16.07.2009 | Czytano: 1180

Poprawić starty

Jan Stachoń Tutoń (TKM Zakopane) uczestniczył w piątej rundzie Pucharu Polski w motocrossie, która odbyła się w Rzeszowie. Start był typowo treningowy, ponieważ w ubiegłym sezonie uplasował się w pierwszej piątce mistrzostw Polski i w tegorocznej edycji nie może być klasyfikowany.

Zawody rozegrano na pięknym, technicznym, gliniastym torze, urozmaiconym licznymi skoczniami oraz - co jest rzadkością na polskich torach – tralkami ( są to podwójne lub potrójne skocznie w bardzo małych odstępach). W MX85 stanęło na starcie 26 zawodników. Cała krajowa czołówka oraz dwóch zawodników z Ukrainy, którzy są klasyfikowani w „10” mistrzostw Europy. Aura sprzyjała zawodnikom, lecz problem był z unoszącymi się tumanami kurzu. W związku z protestem zawodników i opiekunów, zawody przedłużyły się w czasie o kilka godzin.

Jasiu Stachoń Tutoń po treningu dowolnym miał drugi czas okrążenia tuż za Rotysławem Wojtyckim z Ukrainy. Do kwalifikacji wyjechał bardzo dobrze nastawiony i walka zaczęła się już od pierwszego okrążenia. Wojtycki okazał się niepokonany. Jasiu miał trzeci czas okrążenia za Maksymem Rososzuckim, ale pozostało mu jeszcze jedno okrążenie. Gdy wszyscy byli przekonani, że się już nic nie zmieni, zakopiańczyk zaciął gaz i poprawił swój wynik o 2 sekundy, co dało mu ponownie drugą lokatę i z niej wystartował do głównego biegu z maszyny startowej.

- Byłem bardzo zadowolony, ponieważ zawodnicy z Ukrainy, są naprawdę bardzo dobrzy i klasyfikują się w czołówce Europy – mówi Jan Stachoń Tutoń. - Czułem się świetnie na torze i miałem nadzieję nawiązać walkę z Maksymem. Po wjeździe na maszynę startową w pierwszym biegu, zbyt nerwowo nacisnąłem gaz, a bramka jeszcze nie opadła. Musiałem się wycofać i dopiero ruszyłem. Po czołówce zobaczyłem tylko kurz. Byłem dziesiąty w zakręcie. Wiedziałem, że jeśli chcę mieć dobrą lokatę, muszę postawić wszystko na jedną kartę. Dodałem gazu i goniłem, goniłem… Gdy sędziowie pokazali tabliczkę z cyferka „dwa”, a więc, że tyle okrążeń nam pozostało do mety, walczyłem ramie w ramię z Rososzuckim o trzecie miejsce. Męczyłem go już jakiś czas i w końcu na jednej skoczni udało mi się wjechać z większą szybkością i wyprzedzić go w powietrzu. Momentami faktycznie było trochę niebezpiecznie, bo szliśmy łeb w łeb. Ani on, ani ja nie odpuszczaliśmy. Nie ważne, że obaj ścigaliśmy się poza konkursem. To była prestiżowa rozgrywka. Na ostatnim okrążeniu już mu tylko uciekałem.

Wyścig wygrał Wojtycki, a Stachoń zebrał liczne gratulacje za piękną walkę i wspaniałe widowisko.

- Byłem na siebie bardzo zły, że znów nie wyszedł mi start, gdyż jak zobaczyłem czasy po biegu, to miałem drugie, byłem szybszy od drugiego Tomiczka. Błąd kosztował mnie sporo sił. Jak dobrze wyjdziesz ze startu, to myślisz tylko o tym jak dobrze jechać, a nie o pogoni za rywalami. Mimo to jestem zadowolony ze startu, gdyż udało mi się wygrać z Maksymem. Byłem pewien, że drugi start pójdzie mi lepiej. Tymczasem pojechałem gorzej. Wyścig rozpocząłem, z 12. miejsca i znowu musiałem się przebijać. Linie mety minąłem na piątej pozycji. Widać, że jestem w gazie. Muszę na treningach poćwiczyć starty Teraz mam dwutygodniową przerwę w startach. Jadę na zgrupowanie kadry , które prowadzić będą trenerzy Marcin Wójcik i Holender Leon Gisbers.

Stefan Leśniowski

Reklama

Komentarze





reklama