- Na nic płacze, na nic żale. Trzeba otrząsnąć się z traumy i żyć dalej. Każdy z nas musi zastanowić się co zrobił źle, że nie udał się atak na ekstraligę – mówi kapitan „Szarotek”, Kasper Bryniczka.
- Zawodnikom schodzącym do szatni głos się łamał. Tak bardzo przeżyliście porażkę?
- Emocje w tym spotkaniu były ogromne. Po końcowej syrenie wszyscy byliśmy rozczarowani. Trudno było w głowie poukładać myśli.
- Pani prezes powiedziała, że gdy weszła to szatni to:” Widziałam wielkich załamanych mężczyzn. To był strasznie przykry widok”.
- W szatni panowała grobowa atmosfera. Nikomu nic się nie chciało. Każdy z nas chciał jak najszybciej opuścić szatnię i w samotności przeżywać gorycz przegranej. W samotności zrobić rachunek sumienia. Żadne słowa nie zastąpią bólu i złości jaki był w nas. Dla wielu z nas świat się zawalił.
- Święta ukoiły ból?
- W pewnym sensie tak, ale o tej przegranej nie da się tak szybko zapomnieć. Ból był zbyt wielki i spustoszył nasz organizm. Nie tak bowiem ten sezon miał dla nas wyglądać. Wszystko układało się wyśmienicie i po naszej myśli, aż do tego drugiego feralnego występu w Bytomiu. To, jak się później okazało, było kluczowe spotkanie. Kilka dni po przegranej byłem jeszcze w szoku, nie mogłem myśli poukładać. Nie wiedziałem co się stało, a tu czekały nas kolejne ważne mecze.
- Przeanalizowałeś przegraną? Z czego ona wynikła?
- Liga nas troszkę uśpiła. Wszystko szło jak z płatka. Inna rzecz, że była słaba. Nie wszystkie drużyny traktowały ją poważnie. Choćby odwoływanie meczów, gra w niekompletnym składzie… Wiele spotkań graliśmy na jednej nodze. Żaden zespół nie zawiesił nam wysoko poprzeczki, by moglibyśmy sprawdzić się w ekstremalnych warunkach. Z Bytomiem na luzie wygraliśmy cztery razy w sezonie zasadniczym. W play off była to już inna ekipa, ale do ugryzienia. Nadgryźliśmy ją w pierwszym meczu u siebie i wydawało nam się, że w kolejnych ją dogryziemy. Wszystko było na dobrej drodze, by tak się stało. Prowadziliśmy w trzecim meczu 4:1 i wydawało nam się, że mamy mecz pod kontrolą. Tymczasem popełniliśmy dwa bardzo kosztowne błędy, dostarczając przeciwnikowi świeżej dawki tlenu. Gdybyśmy wygrali, to oni mieliby nóź na gardle.

- Tymczasem wam go przyłożono.
- Tak w rzeczywistości się stało. Oni uwierzyli, że można z nami wygrać. Nie mieli nic do stracenia, bo oni mogli, a my musieliśmy.
- Trener Marek Ziętara po meczu w Bytomiu nakrzyczał na was?
- To profesjonalista i wie jak podejść do zawodnika w takich okolicznościach. Nie dołował nas, lecz mobilizował. Tłumaczył nam, że jeszcze nic straconego, że mamy dwa mecze w domu.
- Nie wytrzymaliście w nich presji?
- Wiadomo jak się gra z nożem na gardle. Nie jest łatwo. W głowie się kotłują różne myśli, tym bardziej, gdy nic nie wychodzi, a tu trzeba gonić wynik. Byliśmy mocno skoncentrowani i zmobilizowani, zostawiliśmy serce na lodzie. Przewagi dla nas okazały się zabójcze, element, który w poprzednich meczach funkcjonował bez zarzutu. To tym elementem w Bytomiu wypracowaliśmy sobie trzybramkową przewagę. W decydującym meczu, w tych okresach gry, bytomianie zdobyli dwa gole. Tak nie powinno być. Wykorzystali bezlitośnie nasze błędy. Próbowaliśmy szybko odrobić straty, ale bytomianie grali z ogromnym poświęceniem. Mieli mnóstwo szczęścia. Próbowaliśmy strzelać z każdej pozycji, ale rzucali się na krążek, przyjmowali go na ciało, a ich bramkarz miał dzień „konia”. Wszystko łapał.
- Dlaczego wygrywamy tylko wtedy, gdy nikt na nas nie stawia?
- Każdy z nas musi zweryfikować swoje umiejętności. Musi zastanowić się co zrobił źle, że nie udał się atak na ekstraligę. Czasem decyduje dyspozycja dnia.
- Hokej w Nowym Targu znalazł się na ostrym zakręcie. Co dalej?
- Za wcześnie o tym mówić. Na nic jednak płacze, na nic żale. Trzeba otrząsnąć się z traumy i żyć dalej. Co nas nie zabije, to nas wzmocni. Może wybawi nas liga open? Mieliśmy to wygrać, a teraz wszystko w rękach związkowych działaczy.
Rozmawiał Stefan Leśniowski










