30.09.2020 | Czytano: 9484

Internowanie, bojowe granaty, pertraktować z diabłem, baba i chłop w jednym

- Trener to musi być kawał skurwy*syna, z sercem na dłoni, ale z tęgim batem w rękach – mawiał Franciszek Smuda.



 
I taki był Tadeusz Bulas. Trener niepokorny, wojownik, barwna postać w hokejowym boksie.  Nigdy nie owijał w bawełnę, walił prosto z mostu i może dlatego miał tylu wrogów co przyjaciół. Tytan pracy. – Moją dewizą jest praca, praca i jeszcze raz praca – powtarzał. Zwykł mawiać swoim zawodnikom:   -Jak nie rabotajesz, to nie kuszajesz.   Największe sukcesy odnosił  w pracy z młodzieżą.  
 
- Gdy trener nie jest zaangażowany i „nie gra” ze swoją drużyną powinien zrezygnować z zawodu – przekonywał.  – Swoimi uwagami staram się wpływać mobilizująco na zawodników, choć z biegiem lat mój temperament uległ zmianie.
 
Do hokeja trafił przypadkowo. Co prawda grywał w I – ligowej Wiśle Nowy Targ, ale studia na krakowskiej AWF zmusiły go do przerwania sportowej kariery.
 
Rejs po Bałtyku za wynik sportowe
 
- Dwa lata grałem w Wiśle. Mogłam dalej grać. Niestety treningi były bardzo późno, niekiedy o północy, a  ja o 6 rano musiałem stawać na zajęcia na uczelni. Studia na AWF były ciężkie i nie można było sobie pozwolić na opuszczanie zajęć. Zrezygnowałem z Wisły i zająłem się studiami. Jestem absolwentem AWF  z tytułem magistra wychowania fizycznego ze specjalizacją trener lekkoatletyki. Po studiach w 1966 roku zacząłem pracę z lekkoatletami Gorców Nowy Targ. Moją wychowanicą  była brązowa medalistka mistrzostw Europy w sztafecie 4x400 metrów,  Anna Bełtowska. Adam Krawczyński był w kadrze Polski na dystansach 800 i 1500 metrów. Wojciech Kamiński pokonywał  w 10,9 sek. 100 metrów,  skakał w dal ponad 7 metrów i 16 metrów w trójskoku. Chodził do liceum a już był w kadrze seniorów,  razem z Józefem Szmidtem, rekordzistą świata, z dwukrotnym mistrzem olimpijskim.  W Gorcach pracowałem cztery lata. GKKF  docenił moją pracę, bo dostałem nagrodę w postaci sześciotygodniowego rejsu  po Bałtyku. Były na trasie  Helsinki,  Kopenhaga i Sztokholm. W 1968 roku, gdy zaczęła się inwazja na Czechy zostaliśmy zablokowani w Sztokholmie i przez tydzień internowani. Nie chcieli nas wypuścić z portu. Namawiano nas, żebyśmy zostali. Dziennikarze największej gazety w Szwecji mówili:  „U was trzeba dwa dni na szynkę pracować, a tu za godzinę zarobicie”.
 
Do hokeja trafił przypadkowo
 
Ówczesny kierownik sekcji w Podhalu, Józef Ślęczka zaproponował mu współpracę z pierwszą drużyną, którą miał przygotowywać do sezonu od strony kondycyjnej. To była zupełna nowość w polskim hokeju, nikt wcześniej nie zatrudniał faceta od „robienia siły”. Dlatego nie wszystkim się  to podobało.
 
- Ślęczka namówił mnie, żebym biegał razem z drużyną. Zawodnicy nie chcieli mnie słuchać. Stanisław Fryźlewicz, gdy wszyscy robili ćwiczenia w przysiadzie, to on stał. Jak w stójce, to on przechodził do przysiadu. Ewidentnie grał ze mną w kulki.  Wtedy najbardziej zaangażowani byli - Mieczysław Jaskierski i Józef Batkiewicz. Oni biegali, a reszta się opie* lała. Nie chcieli mnie zbytnio słuchać.  Trener Mieczysław Chmura twierdził:  „mnie by tam nie odmówili”.  „To biegaj pan z nimi” – odparłem.
 
Potem samodzielnie trenował juniorów Podhala. -   Złamałem nogę w Ludźmierzu i z lekkim sercem pozbyłem się pierwszej drużyny. Po wyleczeniu, z nogą opuchniętą,  pojechałem na obóz z Wiktorem Pyszem. Pomagałem mu w treningach i przy okazji  dostałem klasę sportową. Z mojej  grupy aż 15 hokeistów zostało powołanych do kadry. Trzeba wyraźnie podkreślić, że  z jednego rocznika. Miałem ogromną satysfakcję, ale moja radość nie trwała długo. Nie byłem z hokejowego środowiska, więc byli ludzie, którzy podkładali mi nogi.  
 
Zrobiony w bambuko
 
W 1977 r. znalazł się w Sosnowcu, gdzie prowadził najpierw  juniorów, a potem pierwszą drużynę.  – Podhale opuściłem dzięki działaczom. Stanisław Fryźlewicz prowadził rocznik, który nic nie  był warty. Trzech zawodników się tylko  wyróżniało.  Miałem kontynuować pracę z moimi  chłopakami w juniorach, tymczasem zadziałaby koneksje i moją grupę dali Fryźlewiczowi, a  ten po  miesiącu pracy  został trenerem roku. Moim kosztem.  Mnie kazali trenować niedobitków Fryźlewicza. Zrobiono  mnie w bambuko. Rzuciłem tym i poszedłem do Sosnowca.  Ponadto mieli etaty w NZPS, a mnie przez trzy lata tylko zwodzili.  Pracowałem za 1200 złotych, to przy ich pensji  3 tysiące to był pryszcz.  W Sosnowcu pierwsza moja pensja wyniosła 10 tys. Wszyscy się ze mnie nabijali, że nie będę miał wyników. Tymczasem po trzech latach pracy zdobyłem mistrza Polski juniorów młodszych.  
 
Jarosław Morawiecki, Krzysztof Morawiecki,  Marek Cholewa, Krzysztof Podsiadło to tylko mała grupa reprezentantów kraju, którzy wyszli spod jego ręki w Sosnowcu  W Zagłębiu prowadził wszystkie grupy młodzieżowe. W 1986 r. został trenerem pierwszej drużyny Zagłębia. Ze Sosnowca przeniósł się do Krakowa. W sezonie 1987/88 okrzyknięto go cudotwórcą. Kibice spod Wawelu oszaleli na jego punkcie. „Pasy” w sezonie zasadniczym zajęły ostatnie miejsce i musiały walczyć o utrzymanie.
 
Pertraktować nawet z diabłem,
 
Cracovia to była taka  – wańka, wstańka ekstraklasy. Po trzech kolejnych porażkach z ŁKS-em los „Pasów” wydawał się przesądzony. I wtedy na zasadzie straży pożarnej przyjechał z Nowego Targu Tadeusz Bulas. Wprowadził dyscyplinę w drużynie, kilku zawodnikom „pomógł” zakończyć kariery i... wyprowadził Cracovię z dołka. Dokonał rzeczy teoretycznie niemożliwej. W decydujących meczach o utrzymanie ograł do „kółka” łodzian -  9:1, 7:1, 6:1, 4:1!
 
– Nie wymagałem, aby zawodnik był aniołkiem, ale każdy musiał znać miejsce w szyku. Trener jest od kierowania, a zawodnik od wykonywania jego poleceń. Mogę pertraktować nawet z diabłem, ale pod warunkiem, że zastosuje się do tych reguł. Byłem ojcem dla zawodników. Zrobiłem limity. Dzieliłem  pieniędzmi.   Kto dobrze grał to dostawał więcej, liczyło się zaangażowanie na lodzie, czyli na łebka można było dostać 12 tysięcy, albo 3 tysiące. Jak policzyli to  chętnie gonili po lodzie za forsą  – mówi.
 
Spełnione marzenie
 
W sezonie 1991/92 dostał to o czym marzył całe życia. Został pierwszym trenerem Podhala. Miał zdobyć mistrzostwo Polski i był na dobrej drodze. W sezonie zasadniczym ogrywał oświęcimską Unię jak chciał. Do play off przystępował z pierwszego miejsca.   Miał mocny skład z mistrzem świata  Siergiejem Agiejkinem i Jewgienijem Semierakiem na czele.  Afera dopingowa Piotra Podlipniego ( po sezonie został oczyszczony z zarzutów) oraz częste wyjazdy zawodników na zgrupowania kadry przed Olimpiadą w Albertville i liczne kontuzje pokrzyżowały mu szyki. Na pewno też obóz w Rabiczach mu nie pomógł w osiągnięciu celu.
 
- Kiedy otrzymałem ofertę prowadzenia Podhala, przyjąłem ją z wielką radością. Nie ukrywam, że dla mnie – rodowitego nowotarżanina – po tylu latach tułaczki, bycie trenerem „Szarotek” jest ukoronowaniem zawodowej kariery. Wcześniej było to niemożliwe – układy, układziki powodowały, że byłem bez szans.   Przejąłem zespół w rozsypce i po trzęsieniu ziemi w strukturach rządzących.  Nie miałem kim grać,  nie było nawet dwóch piątek. Wprowadziłem dziesięciu juniorów i grali jak ta-lala. Za sukcesami w sezonie zasadniczym krył się ogrom pracy. Obudziła się też  w graczach „góralska dusza” - zadziorność, nieustępliwość.  Ale potem zespół zaczął się sypać. Drużynę rozwaliła mi reprezentacja, sześciu zawodników nie miałem do zakończenia igrzysk.  2,5-miesięczna przerwa zrobiła spustoszenie. Bałagan i lekceważenie klubów, to była specjalność PZHL. Robił na klubach rozbój w biały dzień.  Przed wyjazdem na igrzyska olimpijskie wybuchła afera dopingowa. Zawodnicy dostali sprowadzone z Holandii niesprawdzone  preparaty wspomagające. Do tego Staszek Cyrwus, ostoja defensywy,  na obozie kadry złamał rękę. Reszta przyjechała z kadry nieprzygotowana. Dziesięciu graczy z kolei  było na kadrze 20-latków.  A Agiejkin przekonywał mnie, że jak nie pije, to nie potrafi  dobrze grać. W Raubiczach na obozie było pięciu działaczy, którzy nie pomagali, a przeszkadzali. Jedna z osób towarzyszących kupiła od wojskowego  prawdziwe granaty.  W ćwierćfinale play off w Krakowie Agiejkin doznał kontuzji, a Semierakowi w Janowie przetrącili kręgosłup.  Kim było grać.
 
Drużyna już z Cracovią miała trudną przeprawę, ale pierwszą przeszkodę zdołała przejść. Na drugiej w półfinale się potknęła. Katem „Szarotek” okazał się grający w Janowie Piotr Zdunek.
 
- Uczciwie trzeba przyznać, że nic nie graliśmy w play off.  To był całkiem inny zespół, niż ten, który walczył w sezonie regularnym. Nie poznawałem go. Ale czynniki, o których wcześniej  wspomniałem, miały ogromny wpływ na dyspozycję zawodników.  W jedenastu  pojechaliśmy na obóz do Raubicz i … Z kim tu było trenować.
 
Siedem dni dostawali wolnego na katar!
 
Po sezonie wyjechał  do Hiszpanii, gdzie prowadził drużynę Vitorii Gasteiz (1992/93). – Tam na własnej skórze przekonałem się, co to jest manniana. Tam nikt niczym się nie przejmował, a o ciężkiej pracy można zapomnieć. Profesjonaliści tam nie mają czego szukać.  Im się nie chciało trenować. W poniedziałek był ciężkie treningi, to nie przychodzili. Jak nie chcieli  trenować, to przynosili zwolnienie lekarskie. Siedem dni dostawali wolnego na katar! Prezydent też to miał w nosie. Nie było się komu poskarżyć.  Dopiero w czwartek wszyscy się pojawiali, bo w piątek był wyjazd na mecz. Pierwszy raz w życiu jechałem autokarem z miejscami do spania. Podróże były dalekie. Do Barcelony, Madrytu, Jaca… Wyjazdy uwielbiali, bo za darmo było jedzenie, spanie i balangi.  Po  meczach nie wracaliśmy do domu, tylko była fiesta. Dostawaliśmy od wszystkich baty, bo  przeciwnicy mieli w składach  Kanadyjczyków.  W moim zespole tylko Adam Wronka i Staszek Cyrwus wyglądali jak hokeiści i  cały czas przebywali na lodzie. Cyrwus był objawieniem sezonu. Był nie do zajechania. Reszta to dziadostwo. Oprócz pierwszej drużyny prowadziłem też trzy grupy młodzieżowe – juniorów, juniorów młodszych i młodzików. Z tym klubem zdobyłem dwa wicemistrzostwa Hiszpanii w juniorach młodszych i młodzikach. Chcieli, żebym został na następny sezon, ale ja nie chciałem. Manniana mnie nie interesowała.
 
Trójka rycerzy
 
Po powróci ponownie „wylądował” w Cracovii, a w sezonie 1995/96 prowadził Naprzód Janów.
 
- W Janowie  był sukces. Ograłem głównego kandydata na  mistrza Polski, Katowice, wyrzucając z play off. Super grał Wojciech Słowakiewicz i Paweł Gil. Miałem trójkę rycerzy – ci dwaj i Krzysztof Podsiadło.  Potem zawiódł mnie  pierwszy bramkarz Zioła opuścił nas i przeszedł do Sanoka. Zastępca co strzał, to był gol. Asystent trenera twierdził, że za ciężko trenują. „On was zaje*ie”  - podburzał  zawodników. Wyrzuciłem drugiego trenera, kierownika drużyny.  Miałem za sobą dyrektora kopalni, który  dał mi wolną rękę w działaniu, więc mogłem ich pogonić.   Pracowałem tam rok, a  w lipcu  przygotowywałem do sezonu Cracovię, by przed sezonem  wyjechać do Stanów Zjednoczonych.
 
Baba i chłop w jednym
 
Przebywał tam ciągiem dziesięć lat, ale nie miał nic wspólnego z hokejem.  – Po tym okresie  jeszcze wpadałem za ocean na krótko w odwiedziny do mamy i pracowałem. W 2011 mama miała wypadek, zginęła. W 2014 roku  mieszkałem i pracowałem u Wojtka Habury przez pół roku. W 2016 byłem kolejne dwa lata. Żona tam została, a ja od trzech lat pilnuję chałupy jak pies budy. Jestem na emeryturze. Chodzę na grzybki, remontuję dom.  Jestem babą i chłopem w jednym. Zakupy, gotowanie, pranie – to wszystko na mojej głowie.
 
Stefan Leśniowski
 
Z cyklu Trenerskie osobowości  ukazały się
 
Partyjnie „igraszki”,  pijackie wyczyny, czyli nieznana historia  wyjazdu do Lake Placid 
https://www.sportowepodhale.pl/artykul/16574/Partyjne-igraszki-pijackie-wyczyny-czyli-nieznana-historia-wyjazdu-do-Lake-Placid
 
Igrzyska z tajniakami
https://www.sportowepodhale.pl/artykul/16534/Andrzej-Slowakiewicz-Igrzyska-z-tajniakami
 
Został pan generałem
https://www.sportowepodhale.pl/artykul/16502/Zostal-pan-generalem
 
O sukcesach łatwo się zapomina
https://www.sportowepodhale.pl/artykul/16512/O-sukcesach-latwo-sie-zapomina
 

Komentarze







reklama