22.10.2013 | Czytano: 1080

Niebywała metamorfoza Porońca

Wyjazdowe zwycięstwo Porońca Poronin nad liderem Sołą Oświęcim 4:0 wprawiło w zdumienie pewnie nie tylko fanów piłki nożnej na Podhalu. Już pierwsze wieści dochodzące z Oświęcimia na stadion przy ul. Orkana w Zakopanem gdzie w tym czasie rozgrywany był mecz KS Zakopane z Sokołem Borzęcin Górny budziły zdziwienie a końcowy rezultat przyjęty został z lekkim niedowierzaniem.

Po pierwszej połowie Poroniec prowadził 2:0. Pewnie wielu sympatyków poronińskiego klubu życzyło sobie, aby ten rezultat utrzymał się do końca a tymczasem w samej końcówce spotkania poronianie dołożyli dwa gole i wygrali w imponujących rozmiarach. Zdziwieni tym rezultatem byli nawet zawodnicy, Porońca, bo po ostatnim trafieniu Wesołowskiego z ławki rezerwowej zawołano ze zdziwieniem, „ale jaja”. No doprawdy nikt nie spodziewał się tak wysokiego rezultatu. Jak mówi przysłowie „jedna jaskółka wiosny nie czyni” i warto trzymać się tego powiedzenia. Z kilku powodów. Po pierwsze Poroniec po serii słabych występów wprawdzie za rywala miał lidera, ale i Soła w ostatnich meczach nie imponowała. Remisy ze słabą Janiną Libiąż i Nidą Pińczów, wskazywały albo na słabszą dyspozycję oświęcimian albo wręcz na kryzys. Na dokładkę drużyna z Oświęcimia wystąpiła w tym meczu jednak nieco osłabiona absencją zawodników formacji ofensywnych. Oczywiście Poroniec też od początku spotkania nie zagrał w optymalnym składzie, czego potwierdzeniem były gole rezerwowych Waksmundzkiego i Wesołowskiego. Poroniec dysponuje jednak tak szerokim składem, że absencja jakiegoś zawodnika lub posadzenie na ławce pewniaków czasami może dać bardzo pozytywne rezultaty. Drugim powodem, który karze być ostrożnym w stawianiu tezy, że Poroniec to jest już ten zespół, którego przed rozgrywkami okrzyknięto faworytem ligi to fakt, że poronianie tak naprawdę zagrali dobrze dopiero pierwsze spotkanie w III lidze. Wcześniejsze wygrane były bardzo wymęczone a sposób gry „nikogo na kolana nie powalał”. To trzeba udowodnić w szeregu spotkaniach a to jeszcze przed piłkarzami Porońca. Czy wpływ na metamorfozę piłkarzy z Poronina miała czystka, jaką zastosowano w drużynie w minionym tygodniu. Przypomnijmy w Porońcu zrezygnowano z usług Józefa Piwowarczyka, Daniela Świdra i Patryka Banaszkiewicza. No może dobrze, że włodarze klubu doszli po rozum do głowy, bo tak naprawdę z drużyny pozbyto się nie gorszych piłkarzy, którzy teraz wzmocnili inne podhalańskie kluby. Zobaczymy, być może. Takie decyzje personalne, często działają, ale na krótką metę. Weryfikacja nastąpi niebawem, bowiem już w następnym meczu Poroniec zagra z wiceliderem rezerwami Korony Kielce.

Oczywiście trener i piłkarze mają się, z czego cieszyć, ale stawianie tezy, że jakakolwiek drużyna grająca przeciwko Porońcowi w niedzielę miałaby problemy, jest stwierdzeniem na wyrost. Trener Burliga podkreślił, że jego piłkarze zagrali odważnie i ambitnie. Skąd, zatem ten nagły przypływ odwagi i ambicji. Chyba we wcześniejszych spotkaniach nikt piłkarzom Porońca tego nie zakazywał. Jeżeli jednak problem leżał w sferze mentalnej to jest nadal, nad czym pracować. Wprawdzie trochę późno, ale jak mówi inne przysłowie „lepiej późno niż wcale”.

Poroniec wygrał całkiem niespodziewanie, ale dla naszych IV ligowców nomen omen 13 kolejka była zupełnie nieudana, albo, jak kto woli pechowa. Z trójki naszych przedstawicieli w IV lidze jedyny punkt wywalczyła tylko drużyna KS Zakopane remisując na swoim boisku z Sokołem Borzęcin Górny 1:1. Ciekawe, że obaj trenerzy uważali, że to prowadzone przez nich zespołu powinny zgarnąć całą pulę. I tak trener Sokoła Sławomir Zubel po meczu powiedział: - Zdobyliśmy na boisku rywala jeden punkt, ale uważam, że powinniśmy ten mecz wygrać. To my prowadziliśmy grę, częściej byliśmy w posiadaniu piłki i stworzyliśmy sobie więcej okazji do zdobycia goli. Rzut karny przyznany gospodarzom, z którego zdobyli gola według mnie był bardzo problematyczny. W pierwszej połowie gospodarze właściwie nie mieli okazji do zdobycia gola. W drugiej owszem zagrozili dwukrotnie naszej bramce, ale strzelali niecelnie. My niestety też nie grzeszyliśmy skutecznością a mieliśmy okazje, aby strzelić przynajmniej jeszcze jedną bramkę. Niedosyt jest, ale z drugiej strony wywalczenie punktu z mocną przecież drużyną Zakopanego na tym urokliwym boisku jest też jakimś osiągnięciem. Mówiąc o urokliwym boisku mam na myśli jego wymiary, bo co do stanu płyty nie mam zastrzeżeń. Gospodarze grając na nim, co dwa tygodnie i trenując są do takich wymiarów przyzwyczajeni, nam gra na takim boisku sprawiała nieco kłopotów.

Nieco odmienny pogląd na końcowy rezultat miał trener KS Zakopane Jerzy Grabara: - Czasami grając nieco słabiej można mecz wygrać. I tak było w dniu dzisiejszym. Marcin Grela miał prawdę mówiąc piłkę meczową. Powinien w tej sytuacji strzelić gola a nawet nie oddał strzału na bramkę. To był kluczowy moment tego meczu. Bramkę straciliśmy na własne życzenie. Owszem mieliśmy trochę szczęścia w ostatniej akcji pierwszej połowy, ale i pecha w innych sytuacjach. Ostatecznie jednak remis przyjmujemy, jako naturalny rezultat wynikający przebiegu spotkania. Oczywiście goście zawiesili nam dziś wysoko poprzeczkę. Byli groźni w kontrach i przy stałych fragmentach gry, ale przecież nie zawsze przebieg i sposób gry decyduje o końcowych rezultatach.

Jak to bywa w sprawach, na których wszyscy się znają a tak jest w meczach piłkarskich punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i nie chodzi tu o miejsce, z jakiego ogląda się dane spotkanie. Decydujące znaczenie ma emocjonalny stosunek do swojej drużyny. Sędziów i trenerów na trybunach, w lożach działaczy i ławkach trenerskich jest tylu ilu na nich zasiada ludzi. I pewnie do końca świata nikt tego nie zmieni, zatem niech każdy ma swoją rację, my natomiast uważamy, że wynik tego meczu jest jak najbardziej sprawiedliwy.

Zakopiańczycy przed tym spotkaniem mogli nawet zostać liderem grupy wschodniej IV ligi. Warunkiem oczywiście było zwycięstwo nad borzęcianami. I ten warunek nie został spełniony. Druga okolicznością sprzyjającą zakopiańczykom miało być odebranie punktów liderowi Wolani przez Lubań Maniowy. I ten drugi warunek nie zaistniał. Lubań przegrał w Woli Rzędzińskiej 1:2. Trener Lubania Marek Górecki uważa, że jego zespół zasłużył na punkt. Może i tak, ale w piłce nożnej punktów się nie przyznaje za zasługi. Zdobywa się je strzelając rywalowi o jedną bramkę więcej i to jest „oczywista oczywistość”. Jeżeli do tego doda się popełnienie własnych błędów a tak było w meczu Lubania z Wolanią, to już inaczej to wygląda z innej niż klubowa perspektywy. Oczywiście nikła przegrana ujmy maniowianom nie przynosi i lepiej, aby zapomnieli o zmarnowanych szansach i skupili się na kolejnym meczu.

Jak najszybciej o swoim „występie” w Tuchowie powinni zapomnieć piłkarze, Kotelnicy Watry Białka Tatrzańska. Porażka 0:4 ze słabiutko w tym sezonie grającą Tuchovią jest nawet kompromitująca, bo jak zaznaczył grający prezes Watry Andrzej Rabiański jego drużyna w pierwszej połowie była w obłokach. - Już po pierwszych 20 minutach powinno być po meczu, bo gospodarze mogli nam nastrzelać kilka goli. Zdobyli tylko jedną bramkę, ale to niczego nie zmieniło, bo dzisiaj graliśmy źle i nieporadnie. Jeżeli Prezes tak surowo ocenia swój zespół to nic dodać nic ująć. Piłkarze z Białki Tatrzańskiej muszą się wziąć do roboty, bo inaczej w tym sezonie nic ich nie uratuje przed spadkiem. Nieco optymizmu można dojrzeć w tym, że piłkarze Watry słabsze mecze przeplatają dobrymi występami i oby za tydzień taka koincydencja zaistniała.

Jeżeli po niedzielnej kolejce nasi IV ligowcy zadowoleni być nie mogli to i nasi przedstawiciele w nowosądeckiej okręgówce (V liga) nie mieli pełnej satysfakcji. Wprawdzie Podhale wygrało 2:1 z Orkanem w Szczyrzycu, ale z wielkim trudem. Z kolei Szaflary zremisowały 1:1 z Ogniwem w Piwnicznej i jak twierdzi trener Marek Majka jego piłkarze nie wykorzystali okazji do zgarnięcia całej puli. Niestety kolejnej porażki tym razem na swoim boisku z Olimpią Pisarzowa 1:2 doznali piłkarze Huraganu Waksmund. Jak zauważyli obserwatorzy tego meczu waksmundzianie byli w tym spotkaniu zespołem słabszym, czego nie ukrywał również trener Bartłomiej Walczak. Uznał, że z czysto piłkarskiego punktu widzenia piłkarze Olimpii prezentowali się lepiej od jego zawodników. Oczywiście waksmundzianie mieli swoje okazje, aby ten mecz chociażby zremisować, ale nie udało się. Teraz cała drużyna Huraganu musi skoncentrować się na wywalczeniu punktów w meczach gdzie jest faworytem na przykład: z Grybovią a i w tych gdzie potencjalni rywale są lepsi. Tabela nie zawsze odzwierciedla potencjał zespołów jak chociażby przed spotkaniem z Olimpią waksmundzanie klasyfikowani byli znacznie wyżej. Do zaplanowanej zdobyczy w rundzie jesiennej piłkarzom Huraganu już brakuje niewiele.

Tekst Ryb

 

Komentarze







reklama