Będzie o budowaniu drużyny. Można ją zbudować szybko, gdy się ma pieniądze (nie zawsze to przynosi spodziewany efekt – vide Sanok), bądź wybrać drogę maluczkich kroczków, gdy mamony brak. Hokejowe Podhale wybrało tą drugą opcję z wiadomych względów.
Przed dwoma laty, po wykupieniu „dzikiej karty” rozpoczęła się nowa era Podhala. Hokeiści mieli w trzech latach wrócić na pozycje, do których przyzwyczaili nas przez lata. Pierwszy rok był trudny, wymagał cierpliwości, ale żadna budowla nie powstanie od pstryknięcia palcami. Dlatego powstał tylko fundament. Ale w drugim roku można było postawić mury pierwszej kondygnacji.
Budowa to długotrwały proces, szczególnie, gdy ma się do czynienia z ludzkim materiałem. To, że kierunek był słuszny, przekonaliśmy się w marcu tego roku. Brązowy medal był ogromną niespodzianką, a wielu podkreślało, że czas został wyprzedzony. Prezes Agata Michalska mówiła, że brązowy medal jest jak złoto. Nikt też nie ukrywał, że drużyna potrzebuje wzmocnień, by rozpoczęta budowla pięła się w górę.
Były fundamenty i pierwsza kondygnacja, ale nie można było mówić, że dom jest gotowy. Trzeba go zadaszyć i wykończyć. Dodajmy, że miała zawierać góralskie elementy. Żaden towar z importu (jedynie w szczególnych przypadkach), ale własny, na góralski styl. Krok po kroku zespół mieli wzmacniać wychowankowie rozrzuceni po kraju. Pierwszy krok został zarobiony. Powrócił Dariusz Gruszka, Krystian Dziubiński i Damian Kapcia. Nie tylko kibice mieli nadzieję, że w nadchodzącym sezonie zobaczą kolejnych wychowanków w swoich brawach. Tymczasem Marcin Kolusz, Kacper Guzik i Rafał Dutka nie wrócą, a do tego Krystian Dziubiński i Damian Kapica porzucają Podhale. Trener Marek Ziętara, który zapoczątkował budowanie drużyny, ma teraz ból głowy. Oby mu cieśnienie nie podskoczyło, bo z nim miał już problem. Tak naprawdę nie wie kim będzie dysponował 18 maja, gdy wznowi treningi. Zanosi się, że będzie miał słabszy zespół, a co najwyżej taki jak dwa lata temu. Przeszło bowiem trzęsienie ziemi pod „domem” i zmiotło pierwszą kondygnację, uratowano jedynie fundamenty. Budowę trzeba zaczynać od nowa. Chyba, że pojawi się David Copperfield i coś od siebie doda.
Budowanie dobrej drużyny w jakimkolwiek sporcie to zadanie wymagające od trenerów i działaczy nie tylko wiedzy i cierpliwości, ale także odrobiny szczęścia i przede wszystkim pieniędzy. Zwłaszcza trenerzy, w naszej rzeczywistości, są skazani na działaczy, bo mogą mieć wizje wielkiego zespołu, zbudowanego ze świetnych graczy, ale… Co z tego jak klubowa kasa pusta. Powiedzenie „pecunia non olet” – czyli pieniądze nie śmierdzą – jest znacznie starsze niż hokej, więc nic dziwnego, że w sporcie znajduje zastosowanie. Wszystko jest kwestią ceny. Jeśli masz odpowiednio pękate konto, możesz nawet zorganizować mundial na pustyni albo stworzyć drużynę Kuwejtu w piłce ręcznej na miarę wicemistrzostwa świata. Czasami forsa wywołuje lekki smrodek, ale wtedy wystarczy otworzyć okno na parę minut i o sprawie zapomnieć. Trudno się dziwić zawodnikom, że wybrali lepsze życie. Trzeba ich zrozumieć. Kariera sportowca nie trwa wiecznie. Kiedy jak nie teraz, gdy są w sile wieku i dobrej formie, mają zarobić.
Co pozostaje działaczom Podhala? Czekanie na księcia z bajki lub szejka. Tyle tylko, że rodzimy szejk da, a jak się obrazi to zabierze. Ponadto szejkowie i oligarchowie do nas nie trafią. Są do przyjęcia lub kupienia lepsze kluby, i to w krajach gdzie klimat jest wakacyjny, drogi nie dziurawe, a kibice z szacunkiem podchodzą do interesów.
Stefan Leśniowski










