Dziś, choć nie tak to odległe czasy - coraz częściej łapiemy się na tym, że zaciera nam się w pamięci to, jak grały tuzy hokeja. Coraz więcej jest młodych kibiców, którzy nazwiska „wielkich” znają wyłącznie ze starych roczników gazet, bądź rozmów starszych kibiców.
- To były czasy – wziął głęboki oddech jeden z kibiców. Rzeczywiście, młodzi mają czego żałować. Niejedno serce starszego kibica mocno zabiło, gdy po raz kolejny zobaczyło w akcji idoli. Zawodników o niebywałym talencie, którzy kibicom przysporzyli mnóstwo radości. Potrafili podjąć rękawicę i walczyć jak równy z równym, z Finlandią, Szwecja, nieraz urywając tym ekipom punkty. Ogrywali RFN, USA i awansowali do światowej elity, by w niej zaleźć za skórę nawet najznakomitszym tuzom światowego hokeja. Na nowotarskiej tafli zobaczyliśmy m.in. zawodników, którzy uczestniczyli w pamiętnych zwycięskich pojedynkach z wielokrotnymi mistrzami świata –ZSRR (6:4) i Czechosłowacją (2:1). Ściskaliśmy mocno kciuki za udane występy w igrzyskach olimpijskich. Osiem razy uczestniczyli w nich biało- czerwoni. Młodzi fani nie mieli jeszcze okazji przeżyć emocji związanych z tą imprezą. Ostatni raz biało -czerwoni uczestniczyli w igrzyskach w Albertville (1992 r.). Zabraknie ich również w Soczi za niespełna trzy miesiące. Miejmy nadzieję, że polski hokej wyjdzie z marazmu i w 2018 roku Polscy hokeiści już wezmą udział w igrzyskach. Na razie pozostały nam wspomnienia.

Pokoleniowa formuła
- Stąd pokoleniowa formuła meczu – wyjaśnia Czesław Borowicz, prezes Nowotarskiego Klubu Olimpijczyka, jeden z inicjatorów meczu wspomnień. Po raz drugi udało mu się zebrać na nowotarskim lodowisku wszystko co najlepsze było w naszym hokeju. Po raz pierwszy do meczu olimpijczyków Podhala z resztą Polski doszło w grudniu 2007 roku.
- To dzisiejsze jest specyficzne – mówi. – Część tych, która wyszła na lód, zapewne nie będzie już w stanie ubrać kolejny raz sprzętu. To musiał być bodziec, by tutaj się zjawili. Wiedziałem, że nie skompletuję trzech piątek i dlatego dokooptowaliśmy juniorów. Chcieliśmy pokazać, że hokej jeszcze nie umarł, że są zawodnicy, którzy mogą w 2022 zagrać w igrzyskach, jeśli będziemy gospodarzem. Wcześniej na to się nie zanosi.
Sędzia czasowy dawał znak do zmiany (grano po minucie). Piątki były skonturowane w ten sposób, by oldboje pokoleniowo wystąpili przeciwko oldbojom, a juniorzy skrzyżowali kije z juniorami. Czesław Borowicz cochował reprezentacji razem z Jerzym Mrukiem. Razem prowadzili drużynę narodową w latach 1980 -82.

Totalne ryzyko
- W Lake Placid byliśmy największą niespodzianką igrzysk, wygrywając z Finlandią - wspomina Czesław Borowicz. – Zwycięstwo zrodziło się na przełomie roku, w okresie przygotowawczym. Rozegraliśmy z Finami dwa spotkania na ich terenie i wysoko przegraliśmy. Po raz pierwszy dostałem kamerę wideo z operatorem i nagrywaliśmy te spotkania. Przed wyjazdem na igrzyska 16 razy analizowaliśmy fragmenty, które zawaliliśmy. Zawodnicy doszli do wniosku, że byli frajerami, że tak dużo bramek stracili. Opracowaliśmy taktykę. Zagraliśmy bardzo agresywnym pressingiem. Na przeciwnika będącego przy krążku szła para. Pierwszy atakował rywala, drugi mu odbierał krążek. Jeśli nie udała się sztuka pierwszemu, to drugi atakował, a trzeci odbierał „gumę”. Zaskoczyliśmy tym Finów. Po pierwszej tercji prowadziliśmy 3:0. Zaryzykowaliśmy totalnie i się opłaciło.
Idealny plaster
Szmer przeszył trybuny, gdy na tafli pojawił się 69- letni Krzysztof Białynicki Birula. Nietuzinkowy zawodnik. Jeden z najlepszych w latach 60-tych, wspaniały technik, spuersnajper. Długi zasięg ramion pozwalał mu na bezpieczne prowadzenie krążka i swobodne rozgrywanie akcji. W lidze zawsze miał plastra. W Podhalu życie uprzykrzali mu – Józef Sięka i Jan Bizub. Trzeba przyznać, że z tej roli świetnie się wywiązywali. Podczas mistrzostw Polski oldbojów w Opolu (1999) miałem okazję przekonać się, że Birula jest również wspaniałym gawędziarzem. Jego historyjki z kadrowych wypraw zarywały kawał nocy. Ale warto było.
- Tadek Kacik został desygnowany do uprzykrzania mi życia. Po 5 minutach prowadziliśmy 2:0. Gdy wchodził do boksu Vorišek mocno go zrugał: „ty sraczu miałeś go pilnować, a ty coś zrobił – opowiada Birula. – Józek Sięka jeździł za mną wszędzie, nawet zza bramką. Nie ustępował mi na krok.
- Wtedy ja przejąłem po Tadku pałeczkę - przypomina Józef Sięka. – Trener uznał, że wywiązałem się z powierzonego zadania i zostałem już na stałe plastrem Krzyśka. Jak graliśmy z ŁKS i widział mnie, to się zniechęcał. Był bardzo wrażliwy. Miał jednak warunki i predyspozycje, żeby depnąć.
- Krzysiek był skutecznie neutralizowany przez Józka i po kilku meczach, gdy nie zdobył bramki, widząc Józka, by zrezygnowany. Mówił do Józka: Ja nie gram, ale ty też”. Józek był idealnym plastrem – przytakuje Czesław Borowicz.

Nie ważne jak się zaczyna
Swoje atuty zaprezentował duet Andrzej Zabawa. „Dżamesowi” wszyscy zazdrościli wspaniałej jazdy, z długimi pociągnięciami. Mówiono o nim „poeta lodowych tafli”. Wzbudzał powszechny szacunek. Posiadał wszystkie przymioty właściwe hokeiście znakomitemu. U boku w kadrze miał Wieśka Jobczyka, który z powodu kontuzji nie mógł wystąpić.
- Chociaż raz zobaczę jak gra wygląda z boksu – mówił Wiesław Jobczyk. – Kolejny trener. Ilu was tu będzie? – oburzył się Andrzej Zabawa. – Ty nie musisz mieć trenera, sam dajesz sobie radę – odparł Jobczyk, uspakajając tym kolegę.
- Wymiguje się kontuzją, a nie zmieścił się w składzie. Nie trenuje, nie gra – przekonywał coach reprezentacji, Jerzy Mruk. – Za stary jest, a my odmładzamy skład - żartował Mariusz Czerkawski.
Jerzy Mruk nie chciał zdradzić taktyki. – Założenia taktyczne są tajne – mówił. Może dlatego, że z oldbojów dysponował tylko trzema obrońcami. Jego vis a vis Walenty Ziętara nie krył się z taktyką. – Taktyka żagla. Jak wiatr zawieje – odpowiedział.
- Chwała tej widowni, że tak licznie przyszła oglądać „emerytów” – powiedział Andrzej Zabawa, który nie wykorzystał rzutu karnego. – Przecież to nie pierwszy raz w mojej karierze. Ledwie dojechałem do bramki, a wy chcielibyście, bym pokonał „Śliwę” – tłumaczył się „Dżames”.
”Śliwa”, czyli Marek Batkiewicz, strzegł bramki Podhala. Zaczął fatalnie, bo pierwsza jego interwencja polegała na wyjęciu krążka z siatki. – Trzy bramki od słupka. Ciężko wyciągnąć takie strzały – usprawiedliwiał się „Śliwa”.
Potem się zrehabilitował, broniąc m.in. karnego Mariuszowi Czerkawskiemu. – Nie ważne jak się zaczyna, ale jak się kończy – powiedział golkiper Podhala.

Mocniejszy fundament
Przed groźnymi atakami rywali nowotarskiej świątyni strzegł także, sporadycznie - Paweł Łukaszka. Obecnie sprawuje posługę kapłańską. Jest proboszczem parafii Kojszówka – Wieprzec. Dość niespodziewane porzucił hokej, w chwili, gdy polskim bramkarzem zainteresowane były wielkie kluby zawodowe. Był bowiem zaporą dla najlepszych zawodników. Odznaczał się odpornością psychiczną, umiał wspaniale się skoncentrować. Chłopięce sny o grze w Kanadzie były na wyciągnięcie ręki! Mógł zwiedzać świat, żyć wygodnie, odcinać kupony od sławy. Tymczasem wybrał inną drogę, inny fundament, najmocniejszy spośród istniejących – Boga. Podczas prymicji hokeiści z drużyny obdarowali go złotą szarotką z napisem: „Bądź najlepszym obrońcą dzieła Bożego – koledzy z pierwszej drużyn”. To zdarzenie przypominał ksiądz Paweł. Opowiadał też o pierwszych przygodach z hokejem i o tym jak na jeden z treningów zapomniał ubrać… suspensora. Co to oznacza, chyba nie trzeba żadnemu mężczyźnie tłumaczyć.

Super Mario
W najlepszej lidze świata NHL zagrał kolejny gość „uczty” – Mariusz Czerkawski. Na polskich lodowiskach krótko mogliśmy go podziwiać. Jako junior występował już w ekstraklasie w barwach GKS- u Tychy. Szybko się w niej zaaklimatyzował. W drugim sezonie został wicekrólem strzelców (przegrał z Romanem Stebleckim), a w klasyfikacji kanadyjskiej uplasował się na czwartej pozycji. Znakomita technika, umiejętność uwalniania się od przeciwnika, zimna krew pod bramką rywala – to atuty, którymi imponował, a które zawiodły go do Szwecji, a potem za ocean.
- Nie mogło mnie zabraknąć w takim meczu i na takich uroczystościach – mówi „Super Mario”. – Podhale to zasłużony klub, wielka historia, niesamowita tradycja. Zawsze gra tutaj kojarzyła mi się z twardymi facetami, z dobrym hokejem, zaciętymi bojami i spontaniczną publicznością. Tutaj zawsze była świetna atmosfera. Reprezentować Polskę, to wielki zaszczyt. Z drugiej strony możliwość potykania się ze znajomymi twarzami oraz spotkania z wspaniałymi trenerami w boksie. Gęsią skórkę mam, gdy znowu widzę Srokę, Szopińskiego. Zawsze się ciężko z Podhalem grało i to dzisiaj się potwierdziło. Widać charakter wśród zawodników. Cieszę się, że obrano ciekawą formułę meczu. Nasze nadzieje mogły z nami skrzyżować kije.

Kat Sławek
Sławomir Wieloch zawsze był groźnym strzelcem. Nieraz zalazł Podhalu za skórę. Zdobywał bardzo ważne bramki. Szybko się przypomniał publiczności. Dwa pobyty na lodzie i dwa gole. – Tak jakoś wpadło. Trenuję jedynie rekreacyjnie, bo praca nie pozwala na więcej – odparł.
Zamienił panczeny na hokejówki
Gościnnie w reprezentacji Polski wystąpił czterokrotny olimpijczyk, Paweł Zygmunt. Tyle, że to nie hokeista, lecz łyżwiarz szybki, specjalista od ścigania się na długim torze. To nie pierwszy jego występ u boku hokeistów. Był już z drużyną narodową w Nowym Targu w 2007 roku.
- Hokej to wspaniała dyscyplina. Bardzo sobie ją cenię. W rodzinie od strony żony (Bialik) wszyscy grają w hokeja, więc i ja zacząłem grać – mówi. – W hokeja gra mój syn i całkiem sobie dobrze radzi. Przy okazji nauczyłem się jeździć w prawą stronę i do tyłu (smeich). Mało jest takich ludzi, którzy nie grali w hokeja, a grają i pasjonują się tym sportem. Chociażby Tomasz Gollob czy też Alan Starski, Karol Strasburger, Rysiek Rynkiewicz.

Złoty wiek
W zespole Podhala same gwiazdy. „Złoty wiek” nowotarskiego hokeja – można tak powiedzieć. W napaści Józef Batkiewicz i Leszek Tokarz, którzy w klubie i reprezentacji tworzyli atak ze Stefanem Chowańcem. Młokosi, jak tylko weszli do pierwszej drużyny, od razu znaleźli się w kadrze. Byli postrachem lodowisk.
Impulsywny, zapalczywy i bitny „Piwus” jak za dawnych lat hasał po skrzydle i dyrygował w boksie. – Józek nie szalej, bo jutro na rower idziemy – tonował go Kazimierz Zamorski.
Tokarz spokojny, robiący swoją robotę, rozdający krążki. Mózg i konstruktor akcji, specjalista od sztuczki Firsowa. Podpatrzył ją podczas igrzysk w Sapporo od najlepszego hokeisti globu w koszulce z napisem CCCP.
– Polegała ona na tym, że podczas ataku odwracałem się tyłem najeżdżając na przeciwnika, puszczałem „gumę” między nogami i oddawałem strzał z półobrotu – objaśniał. – Pokażę ją za rok, bo dzisiaj nie jestem w formie. Dla nas zawodników zabawa była pyszna. Mam nadzieje, że również kibice bawili się znakomicie.

Hokej zrobił swoje
Stefan Chowaniec, trzykrotny olimpijczyk, tym razem stał w boksie, pomagał coachować Walentemu Ziętarze, żywej legendzie polskiego hokeja. Stefan podczas kariery zadziwiał obserwatorów szybkością, zwrotnością, błyskawicznym startem do krążka oraz przeglądem sytuacji. – Miał nosa do wietrzenia dobrych sytuacji pod bramką przeciwnika – mówili trenerzy. – Bezkonfliktowy typ człowieka – dodawał Tadeusz Kramarz. – Z kim on nie grał… Z każdym dobrze, wszędzie się dopasowywał.
Nie mógł pokazać się na lodzie. – Widzisz jak chodzę – pokazywał na nogi. - Hokej zrobił swoje. Może na 90 –lecie ubiorę łyżwy, jak będę po operacji.
- Kto ma rentę to niech nie wychodzi, bo mu odbiorą – rzucił w szatni jak zawsze skory do żartów, Dariusz Sikora, kolejny kreator gry, który do dzisiaj gania nie tylko za kauczukowym przedmiotem po lodzie, ale także kopie futbolówkę. Razem z Leszkiem Jachną i Zbyszkiem Tomaszkiewiczem tworzyli klubowy atak, a za sobą mieli Andrzejów – Janczego i Ujwarego.
Playmeker – to Mieczysław Jaskierski, jak zwykle pojawił się ze swoim ochraniaczem na zęby ( z lat 70- tych), z którym dzisiaj już nikt nie gra. - Muszę nosić. Gdyby mnie trafili, to porcelana rozleciałaby się w mak – śmieje się.
Posiadał trudny o obrony strzał, zaskakujący z nadgarstka. Takim strzałem zdobył jedną z bramek. Najbardziej jego strzałów bał się Walery Kosyl. – Nigdy nie było wiadomo kiedy uderzy i gdzie „guma” poleci. Trzeba było się mieć na baczności, bo często krążek fruwał mi koło głowy – wspominał Walery Kosyl, podczas naszego ostatniego spotkania.

Mostek prostował butem
Humor również dopisywał Bogdanowi Dziubińskiemu. Spryt, technika i szybkość były jego atutami. Lubił i umiał twardo walczyć o każdy krążek. To mu pozostało. Zawsze uparty, co czasami nie podobało się trenerom. Bardzo często próbował przekonywać, że jego punkt widzenia, sposób rozwiązywania problemu na lodzie jest tym najsłuszniejszym. Jego idolem był Walery Charłamow, który na turnieju w Niemczech wybił mu ...zęby.
- Graliśmy z CSKA Moskwa. Jechałem za krążkiem do rogu lodowiska. Patrzę przez ramię, a za mną jedzie „konus”. Pomyślałem, smyk i zrobię frajera. Za moment byłem na kolanach i miałem ciemno w oczach. Krew zalała mi twarz. Wyleciał mi mostek. W boksie prostowaliśmy go z Walkiem Ziętarą ...butem. Po kolacji podszedł do mnie Charłamow i przeprosił. Porozmawiał ze mną i to ogromnie mnie podbudowało. Zapomniałem o bólu, byłem bardzo szczęśliwy, że... zęby wybił mi mój idol – wspomina.
Trzy razy na igrzyskach występował Robert Szopiński, obrońca, który – z czym nie kryją się szkoleniowcy – jeszcze dzisiaj widzieliby go w ligowej drużynie. Imponował przeglądem sytuacji, dobrze wyszkolony technicznie.
W obronie zobaczyliśmy Andrzeja Iskrzyckiego, słynącego z atomowego strzału. Grał w parze ze szwagrem Markiem Marcińczakiem, który słynął ze spokoju i przeglądu sytuacji. Obecnie ze świetnej kondycji. Jeździ na rowerze, kilka razy widziałem go jak wspinał się na Turbacz.

Przesiąknąć olimpijską atmosferą
Olimpijczycy mieli w sowim składzie młodych zawodników Podhala i z drugiej strony ze „szkółki”. – To naprawdę wielkie dla nas przeżycie. Nie zawsze ma się okazję stanąć u boku takich sław – mówił Patryk Wronka, który karnego wykonał w stylu najlepszych graczy z NHL. Położył bramkarza na lodzie, wykonał obrót i posłał „gumę” do pustej bramki. Za tę akcję zebrał rzęsiste brawa, a w boksie piąteczkę przybił z Walentym Ziętarą.
– Patrzcie i uczcie się. Przesiąkajcie atmosferą. Życzę wam, byście pojechali na igrzyska olimpijskie – składał je Józef Batkiewicz.
Sztafeta pokoleń
- Po raz pierwszy zagrałem z synem – mówi Mirosław Tomasik. Nie grali w jednej piątce, bo to nie to samo pokolenie, ale rywalizowali między sobą. Damian był pierwszy, który zdobył gola, więc tata nie chcąc być gorszym wychodził ze skóry, by młodzian nie robił sobie z niego żartów i próbował pokonać Gabriela Samoleja. Trzykrotny olimpijczyk stał między słupkami reprezentacji, razem z Mariuszem Kiecą. Obaj mieli sporo roboty, by zapobiec utracie gola. „Gabryś” w Clagary zatrzymał Kanadę, teraz wspólnie z Mariuszem, Podhale. Niemniej jeden strzał Mirka Tomasika nie zdołali wyłapać. W rodzinie więc na remis. Nie dogadali się tylko co do numeru. Starszy i młodszy w karierze występowali z numerem „15”. – Tym razem Damian musiał wystąpić z „21” na plecach – Starszyzna ma pierwszeństwo – odparła młodsza latorośl.
Młodzież ostatnie 35 sekund miała też okazję zagrać wspólnie z Rafałem Sroką, swoim trenerem. Podhale bowiem wycofało bramkarza i Rafał był tym szóstym, który napierał na bramkę biało – czerwonych. Sroka grał jak za dawnych lat. Imponował przeglądem sytuacji i przede wszystkim, z czego słynął, umiejętnością dokładnego podania z własnej strefy.
Mecz olimpijczyków był wisienką na urodzinowym torcie. Wspomnień ciąg dalszy nastąpił podczas kolacji.

Olimpijczycy Podhala Nowy Targ – Olimpijska Reprezentacja Polski 4:6 (2:2, 0:3, 2:1) karne 2:2
Bramki: D. Tomasik, M. Tomasik, Jaskierski, Tokarz – Wieloch 2, Czerkawski 2, Matysik, Kuźniecow. Karne: Wronka, Sikora – Fraszko, Zygmunt.
Podhale: Marek Batkiewicz, Paweł Łukaszka, Błażej Kapica, Paweł Bizub; Andrzej Iksrzycki – Marek Marcińczyk, Robert Szopiński – Rafał Sroka, Damian Tomasik – Oskar Jaśkiewicz; Józef Batkiewicz – Mieczysław Jaskierski – Leszek Tokarz, Dariusz Sikora – Mirosław Tomasik – Bogdan Dziubiński, Maciej Kmiecik – Patryk Wronka – Przemysław Michalski. Trenerzy; Walenty Ziętara i Stefan Chowaniec.
Reprezentacja Polski: Gabriel Samolej, Mariusz Kieca, Mateusz Studziński; Marek Cholewa – Kordian Jajszczok, Jerzy Sobera – Krzysztof Białynicki Birula, Kamil Falkenhagen – Mateusz Kafel; Andrzej Zabawa – Paweł Zygmunt – Krzysztof Kuźniecow, Sławomir Wieloch – Wojciech Tkacz – Mariusz Czerkawski, Łukasz Krzemień – Bartosz Fraszko – Patryk Matysik. Trenerzy: Czesław Borowicz i Jerzy Mruk.
Mecz hokejowy realizowany był w ramach mikroprojektu „Olimpijczycy Polscy i Słowaccy spod Tatr” dofinansowanego ze środków Europejskiego Funduszu Rozwoju Regionalnego oraz budżetu państwa za pośrednictwem Euroregionu „Tarty” w ramach Programu Współpracy Transgranicznej Rzeczpospolita Polska – Republika Słowacka 2007 – 20013. Beneficjentem mikroprojektu było Powiatowe Centrum Kultury w Nowym Targu.
Tekst Stefan Leśniowski
Zdjęcia Mateusz Leśniowski










