- To był szalony i niezwykle stresujący okres. Twoja „pompka” jeszcze normalnie podaje?
- Podaje, ale nieco szybciej (śmiech). Należę do grupy ludzi, którzy przeżywają to co robią, nie potrafią obojętnie patrzyć na pewne sprawy. Każdy występ swoich podopiecznych przeżywam niezwykle emocjonalnie, tym bardziej, iż nie jesteśmy drużyną wygrywającą. To jakby potęguje zmęczenie psychiczne. Nie tylko dla mnie był to trudny okres, ale również dla zawodników.
- Kto bardziej cię wkurza, zawodnicy czy sędziowie?
- Zawodnicy grają na tyle na ile ich stać. Wiadomo jakim materiałem dysponuję, ale taką, a nie inną decyzję podjęliśmy na starcie. Niektórzy musieli, bo nie było innego wyjścia, trafić na uniwersytet, a jeszcze nie skończyli szkoły średniej. O arbitrach nie mogę się wypowiadać, bo wiadomo czym to grozi. Wykładnikiem niech będzie ocena IIHF. Wydelegowani zostali do prowadzenia meczów w Turcji i Serbii.
- Jak radzisz sobie ze stresem?
- Stres towarzyszy mi niemal codziennie. Treningi są każdego dnia, a co drugi dzień gramy mecze, a więc stres zamiast maleć, narasta. Momentów odpoczynku od hokeja jest niewiele, żeby nie powiedzieć, że ich nie ma. Jak już wspomniałem, do swoich obowiązków podchodzę emocjonalnie, nie łatwo mi przejść obojętnie wobec pewnych wydarzeń, więc trudno mi znaleźć receptę na ukojenie nerwów. Zbliżają się święta, więc pobyt w gronie rodzinnym pomoże mi się wyciszyć.
- Często mówi się, że drużyna powinna odzwierciedlać charakter trenera. Twoi zawodnicy są zadziorami, nikomu się nie kłaniają?
- Nie do końca. Powinni mieć w sobie więcej agresywności, zaciętości. Mam na myśli grę ciałem, twardą, chłop w chłopa, by kości i bandy trzeszczały. Oczywiście wszystko w ramach dozwolonych reguł. Mimo, iż dysponujemy zespołem o najgorszych warunkach fizycznych w lidze, to nie znaczy, że nie możemy grać po męsku. Takich zadziorów, którzy nikomu się nie kłaniają, mam kilku w drużynie, ale są tacy, którzy jak ognia unikają gry ciało w ciało. Chcemy, żeby się to zmieniło. Z Rafałem Sroką prowadzimy wiele rozmów z chłopakami na ten temat. Niemal na okrągło. Odwagi jednak nie można nauczyć. Trener nie ma na to wpływu. Odwagę się ma, albo nie ma.
- Twoim chłopcom nie można odmówić zaangażowania. Gonią, walczą niemal cały mecz, ale prosty błąd niweczy ich wysiłek. To musi boleć.
- I bardzo boli, bo naprawdę dużo było takich meczów. Wszystko gra, jeśli świetnie wchodzimy w mecz. Wtedy w kolejnych minutach potrafiliśmy nawiązać wyrównaną walkę nawet z tuzami ligi. Gdy stracimy szybko dwie bramki, to z chłopaków uchodzi powietrze. Trudno się dziwić. Zadają sobie sprawę, że w zespole nie ma liderów, nie ma wyborowych strzelców, którzy z 0:3 mogliby dogonić mistrza czy wicemistrza Polski. Przy mocno personalnych zespołach graniczyłoby to z cudem. To siedzi w głowie chłopaków. Mam młodą drużynę i wielu z nich musi jeszcze sportowo dojrzeć.
- Same nieszczęścia spadły na twój zespół w końcówce roku. Kontuzje, powołania zawodników do reprezentacji U20, rezygnacja brata. Piotrka nie dało się zatrzymać?
- Próbowałem, ale prowadzi swój biznes i musiałem jego decyzję uszanować. Za wszelką cenę nie potrafiłem go zatrzymać. A szkoda, bo udało mi się stworzyć niezły atak. Z Kmiecikiem i Wronką typologicznie spasowali. Grali szybkim krążkiem, świetnie się rozumieli. Byli najskuteczniejszą formacją. Młody Wronka fantastycznie się w nich wkomponował i w wielu meczach napędzali drużynę. Próbowałem potem innych ustawień, ale to już nie było to samo.
- Jak ocenisz swój zespół?
- W kilku meczach prezentowaliśmy się dobrze. Tak było do momentu, kiedy drużyna funkcjonowała w całości, nie było kontuzji, a 20- latkowie nie wyjechali na zgrupowanie kadry. Można było być zadowolonym z postawy w wygranych spotkaniach z Unia czy Bytomiem. Świetne momenty mieliśmy z Cracovią czy Sanokiem. Było naprawdę kilka niezłych spotkań. Oczywiście jak na możliwości tych chłopaków. Ale były też takie, które trzeba uznać za totalną porażkę. Mam na myśli 0:8 z Katowicami i 4:9 z Polonią. Takie mecze jeszcze do dzisiaj spędzają mi sen z powiek. Można długo dyskutować dlaczego były takie wahania formy. Być może wpływ na to ma młodość. U młodego człowieka często nastroje się wahają.
- Do tych nieszczęść doszła jeszcze słaba dyspozycja Tomka Rajskiego. Bramkarze byli najsłabszym ogniwem zespołu?
- Na początku sezonu miał kilka dobrych występów, potem jego dyspozycja pozostawiała wiele do życzenia. Była niestabilna. W pewnym stopniu miało to wpływ na wyniki drużyny. Słabym ogniwem jest defensywa. Problem zaczyna się, gdy gramy przewagi i osłabienia. Są w tej formacji gracze ograni w ekstraklasie i znacznie więcej od nich oczekiwałem. W ofensywie też nie ma rewelacji, ale jest nienajgorzej. Tutaj również od niektórych graczy oczekiwałem znacznie więcej. Na razie bez podawania nazwisk. Ale są też młodzi, którzy pozytywnie zaskoczyli. Potwierdzili przydatność do drużyny i ich rozwój idzie we właściwym kierunku. Jest więc jakieś pozytywne ogniwo.
- Hokeiści wyciągają wnioski z lekcji jakie udzielają im rywale?
- Nigdy w życiu nie poświęcałem tyle czasu na elementy taktyczne jak obecnie. Odprawy są 30-40 minutowe. Prowadzimy rozmowy po meczach, analizujemy występy na wideo. Wytykamy błędy i mówimy jak ich uniknąć. W dniu meczu rozpracowujemy rywali, zwracamy uwagę na jego słabe i mocne strony. Proszę mi wierzyć, pracujemy bardzo dużo.
- Zdarzają się w meczu akcje bramkowe, które wyćwiczyliście na treningach?
- Zdarzają się, ale jest ich bardzo mało. Największy problem mamy z rozgrywaniem przewag i osłabień. Brak mi rasowych graczy, którzy w takich sytuacjach błysnęliby cwaniactwem, rzucili krążek obok kija, pod nim, obok nogi. Z doświadczonych graczy, którzy rozgrywali już stałe fragmenty gry pozostał tylko Łabuz.
- Sebastian Łabuz jest mało wykorzystywany w przewagach. Nie wykorzystuje się jego największy atut, atomowy strzał.
- Na początku sezonu ćwiczyliśmy grę w przewagach pod niego, ale rywale szybko się zorientowali, że z jego strony grozi im największe niebezpieczeństwo. Pokryli go, nie było możliwości dogrania krążka do niego. Trzeba było szukać innych rozwiązań, które na razie nie przynoszą spodziewanego efektu.
- Jesteś rozczarowany, że z krynickiego zaciągu odzyskałeś tylko tych, którzy mieli obowiązek wrócić do Podhala?
- Byłem i jestem zwolennikiem, by w zespole grali wszyscy wychowankowie porozrzucani po innych klubach. Nie udało się, bo zwlekaliśmy z pewnymi decyzjami. Jestem rozżalony, ale nie chcę już tego komentować. Powiedziałem już swoje, oni swoje. Nie ma sensu, by z pomocą mediów obrzucać się oświadczeniami. Musimy sobie radzić bez nich.
- Święty Mikołaj nie przyniósł ci oczekiwanego prezentu. Ale niebawem święta Bożego Narodzenia. Jeśli miałbyś na prezent pod choinkę wybrać jednego zawodnika, który mógłby pomóc drużynie, to byłby to bramkarz, obrońca czy napastnik?
- Paczka musiałaby być zdecydowanie większa, tym bardziej, kiedy nie dołączyli „nasi” z Krynicy. W paczce oczekiwałbym co najmniej dwóch obrońców.
- Ma to być paczka krajowa czy zagraniczna?
- Jeśli nie udało się załatwić wychowanków, to pozostał wiadomy kierunek. Potrzebujemy jednej wiodącej piątki, ale zdaję sobie sprawę z tego, że Św. Mikołaja ograniczają możliwości finansowe. Niech przyniesie pod choinkę prezent na jaki go stać.
- „Mówię zawodnikom, że znaleźli się na uniwersytecie, bo ekstraklasa to uniwersytet. I pytam, jakim cudem kilku z was się tutaj dostało. Bo po drodze była szkoła średnia, a wy trafiliście tutaj prosto z drugiej klasy zawodówki”. To słowa wypowiedziane do piłkarzy Zagłębia Lubin przez trenera Oresta Lenczyka. Czy odważyłbyś się coś takiego publicznie powiedzieć o swoich graczach?
- Gdyby to były lata świetności Podhala, to wtedy mógłbym w ten sposób powiedzieć, jeśli wyniki nie byłby na miarę ich możliwości i umiejętności. Wtedy była ogromna selekcja. 16- 17 zawodników z jednego rocznika kończyło wiek juniora, a do pierwszej drużyny przez gęste sito selekcji dostawały się tylko najbardziej uzdolnione i wybitne jednostki, mocne psychiczne. Czasy się zmieniły. W tej chwili do pierwszego zespołu dokooptowałem niemal wszystkich juniorów o wiadomych umiejętnościach. W czasach świetności Podhala z obecnego składu dwóch - trzech graczy mogłoby się przebić do drużyny. Tymczasem, na ten moment wszyscy muszą grać na uniwersytecie z pominięciem szkoły średniej, bo nie byłoby drużyny. Ale taka była wspólna decyzja moja i zarządu na początku sezonu. Dlatego dostali uniwersytecki indeks. Trwa teraz selekcja. Dużo zmieniłoby przyjście graczy z Krynicy, bo wtedy selekcja byłaby szybsza i prostsza. W zupełności młodzieży jednak nie możemy przesiać. Inteligentny człowiek zrozumie co mam na myśli. Każdy może powiedzieć, że więcej oczekiwał ode mnie i od zawodników. Tymczasem, przychodząc z Sanoka, po zdobyciu tytułu mistrza Polski, zastałem drużynę w rozsypce po spadku. Pierwszego spadku w długiej i bogatej historii klubu. Cudem udało się rozpocząć przygotowania do sezonu. Tylko czterech chłopaków było chętnych do grania, pozostali byli rozczarowani, chcieli rzucić hokej lub kontynuować go w innych klubach. Chodziłem od domu do domu, rozmawiałem, namawiałem i jakoś drużyna powstała. Zacząłem sezon na zgliszczach. Teraz jest 13-14 młodych zawodników, ale przez to powstała luka między seniorami i juniorami. Ci ostatni musieli przeskoczyć jeden stopień edukacji i podjąć naukę na uniwersytecie. Wszyscy wiedzą jak wysoki jest tam poziom nauczania. Były jednak mecze, w których nieźle sobie radzili.
- Zawodnikom potrzeba treningu mentalnego?
- Przygotowanie mentalne bezwątpienia ma kluczowe znaczenie w procesie treningowym i na etapie samych zawodów. Umiejętność radzenia sobie ze stresem, porażką, zwycięstwem, wyznaczanie sobie celów i ich modyfikacja - to może pomóc w zwycięstwie. Nad tym może czuwać trener, poprzez indywidualne rozmowy. Szukać u zawodnika osobowości, pozytywnych źródeł. Jednego motywują krzyki, inny deprymują. Mentalność kształtuje się w miarę ilości rozegranych spotkań, dojrzewania zawodnika.
- Wiesław Myśliwski napisał: „W jednym zdaniu można dużo zmieścić. Może się dużo zmieścić. Może całe życie się zmieścić”. Co o sobie powiedziałbyś w jednym zdaniu?
- Swoje obowiązki staram się wykonywać w stu procentach i tego wymagam od otoczenia.
Stefan Leśniowski










