„ Wpływ na moją decyzję miały wyniki sportowe, jak również sprawy organizacyjne w klubie. Więcej szczegółów mojej decyzji wyjawię po zakończeniu sezonu” – napisał w swoim oświadczeniu z 20 lutego.
Próbujemy drążyć temat, ale… - Nie będę podcinał gałęzi – mówi Marek Ziętara. – Mam wielki szacunek do prezes Agaty Michalskiej. Jest to charyzmatyczna, wyjątkowa osoba. Stara się robić dla Podhala co w jej mocy. Życzę wszystkim ludziom związanym z klubem dużo sukcesów. Podczas długiej rozmowy z zarządem wyjaśniliśmy sobie mnóstwo kwestii sportowych i organizacyjnych. Już od jakiegoś czasu nosiłem się z zamiarem rezygnacji i decyzję tylko podtrzymałem.
Trener jest bardzo powściągliwy w swoich wypowiedziach. Każdy jednak kto bacznie obserwował, to co się działo wokół drużyny, nie musi zadawać pytań Markowi Ziętarze. Trener otrzymał taki, a nie inny materiał do obróbki. To miał być rok eksperymentów, rok przeglądu kadr. I taki był. Już w trakcie sezonu okazało się, że materiał jest bardzo słabej jakości i niewystarczającej ilości. Nawet najlepszy krawiec nie potrafiłby skroić z niego eleganckiego garnituru. Marek Ziętara zdał sobie sprawę, że z tą drużyną niczego już nie zwojuje. Nie jest kamikadze, nie jest też Davidem Copperfieldem. Zdał sobie sprawę, że w razie kolejnego niepowodzenia, a z takim samym składem personalnym powtórka jest niemal pewna, wszystkie pomyje zostaną wylane na niego.
Plan budowy zespołu obejmował okres trzyletni. Pierwszy mamy za sobą. Dokonano przeglądu kadr. Następny krok wymaga pieniędzy, by wzmocnić zespół, by mógł piąć się w górę. Nikt tak naprawdę nie zdzierży takiego występu w następnym sezonie. Podhale jest marką – o czym bardzo często słyszymy – więc nie wypada, by w kolejnym sezonie była chłopcem do bicia. O tym, że drużyna wymaga wzmocnień było już wiadomo w listopadzie. O powrocie „kryniczan” do macierzystego klubu było bardzo głośno. Zapewniano, że jest wszystko na dobrej drodze, by wzmocnili „szarotki”. Szybko okazało się, że nie ma pieniędzy. Że ktoś z ofertą się spóźnił i zawodnicy podpisali kontrakty z innymi klubami.
Hokej to jedna z najszybszych gier zespołowych. Szybko trzeba poruszać się nie tylko między bandami, ale także poza nimi, w sferze organizacyjnej. Trzeba się spieszyć z kontraktami, a tymczasem nawet ci, którzy spełnili oczekiwania trenera nie mają ich jeszcze podpisanych. By rokujący nadzieję, a także Grusza i Dziubiński nie odpłynęli. Już powinien być stworzony trzon zespołu i myśleć powinno się o wzmocnieniach. Drużynie potrzeba 5-6 zawodników, którzy pociągnęliby ją. Teraz młodzi zawodnicy nie mieli wzorów, nie mieli nauczycieli. Tylko trenując z lepszymi można podnosić poziom. Presja juniorów przerosła, a tak akcenty rozłożone byłby równomiernie. Zespół buduje się od tyłu, a tu brak odpowiedzi, kto stanie w przyszłym sezonie w między słupkami. Zarząd miał rok na zdobycie środków, by w kolejnym roku zrobić sportowy krok do przodu. Tymczasem po ruchach choćby z „kryniczanami”, wydaje się, że jedynym sponsorem pozostaje miasto.
A sprawy organizacyjne? Byłem zdziwiony jak zobaczyłem w szatni, że zawodnicy się sami masują. Profesjonalna drużyna, która w ciągu 13 dni rozegrała sześć spotkań nie ma masażysty! Krystian Dziubiński w jednym z wywiadów poskarżył się mediom, że zawodnicy nie mają kijów i wybuchła awantura. Reakcja niektórych członków zarządu nie polegała na tym, by zaopatrzyć graczy w kije, ale… wypowiadający te słowa został wezwany na dywanik.
Stać w miejscu, to znaczy cofać się. Skończył się jeden rozdział i pora zakasać rękawy. Już teraz, a nie w maju czy w czerwcu, by z podobnymi problemami nie borykał się następca Marka Ziętary. Kto nim będzie? W kuluarach trwa giełda. Pada wiele nazwisk. Jedno z nich to Andrzej Słowakiewicz. Tylko, że ten za bardzo nie pali się do tej roboty. Wie w jakiej wodzie przyszłoby mu pływać. Podjąłby się pracy, ale warunki stawiałby takie, o jakich piszemy wyżej. Słychać też głosy, że może to być trener z Białorusi, w pakiecie z „Saszą” Degtiariewem.
Stefan Leśniowski










