcą sensacji byli hokeiści z orłem na koszulce.



 
Dziesięć lat po historycznym triumfie nad ZSRR biało –czerwoni  po raz kolejny zapisali się złotymi zgłoskami w historii dyscypliny. Czechosłowacy byli w szoku. Nie mogli uwierzyć w to co się stało 12 kwietnia 1986 roku podczas mistrzostw świata grupy A (obecnie elita), w Moskwie. Kopciuszek już na inaugurację czempionatu postawił w trudnym położeniu aktualnych wtedy mistrzów świata i wicemistrzów olimpijskich. To była bardzo kosztowana porażka naszych południowych sąsiadów, którzy czempionat ukończyli dopiero na piątym miejscu. Grali w grupie o utrzymanie razem z Polską!
 
 „Na kolanach” – tak podsumował występ na mistrzostwach świata swoich ulubieńców „Stadion, przypominając jednocześnie słowa kapitana Dariusa Rusnaka: „Jesteśmy lepsi niż rok temu. Obrona tytułu to nasz obowiązek”.  Temu wydarzeniu więcej miejsca poświęciły zagraniczne media niż polskie.  Radziecki „Hokej - futbol” napisał: „Polacy zrobili psikusa faworytowi. Zrobili to co nam dziesięć lat temu. Podobnie jak w Katowicach, okazali się języczkiem u wagi czempionatu. Zdruzgotani trenerzy Jan Straszi i Frantisek Pospiszil natychmiast po meczu odjechali do hotelu. Dziennikarze CSRS usiłowali ich „usprawiedliwiać”, tym, że organizatorzy powinni wcześniej ich zawiadomić o konferencji. Prowadzący konferencję szybko zripostował: „Rzecz nie w tym, że nie było wcześniejszego zaproszenia, tylko w wyniku”.
 
Polacy przed tym spotkaniem odnieśli zaledwie dwa zwycięstwa nad naszymi południowymi sąsiadami, przy czym tyko jedno na lodowej tafli, a było to 23 stycznia 1926 roku w Pradze (1:0) podczas towarzyskiej potyczki. Zwycięską bramkę zdobył  Aleksander Tupalski. Druga wygrana została nam sprezentowana przez czeskiego obrońcę Frantiska Pospiszila, u którego wykryto doping. Mecz, który zakończył się wygraną Czechosłowacji 7:1, został zweryfikowany na korzyć biało – czerwonych 1:0. Było to podczas igrzysk olimpijskich w Insbrucku w 1976 roku, 23 lutego. Za to zwycięstwo nie przyznano nam punktów, a wynik uwzględniono tylko w stosunku bramkowym.  
 
Reprezentacja Polski w Moskwie była beniaminkiem w grupie A. Przed rokiem wygrała mistrzostwa świata grupy B w szwajcarskim Fryburgu. Jej zadaniem było utrzymanie się w światowej elicie.   Czechosłowacja zaś broniła mistrzowskiego tytułu zdobytego rok wcześniej. Do złota doprowadził naszych południowych sąsiadów Ludek Bukacz, jednak w Moskwie zespól prowadził już Jan Starszi.
 
W tym historycznym meczu wystąpiło dwóch graczy nowotarskiego chowu – Robert Szopiński i Andrzej Świętek, obaj defensorzy. W mistrzostwach brał jeszcze udział trzeci obrońca z Nowego Targu – Andrzej Ujwary.
 
Sensacyjna wygrana miała bohatera w osobie Franciszka Kukli. – To był mój najlepszy mecz w życiu – powiedział potwornie zmęczony polski golkiper. – Ten dzień na zawsze pozostanie w mojej  pamięci. Być w zespole, który wygrywa z mistrzem świata, to ogromny sukces każdego zawodnika. Przez całe spotkanie byłem ogromnie spięty. Dopiero 5 minut przed końcem meczu powiedziałem sobie: „Wynik musimy dowieść do końca, choćby nie wiem co.
 
Kukla dwoił się i troił w bramce. Uwijał się jak w ukropie, szczególnie w trzeciej tercji, gdy szaleli obrońcy mistrzowskiego tytułu, by odwrócić losy spotkania. Biało –czerwoni rozpoczęli tak, jakby to oni byli mistrzami świata, a nie ich przeciwnik. Zepchnęli ich do obrony, atakowali z wielką siłą, będąc bez respektu dla utytułowanej reprezentacji. Obserwatorzy przecierali oczy ze zdziwienia.  W pierwszych 20 minutach oddali więcej strzałów niż ich rywal. Ten po raz pierwszy porządnie sprawdził dyspozycję Kukli dopiero w 13 minucie.  Polski golkiper wyszedł jednak obronną ręką w sytuacji oko w oko z Vodilą.
 
Czechosłowacy to najwyższa klasa i można było się spodziewać, że lada moment przystąpią do szturmu na bramkę Kukli. No i zaczęli kłuć swoimi żądłami jak natrętna osa. Ostatnia instancja biało -czerwonych była jednak w gazie. W końcówce odsłony wygrała bezpośredni pojedynek z Paszkiem i Hrdiną.  Patrzyliśmy jak urzeczeni na grę Polaków i zastanawialiśmy się jak długo wytrzymają taką grę –piątką atakując i broniąc. Mądrze graliśmy osłabienia. Bliski zdobycia gola był Pawlik, ale przeciwnik nie folgował, nacierał niebezpiecznie. W 38 minucie wyszliśmy obronną ręką z potwornego zamieszania pod naszą bramką i wyprowadziliśmy – jak się okazało – zabójczą kontrę.  – Otrzymałem fantastyczne podanie od Krystiana Sikorskiego, na pełnej szybkości wtargnąłem do tercji rywala. Tak szybko to się potoczyło, że nawet nie wiem jak krążek zatrzepotał w siatce – mówił Jerzy Christ.   
 
- Czechosłowacy chyba nas troszkę zlekceważyli. Nie grali na sto procent. Byli przekonani, że wcześniej czy później zaczną posyłać krążki do naszej bramki.  Tymczasem nie chciały wpadać, a  czas mijał, wynik był bezbramkowy i  widać było, że robi się coraz bardziej nerwowo w ich boksie. Atmosfera zgęstniała, gdy zdobyliśmy gola.  Wiedzieliśmy, że tym golem rozjuszyliśmy przeciwnika i ten będzie napierał z ogromną siłą na naszą bramkę. Linię defensywne musiały się mieć na baczności.  Byliśmy dobrze przygotowani do tego turnieju i nie chcieliśmy wypuścić szansy jaka się przed nami otwarła. Tym bardziej, iż na początku trzeciej tercji Christ wykorzystał błąd  Szindla. Wydawało nam się, że śnimy. Prowadziliśmy z mistrzami świata 2:0! Ale mistrzowie świata nie dawali za wygraną. Przetrwać trudny okres pomogli nam kibice, którzy sympatyzowali z naszą drużyną   – wspominał Robert Szopiński.
 
A okres był bardzo trudny. Minuty się dłużyły, a przeciwnik atakował z wielką siłą. Praktycznie nie wychodził z naszej tercji. Zasypywał Kuklę gradem strzałów,  z bliska i z dystansu. 10 minut przed końcem Czesi odczarowali świątynię Kukli. Rosol posłał krążek do bramki i napór rywali jeszcze bardziej się zmógł.
 
96 sekund przed końcową syreną trener Jan Starszi wziął czas. Zaraz po wznowieniu wyprowadziliśmy kontrę, która mogła zamknąć mecz. Na 19 sekund przed końcem tym razem  trener Leszek Lejczyk wziął czas, a przeciwnik wycofał bramkarza. Piątka: Gruth, Szopiński, Stebnicki, Christ i Sikorki mała za zadanie obronić się przez nacierającą szóstką zawodników CSRS.
 
- To były długie minuty. Czas wlókł się jak żółw, ale daliśmy radę. Zrealizowaliśmy założenia taktyczne ustalone przed czempionatem. Polegały  na grze defensywnej. Jadąc na mistrzostwa świata, wiadomo było, że grać będziemy z kontry  - powie Robert Szopiński.
 
- Nawet w najmilszych snach nie śnił nam się taki wynik – powiedział na gorąco  trener  Leszek Lejczyk. – Wychodząc na lód zakładaliśmy taką grę, która pozwoliłaby na jak najniższą porażkę. Nie chcieliśmy dopuścić do szybkich kontrataków przeciwnika, a w założeniach było, by obronę organizować już w tercji środkowej. Napastnikom kazałem szybko i zdecydowanie wychodzić z własnej tercji i strzelać z każdej pozycji.  Zwycięstwo to ogromna zasługa naszego bramkarza, który miał swój wielki dzień i odrobinę szczęścia. Najważniejsze, że chłopcy konsekwentnie zrealizowali wcześniej ustalony plan. Wiem, że mimo cennego zwycięstwa, nadal będziemy należeć do zespołów walczących o utrzymanie.
 
Nie udało się biało –czerwonych osiągnąć wytyczonego celu – pozostania w grupie A. Nie pomógł nawet nieoczekiwany sukces nad mistrzami świata, nie pomogła dobra postawa drużyny. Z dorobkiem trzech punktów Polska zakończyła czempionat na ostatnim miejscu i za rok znów przyszło reprezentacji walczyć na zapleczu o powrót do światowej elity.
 
W grupie spadkowej po raz kolejny skrzyżowaliśmy kije z drużyną CSRS. Przed meczem optymiści przewidywali, że Polacy znów postawią się utytułowanemu rywalowi. Inni zaś twierdzili, że rywale zrobią wszystko, by srodze zrewanżować się za porażkę na inaugurację czempionatu. Przez pierwsze pół godziny do pewnego stopnia sprawdzała się teoria optymistów, zaś w drugiej połowie górą byli już ci drudzy. Zostaliśmy rozbici, przegrywając 1:8. Honorowego gola zdobył Roman Steblecki.
 
12 kwietnia 1986 -  Moskwa, Mała Arena
Polska - Czechosłowacja 2:1 (0:0, 1:0, 1:1)
1:0 Christ – Sikorski (38)
2:0 Christ (44)
2:1 Rosol (50)
Polska: Franciszek Kukla ( Andrzej Hanisz) – Ludwik Synowiec, Henryk Gruth, Robert Szopiński, Andrzej Kądziołka, Andrzej Świątek, Marek Cholewa – Roman Steblecki, Bogdan Pawlik, Krzysztof Podsiadło, Henryk Pytel, Jarosław Morawiecki, Andrzej Zabawa, Leszek Jachna, Jan Stopczyk, Piotr Kwasigroch, Krystian Sikorski, Jerzy Christ, Marek Stebnicki. Trener Leszek Lejczyk. Asystent Jerzy Mruk.
Czechosłowacja: Jaromír Szindel (Dominik Haszek) - Mojmir Bożik, Jaroslav Benak, Peter Slanina, Arnold Kadlec, Antonin Stavjana, Frantisek Musil - Jiri Lala, Darius Rusnak, Frantisek Prochazka - Petr Rosol, Vladimir Rużiczka, Jiri Hrdina - Michal Pivonka, Jan Vodila, Milan Stasz - Vladimir Caldr, Dusan Paszek, Jiri Szejba -  Igor Liba, Vladimir Svitek. Trener Jan Starszi. Asystent Frantisek Pospiszil.
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama