Polskie unihokeistki awansowały do grudniowych mistrzostw świata w Pradze i Ostrawie. Wygrały turniej kwalifikacyjny do tej imprezy w Babimoście. Nie znalazły w nim pogromczyń. Przeszły przez turniej niczym burza. Zdały też wymagający test z ekipą Rosji.
– To był najtrudniejszy nasz rywal – przytakuje Jacek Michalski. – Z czołówki światowej. Konfrontacja z takim zespołem miała dać nam odpowiedź co do możliwości dziewczyn. Czy możemy nawiązać walkę z zespołami z górnej półki? Czy też jesteśmy zespołem skazanym na wygrywanie z drużynami z drugiej ósemki? Potwierdziliśmy, że bliżej nam do zespołów z pierwszej grupy. Zagraliśmy bardzo dobre spotkanie, nawiązaliśmy walkę i co najważniejsze wyszliśmy z niej zwycięsko. To dowód na to, że w tym zespole jest spory potencjał. Jeśli wszystko będzie funkcjonowało tak jak należy, to nawiążemy walkę z zespołami wyżej notowanymi od nas.
Mankamentem zespołu w pierwszych meczach turnieju była skuteczność, nieadekwatna do wypracowanych sytuacji. Musiały mieć kilkanaście sytuacji, by jedną zamienić na bramkę. Inna rzecz, że trudno gra się z zespołami, które ograniczają się jedynie do obrony własne strefy. Grają destrukcyjny unihokej i liczą tylko na jakiś wypad i łut szczęścia. Na szczęście dla nas rywalki nie miały zbyt dużo okazji, by uszczypnąć biało – czerwone.
- Zawsze w takim turnieju pierwsze mecze są trudne – twierdzi Jacek Michalski. – Zespół musi się zgrać, poznać, by wszystkie trybiki zaczęły się zazębiać. Musi się też przekonać do pewnych rzeczy, do sposobu gry, do taktyki obranej przez szkoleniowców. Z każdym meczem było coraz lepiej. Prawdziwy obraz zespołu otrzymaliśmy w meczu z Rosjankami. Zgranie pozwoliło, że zespół zaczął prawidłowo funkcjonować.
Polki w pierwszych spotkaniach strzelały „ślepakami”. Na ostatni pojedynek turnieju przeładowały broń. Z bazy zabrały już ostrą amunicję i z Hiszpankami urządziły sobie ostre strzelanie. Czternaście razy ażurowa piłeczka wpadła do bramki rywalek. Nawet zmiana bramkarek nie pomogła. Intensywność trafiania do celu nie zmalała.
- Wbrew pozorom Hiszpanki były zespołem trudnym i wymagającym – przekonuje Jacek Michalski. – W poprzednich potyczkach bardzo dużo biegały. W składzie były kobiety dobrze zbudowane. Grały ostro, bezpardonowo i w miarę poprawnie. Wydawało się nam, że będzie to trudne spotkanie, ale nasz zespół już był zgrany i to sprawiło, że zaczęliśmy w końcu trafiać. W tym elemencie było widać wyraźną poprawę.
Nie sposób nie zaczepić trenera o postawę nowotarżanek. – Nie chciałbym wystawiać indywidualnych cenzurek. Wyróżniona przez organizatorów została Agnieszka Timek. Wybrano ją najlepszą zawodniczką w naszym zespole w przekroju całego turnieju. Otrzymała piękny puchar. Magdalena Krzystyniak grała w ataku z dziewczynami z Absolwenta, ale też często rotowaliśmy składem. Dobrze zaprezentowało się nowotarskie troi, wspomniana już Timek oraz Justyna Florczak i Katarzyna Fuła. Marzena Bryniarska również świetnie radziła sobie w defensywie. Nowy Targ bardzo dobrze się zaprezentował, co zresztą potwierdzają statystyki. Dziewczyny punktowały w każdym meczu.
Grudzień wydaje się być odległy, ale już dzisiaj należy pomyśleć o dobrym przygotowaniu do mistrzostw świata w Pradze. Co dalej trenerze?
- Pieniądze, jak wszyscy wiemy, zostały obcięte. Trudno przygotować zespół nie dysponując środkami finansowymi na obozy, konsultacje czy udział w turniejach. Tuż przed mistrzostwami świata, w listopadzie, planowaliśmy udział w mocno obsadzonym turnieju w Niemczech. Zapewne z wymienionych powodów nie pojedziemy. We wrześniu czeka nas turniej Polish Open. To będzie jedyna okazja do zmierzenia sił z dobrymi zespołami, sprawdzenia się. Resztę przygotowań, jeśli się uda, będziemy organizować we własnym zakresie.
Tekst Stefan Leśniowski










