Stefan Leśniowski: Od pewnego czasu Podhale jest jak pochyłe drzewo….
Agata Michalska: Bo?
- Bo wszystkie kozy na nie skaczą. Począwszy od prezesa PZHL Piotra Hałasika i skarbnika Dawida Chwałki, by tylko na Krzysztofie Wojtaszku zakończyć wyliczankę.
- Rzeczywiście, to najbardziej dojrzałe kozy. Jesteśmy ostatnio na topie. W krótkim czasie wiele problemów się nawarstwiło. Nam się wydaje, że nie powinny stanowić żadnych kłopotów, ale druga strona widzi to inaczej. W inny sposób to pojmuje.
- Spodziewała się pani, że współpracuje z donosicielem, który oskarży panią o nielegalną organizację meczów.
- Nie przypuszczałam, ale tak się stało. W życiu jeszcze z czymś takim się nie spotkałam, a w kooperacji pracuję już 20 lat. Nie w taki sposób rozwiązuje się takie problemy. Jeśli widzi się jakieś nieprawidłowości, to mówi się o nich i wspólnie rozwiązuje. W tym przypadku stało się inaczej i nie ukrywam, że jest to dla mnie wielkie zaskoczenie. Człowiek jednak cały czas się uczy i jest to dla mnie kolejna lekcja.
- Wyjaśnijmy problem tej nieszczęsnej dzikiej karty.
- To nie jest dzika karta. W myśl regulaminu jest to powiększenie wpisowego. Dyskutuję z tym problemem. W gwarantowanym 2 milionowym budżecie zakładaliśmy, że kwotą uzyskaną z transferów pokryjemy drugą ratę. Gdy tylko okazało się, że Krynica nam pieniędzy nie wpłaci w wyznaczonym terminie (do 15 listopada – przyp. aut), niezwłocznie poinformowaliśmy, że wpisowego nie uiścimy. Skarbnik był nawet zdziwiony, że zrobiliśmy to jeszcze przed upływem terminu wpłaty drugiej raty ( 30 listopada – przyp. aut). Zabrakło zrozumienia na tym etapie. Poprosiliśmy w sposób formalny o ponowne przemyślenie sprawy, ale otrzymaliśmy odmowną informację. Nie mogłam w minutę przesunąć środków z jednego do drugiego źródła, bo funkcjonowanie klubu zaczęłoby kuleć. W niedzielę w Sanoku rozmawiałam z sekretarzem generalnym i równocześnie przewodniczącym WGiD w zastępie oraz skarbnikiem związku i wyjaśniliśmy sobie wszystkie kwestie. Odczułam, że nie jest w ich interesie wyeliminowanie Podhala z ligi. Wierzę głęboko, że znajdziemy wspólne rozwiązanie.
- To teraz wróćmy do naszych wychowanków z dream teamu, którzy wybrali inne kluby. Wydali oświadczenie, w którym stwierdzają, że propozycja finansowa Podhala była śmieszna, a część z niej mieli otrzymać na „gębę”.
- Nie wiem skąd te informacje. Powiem tak. Ogromnie nam zależało na tych graczach. Oni wiedzieli, że chcieliśmy zbudować zespół oparty na naszych wychowankach. Tłumaczyliśmy im, że mamy przygotowany plan marketingowy i dlaczego nam na nich bardzo zależy. Tymczasem od moich informatorów dowiedziałam się, że przystępując z nami do rozmów, już wiedzieli, że się z nami nie zwiążą. Najbardziej szczery był Rafał Dutka, dla którego w jeden dzień przygotowaliśmy kontrakt do podpisu. Był pierwszym, na którego propozycję finansową odpowiedzieliśmy. Trochę na niego się wciekałam, że pochopnie podjął decyzję, że wyłamał się z grupy sześciu zawodników. Grupa inwestycyjna postawiła nam twardy warunek, że zainwestuje pieniądze, ale tylko w wtedy, gdy wróci do nas sześciu hokeistów. Z perspektywy czasu doceniam Dutkę.
- Stanisław Papuga twierdzi, że nie chcieli grać w Podhalu, bo graliby na dwa etaty.
- Widząc jakim potencjałem dysponuje nasz zespół, zdali sobie sprawę, że będzie u nas harówka. Nie będzie zmiłuj się, inaczej niż w klubach, które wybrali. To była alternatywa - tam będzie nam łatwiej.
- Pasjonuje się pani wspinaczką górską. Zdobyła pani szczyt Mont Blanc i Gerlach, ale zapewne to pestka w porównaniu z hokejową dżunglą. W niej bagno po pas i dzikie zwierzęta, które czyhają, by schrupać słabe osobniki.
- Nie czujemy się słabsi, chociaż można mieć wrażenie, że przypominamy zwierzynę łowną. Wszystko zależy jak się na nas patrzy. Jeśli wyznacznikiem ma być ostatnie miejsce w tabeli, to można sądzić, że jesteśmy najsłabsi i najbiedniejsi. Uważam, że to ogromny błąd. Jesteśmy klubem z 80-letnią tradycją i z tego jesteśmy dumni. W kraju „szarotki” mają swoją markę. To daje nam moc i siłę, nie ważne na jakim etapie jest drużyna. Śmiem twierdzić, że za kilka lat nasi zawodnicy będą należeli do najlepszych w kraju. Niezależnie od tego, gdzie ich los rzuci i w jaki sposób wykorzystają daną im szansę.
- Nie obawia się pani, że podążą drogą innych wychowanków. Byłby wtedy trzeci rozbiór Podhala. Po nim już nic nie zostanie.
- Nie widzę tego w czarnych kolorach. Będziemy robić wszystko, by zostali z nami. Chłopcy zaufali nam, widzą w jaki sposób pracujemy. Odchodząc od nas podjęliby wielkie ryzyko. Zawsze jest dylemat. Co wybrać? Być w dobrej drużynie i pół sezonu grzać ławę, czy też zagrać w słabszej i pokazać się na rynku. Wszystko zależy od sposobu myślenia.
- Jaką cenzurkę wystawiłaby pani zespołowi, powiedzmy umownie, po „semestrze jesiennym”?
- Trudne pytanie. Ocenę zostawiam trenerowi.
- Trener twierdzi, że niektórym jego zawodnikom brakuje odwagi. Co pani na to?
- Takiej opcji w sporcie nie powinno być. Każdy wychodzący na taflę musi być odważnym. Odwaga w jakimś sensie jest wpisana w ten zawód. Marek Ziętara miał zapewne na myśli pokazanie odwagi na zdecydowanie wyższym poziomie.
- Chodziło mu o grę ciało w ciało.
- Nie zapominajmy, iż mamy zawodników, którzy z każdym meczem zdobywają doświadczenie. Z czasem będą sobie radzili zdecydowanie lepiej w tym elemencie. Będą odważniejsi. Dzisiaj zaczynają przygodę z prawdziwym hokejem. Wielu poczyniło postępy. Widać ogromną różnicę, szczególnie w konfrontacji z rówieśnikami.
- Więc jaką ocenę wystawi pani drużynie?
- Nie namówi mnie pan do wystawienia cenzurki.
- To w takim razie, jak to wszystko ma się do oczekiwań?
- Nie zakładaliśmy oszałamiających wyników. Wiedzieliśmy kim będziemy grali. Chcieliśmy ogrywać młodzież, w nią zainwestować. Będzie nas zadawalała pozycja w ósemce.
- Ten cel jest nadal aktualny?
- Nie stoimy jeszcze na straconej pozycji. Sezon się jeszcze nie zakończył i mam nadzieję, że jeszcze będzie trwał.
- Marek Ziętara w dalszym ciągu ma pani pełne poparcie?
- Stuprocentowe. To wyjątkowy trener pod wieloma względami. Z jednej strony ogromnie impulsywny, charakterny, czasami jego reakcje są nieprzewidywalne. Dla świata zewnętrznego zaskakujące. Z drugiej strony, tej sportowej, to wyższa szkoła jazdy. Jego kunszt szkoleniowy, sposób przygotowania drużyny, strategii. Robi to umiejętnie, bardzo mądrze.
- Chce, żeby zawodnicy mieli jego charakter, żeby na lodzie nie kłaniali się żadnemu przeciwnikowi.
- Wymaga od nich pełnego zaangażowania w pracę. Dużo wymaga od siebie, ale też od innych. Bez względu na to czy gracz ma już wieloletni staż w drużynie, czy dopiero do niej wchodzi. Wszystkich traktuje jednakowo. Rzeczywiście dąży, by nie kłaniali się rywalom.
- Trener i eksperci twierdzą, że zespołowi brakuje kreatywnej piątki. Marek Ziętara wyraził nawet swoje bożonarodzeniowe życzenie. Czy Św. Mikołaj spełni je?
- Znam wizję Marka. Mówi o niej dość głośno. Od Mikołaja oczekuje pary obrońców. Jeśli nie w tym sezonie, czego nie wykluczam, to na pewno w przyszłym będzie musiała taka solidna piątka powstać. Mikołaj uważa, że najlepszym prezentem byliby podhalańscy zawodnicy. Jeśli to nie będzie możliwe, to wtedy trzeba będzie skorzystać z innej opcji.
- Transfer Białorusina, trenującego kilka dni z drużyną, jest już zamknięty?
- Nie jest jeszcze zamknięty. Nie chciałbym zbyt dużo się nad nim rozwodzić, bo nie jest to gracz jakiego szukaliśmy. Jego atutem jest młodość i to, że chce mieszkać w Polsce. Jest bardzo zdeterminowany, by u nas zostać. Przypadkiem trafił do nas, ale to nie jest gracz, który miałby przyjść w paczce od Św. Mikołaja.
- Lokat, to jedyny sposób na porządki w polskim hokeju?
- Wiemy co znaczy słowo „lokaut”, ale to był chwyt marketingowy. Nie było innego wyjścia. Jedyna droga. Każda inna próba kończyła się fiaskiem.
- Prezes zwołał „walne” na 8 lutego, tyle tylko, że w kwestii uzupełnienia składu zarządu. To was zadawala?
- O „walnym” już zostaliśmy poinformowani miesiąc temu. Nas nie interesuje uzupełnienie składu zarządu. Oczekujemy rzetelnej weryfikacji zarządu i prezesa PZHL. Żądamy zwołania nadzwyczajnego zjazdu, nie w celu uzupełnienia zarządu, tylko w celu dokonania weryfikacji.
- Słychać głosy, że liga grać będzie, ale nie pod szyldem PZHL-u.
- Przed nami jeszcze kilka dni, w których mogą zapaść wiążące decyzje. Głęboko wierzę, że prezes nie blefuje mówiąc, że ma na sercu dobro hokeistów, trenerów i ich rodzin, więc nie będzie miał problemów z podjęciem decyzji, która nas usatysfakcjonuje.
- Optymizm przez panią przemawia. Czyli gramy dalej?
- Gdybyśmy nie grali, to byłaby paranoja. Najważniejsze, żebyśmy grali w ramach naszych przepisów, czyli prowadzili normalne rozgrywki. Do realizacji tego potrzebne jest stanowisko prezesa.
- Powie „nie”.
- Nie powie.
- Wierzy pani, że zmieni zdanie? W Sanoku był mocno zdesperowany?
- Może powiedzieć „nie”, bo już niejednokrotnie mówił. Wtedy będziemy grali według starego terminarza lub zmodyfikowanego, ale będziemy grali. Ciągle jednak liczę na zdrowy rozsądek prezesa. Nasza dyscyplina to najzwyklejszy produkt. Jak każdy produkt musi być sprzedany. Dzisiaj na tyle jest gorąco wokół produktu „hokej”, że w takim opakowaniu nie będzie się sprzedawał. Nawet gdyby Hałasik był najlepszym menedżerem na świecie, to z taką opinią, która została narzucona na produkt, nie ma szans go sprzedać. Ten człowiek powinien to zrozumieć. Pogrąży nie tylko siebie, ale całą dyscyplinę. Pierwsza liga też ma już kłopot, bo nie ma widzów. Dzisiaj potrzebna jest zmiana, która pokaże perspektywę, że hokej można robić inaczej. Odrzucając emocje, a patrząc tylko na to w biznesowy sposób. Weźmy napój. By go sprzedać, trzeba wyprodukować butelkę, kupić składniki. Do tego trzeba mieć kontakty z ludźmi, podpisać stosowne umowy, żeby napój wspólnie wyprodukować. Powiedzmy, że w oranżadzie znajdzie się bakteria. Trudno wtedy odbudować markę, bo w świat konsumencki poszła informacja. Nikt takiego produktu nie kupi. Albo trzeba zmienić mu nazwę, dać mu inną etykietkę, żeby odzyskać szansę sprzedaży. Hokej cały czas jest na taśmie produkcyjnej z bakterią wewnątrz. Jeśli jej nie zniszczymy, to się nie sprzedamy.
- W rok 2014 Podhale wchodzi z mniejszym zadłużeniowym balastem?
- Cały czas zmniejszamy zadłużenie. Nie wyeliminowaliśmy go do zera. Idziemy do przodu biednie, ale solidnie. To powoduje, że w nadchodzącym roku będziemy stabilni i mocniejsi.
- Będzie gruby sponsor?
- Cały czas nad tym pracujemy.
Stefan Leśniowski










