27.03.2013 | Czytano: 2917

Agata Michalska – mogliśmy być sprytniejsi

Osobą, która najbardziej przeżyła porażkę „Szarotek” była prezes Agata Michalska. Nie dawała poznać po sobie, dzielnie się trzymała przed szatnią drużyny, ale widać było, że gdyby była sama, to rozpłakałaby się. Gdy wszystkim puściły nerwy, ona zachowała się z klasą.

Agata Michalska przez dziewięć miesięcy rządów dała się poznać nie jako prezes, ale jako zjawisko. Wpadła w środowisko hokejowe jak szczupak do socjety objedzone w karpie, które wolą pływanie w mętnej wodzie, co potwierdził finał. Pani prezes nie przypomina swoich poprzedników. Nie oceniam, czy jest gorsza, czy lepsza. Jest inna. Zaskakuje bezpośredniością. I wiele na tym wygrywa. Przynajmniej na razie. Kobieta, która swobodnie zdobywa szczyt Mont Blanc, wspina się na Gerlach, nie potrafiła z drużyną, dzięki „karpiom” - bez lin i czekana - zdobyć PLH.

- „Sukces nigdy nie jest efektem słomianego zapału, tu trzeba przejść przez prawdziwy ogień” – ta sentencja wypowiedziana przez byłego prezydenta USA Jamesa Madisona nie oddaje sytuacji, w jakiej Pani się znalazła?
- Sentencja prawidłowa. Całemu naszemu zespołowi - tworzymy go wspólnie z zawodnikami, z prawdziwymi kibicami, włodarzami miasta - zależało na zwycięstwie. Ciągle mamy nadzieję, że hokej będzie się rozwijał w naszym mieście. Nie sądzę, żeby był słomiany zapał. Jeśli przychodzi porażka, rywalizacja nie układa się po naszej myśli, to można mieć odczucia, że był to słomiany zapał. Ludzie, z którymi mam przyjemność pracować są ambitni i honorowi. Wiem, że cokolwiek wydarzyłoby się, będą dalej trwać przy hokeju, pracować najlepiej jak potrafią.

- Z klasą przyjęła Pani porażkę, choć widać było, że ból był potworny. Tyle zabiegów, pracy, poświęceń, a zabrakło wisienki na torcie.
- Dużo wypowiedzi było na temat przygotowań do meczów z Polonią. Wszyscy zastanawialiśmy się czy się uda, czy zawodnicy są gotowi psychicznie. Byli mocno zestresowani, ale my nie mniej Przeżywaliśmy porażkę podobnie. Ona bardzo bolała. Niemniej nie mówimy koniec, dlatego, że jest źle. W trudnych momentach, a było ich mnóstwo w trakcie sezonu, nie poddajemy się. Właśnie wtedy trzeba było zakasać rękawy i pracować, jeszcze bardziej wytrwale, żeby pokazać, że jest o co walczyć.

- Uroniła Pani łezkę?
- Nie przyznam się. Jestem wrażliwą osobą, ale najbardziej wrażliwa jestem na punkcie sportu. To chyba po ojcu. Nie potrafię się rozryczeć na sentymentalnych romansach, a potrafię płakać widząc polskiego zawodnika zdobywającego złoty olimpijski medal. Było mi smutno i przykro w niedzielny wieczór, ale najtrudniejszy moment był wtedy kiedy weszłam do szatni. Po raz pierwszy w życiu nie wiedziałam co mam powiedzieć. Widziałam wielkich załamanych mężczyzn. To był strasznie przykry widok. A ja musiałam coś powiedzieć. Takich momentów jeszcze nie przeżyłam w karierze zawodowej.

- Doświadczyła już Pani tego, że sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą?
- Nie. Dostałam mnóstwo pozytywnych telefonów, a nie spodziewałam się żadnego. One sprawiły, iż nadal chce nam się pracować. Ludzie nas motywowali, by nadal działać. Wielu sponsorów, dla nas ważnych w tym sezonie, potwierdziło, że będą z nami nadal współpracować.

- A, że łaska kibiców na pstrym koniu jeździ?
- Przyznam się szczerze, że nie wiem jaka jest reakcja kibiców. Brakuje mi czasu, by zapoznać się z opiniami. Muszę godzić czas zawodowy ze społecznym w klubie. Przyjdzie czas na zapoznanie się z opiniami. Widziałam tylko co się działo na trybunach. Różnie było podczas sezonu. Traciłam nadzieję, że nasz kibic potrafi śpiewać. Mój ojciec słynął z takiego dopingu. W finale okazało się, że nasi kibice potrafią wspaniale dopingować.

- Stres, presja, młodość – tym tłumaczona jest porażka. Czy przegrana naprawdę tylko do tego się sprowadza? W zespole byli przecież zawodnicy, którzy rozegrali kilkadziesiąt, jeśli nie kilkaset meczów w PLH, mają w swoim dorobku tytuły mistrza kraju.
- Najlepiej na to pytanie odpowiedziałby trener. On poznał charaktery chłopaków zdecydowanie lepiej niż ja. Nie miałam możliwości, żeby dokładnie ich ocenić. Nie wiem, czy tylko to zaważyło na porażce.

- Jeden z internautów napisał: „ Jak czytam, że dziennikarzy obwinia się za porażkę, to wpadam w złość. Wszyscy dobrze wiemy, że roślina hodowana w cieplarnianych warunkach, pod kloszem, jest mniej odporna”.
- Z drugą częścią zadania się zgodzę, ale z pierwszą nie. Nie wiem kto wyraził taką opinię, że za porażkę odpowiedzialni są dziennikarze. Nigdy w życiu takiego stwierdzenia byśmy się nie podjęli. Tak nie jest. Państwo możecie nas wspierać, pomagać pisząc pozytywnie.

- Sezon zasadniczy Was nie uśpił?
- Z perspektywy czasu można byłoby odnieść takie wrażenie. Płynnie przeszliśmy przez sezon, wygrywaliśmy pewnie wszystkie mecze. Przegraliśmy dwa, jeden po karnych. Czy to było uśpienie? Taka jest pierwsza liga w polskim wydaniu. Finałowe mecze potwierdziły, że całkiem inna drużyna Polonii mogła grać w play off niż wcześniej. To pokazuje inny wymiar ligi. W porównaniu z kolegami z zarządu jestem mniej doświadczoną „hokeistką”, ale uważam, że jest to trochę niesprawiedliwe.

- Czujecie się oszukani regulaminem PZHL? Cały sezon traktowaliście poważnie, a ktoś go olewał, ale ostatecznie kolejny raz zatriumfowało cwaniactwo.
- To prawda. Czuję wewnętrzny żal do siebie. Gdybyśmy byli sprytniejsi i od początku nie podchodzili do tematu serio, to być może chytrym, przemyconym planem dzisiaj rozmawialibyśmy w innym tonie. Jestem uczciwa i solidnie traktującą swoją pracę. Nigdy w życiu nie potrafiłabym zrobić tak jak Janów, nie przyjechać na mecz lub w ośmioosobowym składzie. Nie dopuściłabym do takiej sytuacji. Dlatego nie nadaję się do tego typu zagrywek.

- Czy takie działania nie zniechęcają?
- Na pewno demotywują.

- Minęło dziewięć miesięcy Pani rządów. Czy łatwiej przyszło zdobywanie szczytów Mont Blanc i Gerlach niż prowadzenie klubu?
- Sport to moja pasja i towarzyszy mi od małego dziecka. Żeby zdobyć Mont Blanc trzeba było być dobrze przygotowanym fizycznie. Prowadzenie klubu to nie tylko „fizyczność”, ale coś więcej. Niemniej pod względem zaangażowania i wysiłku to taki sam trud. Różnica jest taka, że wychodząc na Mont Blanc zależna jestem od siebie, a w klubie muszę szukać partnerstwa ogromnej masy ludzi. Partnerstwa, które pomoże drużynie w rozwoju.

- Ten najważniejszy szczyt nie został jeszcze zdobyty.
- Moim marzeniem jest zdobyć kiedyś szczyt w Himalajach. I tego dokonam.

- Miałem na myśli hokejowy szczyt.
- Musimy zagrać w ekstraklasie, bo Podhale na taką ligę zasługuję. Do tego muszę doprowadzić.

- Czyżby wierzyła Pani w zapowiedzi, że w nadchodzącym sezonie ruszy liga „open”?
- Wierzę, choć nie wystarczy wiara. Potrzebne jest potwierdzenie tej decyzji. Jeśli zostanie potwierdzona, to wrócimy do rozmów ze sponsorami, którzy wcześniej wypowiadali się pozytywnie o współpracy.

- Decyzja musi zapaść szybko. Trzeba zatrzymać obecnych zawodników i rozpocząć pertraktacje z graczami Podhala rozrzuconymi po świecie.
- Na pewno tak, ale my na to nie mamy wpływu. Myślę, że zarząd naszego związku to rozumie i ma tego świadomość.

- Kolejny rok banicji w pierwszej lidze może być gwoździem do trumny nowotarskiego hokeja?
- Tego nie powiem, ale powiem, że byłby zdecydowanie trudniejszy niż zakończony.

- Centralna Liga Juniorów została poświęcona awansowi seniorów do PLH. Teraz okazuje się, że z dwóch pieczeni żadna nie została „dosmażona”.
- Ci zawodnicy, którzy mieli grać w CLJ nic nie stracili, bo grali w pierwszej lidze. Widać u nich postęp. Nie mieliśmy innego wyjścia, musieliśmy z ligi juniorów zrezygnować. Sytuacja nas do tego zmusiła. W trakcie sezonu została podjęta decyzja o wyeliminowaniu rocznika 1992 z rozgrywek. To przesądziło. Żaden inny powód nie istniał. Nie po to powstała drużyna, żeby w trakcie sezonu mieliśmy z niej rezygnować.

- Co z młodzieżą?
- Mamy fajne pomysły. Zobaczymy co z nich wyjdzie. Jeśli mamy zajmować się rozwojem hokeja to musimy zacząć od najmłodszych grup. To chłopcy z naboru będą przyszłością klubu. Później jest za późno, by wprowadzać dziecko do hokeja. Musimy to robić stokroć lepiej niż obecnie. Musimy doprowadzić do selekcji, bo dzisiaj jej nie ma. Musimy mieć element, który spowoduje, że sięgniemy po kogoś, kogo uznamy, że jest uzdolniony sportowo. Chciałabym, żeby dzieci z klas I – III miały możliwość uczenia się jazdy na łyżwach, przynajmniej raz w tygodniu, by treningi były wspaniale zorganizowane. Jazda to podstawa. Ponadto dążyć będziemy do tego, by miały dwa razy w miesiącu naukę pływania, by wszechstronnie się rozwijały. Chcemy zachęcić naszych włodarzy miasta, Komisję Sportu, żeby spróbowali nam w tym pomóc Wspiera nas Walenty Ziętara. Jest naszym konsultantem. To niebywały autorytet, legenda hokeja z ogromny doświadczeniem szkoleniowym. Wie jak pracuje się z młodzieżą w innych krajach.

- Klub pozbył się już balastu zadłużenia?
- Klub nadal jest zadłużony. Pozbyliśmy się znacznej części długu. Ponad 200 tysięcy złotych. Co byłoby, gdybyśmy mieli te pieniądze na bieżącą działalność? Mam nadzieje, że przy skrupulatnym działaniu jakie prowadzimy, to zapewne za 2-3 lata zadłużenia się pozbędziemy. Działania muszą być restrykcyjne i dyscyplinujące.

Rozmawiał Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama