01.08.2016 | Czytano: 6487

O Marysi, co nie boi się... (+zdjęcia)

...dzikiej wody. - Góralka o niesamowitej sile, samozaparciu, nigdy niepoddająca się – tak pisał „Sportowiec” o mistrzyni świata, uczestniczce igrzysk olimpijskich urodzonej 18 sierpnia 1952 roku w Krościenku nad Dunajcem. Dodajmy do tego, że jest to niesamowicie barwna osoba, która nie dawała sobie w kaszę dmuchać wtedy, kiedy czynnie uprawiała sport, ale także wtedy, gdy jest za sportową metą.

Maria Ćwiertniewicz - bo o niej mowa - kocha kajaki, kocha Dunajec, na którym się wychowała. Nie ma dla niej spraw niemożliwych. Tych, którzy uważają, że takie są, stara się przekonać i wprowadzić na właściwe ścieżki. Niesamowity walczak na kajakowym torze i w sprawach o lepsze dziś i jutro polskiego kajakarstwa górskiego. Za każdym razem staje w obronie podhalańskich sportowców. Bardzo wrażliwa na krzywdę, niesprawiedliwość. Dbająca o każdy szczegół na obozach przygotowawczych, podczas zawodów. Człowiek, który nie może zrozumieć, dlaczego w polskim kajakarstwie jedni mają z górki, a drudzy pod górkę, ale jeszcze usłaną przeróżnymi, nieraz łatwymi do usunięcia przeszkodami.

Wychowanka Warusia
Zadebiutowała na krajowych torach slalomowych w 1965 roku. „Dlaczego ta młodziutka, wówczas 13- letnia dziewczyna zdecydowała się na uprawianie jednej z najcięższych, najtrudniejszych technicznie konkurencji sportowych, slalomu kajakowego?” – pytało wówczas „Tempo” i próbowało szybko odpowiedzieć. „Jak sama twierdzi złożyły się na to dwa czynniki: wychowanie nad brzegiem Dunajca oraz zamiłowanie do silnych emocji, elementu pewnego ryzyka, jakie stwarza walka z wodnym żywiołem. Bo każdy start na spienionych, najeżonych naturalnymi przeszkodami górskich rzek, kryje w sobie niebezpieczeństwo niespodziewanej wywrotki, kąpieli w lodowatej wodzie, a nierzadko bolesnej kontuzji”.

Ona zawsze miała pod górkę. Bo albo kontuzje, albo jakieś inne wypadki na wodzie sprawiały, że musiała zaciskać zęby, by odnosić sukcesy. W czasie czynnej kariery reprezentowała barwy Pienin Szczawnica i Sokolicy Krościenko. Jej trenerem klubowym był zmarły 1 sierpnia 2010 Bronisław Waruś. Temu szkoleniowcowi zawdzięcza bogatą w sukcesy karierę. On namówił ją do kontynuowania kariery po wypadku na torze w Zwickau (1968). Wypadek był bardzo poważny, niewiele brakowało, a zakończyłby się tragicznie. W tym momencie pokazała góralski charakter. Inni dawno wycofaliby się z czynnego uprawiana sportu, ale ona nie poddała się, wsiadała do łódki, która skierowała ją m.in. na olimpijską ścieżkę. W 1972 roku dostąpiła zaszczytu reprezentowania biało- czerwonych barw w Monachium podczas igrzysk olimpijskich.

„Leczyć będę się po igrzyskach”
- To były piękne dni, po prostu piękne dni – wspomina. – Na pożegnalną mszę wędrowałam kilometr w olimpijskim stroju. Był to malinowy kostium z orzełkiem na sercu i na to piękny granatowy, z obszerną peleryną, płaszcz. Po mszy świętej, którą odprawił proboszcz ks. Bronisław Krzan, maszerowałam w tłumie ludzi. Byłam dumna, że mogę reprezentować kraj i rodzinną miejscowość w Monachium. Byłam jedyną kajakarką spoza Nowego Sącza.  Wioska olimpijska była podzielona na męska i damską. Do męskiej był wstęp dla wszystkich. Natomiast do damskiej miały tylko kobiety. Trwały w niej gorączkowe przygotowania do otwarcia igrzysk. O godzinie 13 wyruszyliśmy. Drogę do stadionu pokonaliśmy w 25 minut. Mieliśmy sporo czasu, bo otwarcie zaplanowano na godzinę 15. Szliśmy czwórkami, a na stadionie szóstkami. Ja maszerowałam w pierwszym szeregu obok Teresy Nowak, Danuty Straszyńskiej, Grażyny Rabsztyn i Ireny Szewińskiej. Dla mnie Irena była ideałem i każde jej słowo skwapliwie notowałam w głowie. Łzy cisnęły mi się do oczu, byłam wzruszona do granic. Zamarło mi serce, gdy zapalano płomień olimpijski. Niesamowite przeżycie, którego nie zapomnę do końca życia.

O otwarciu igrzysk należało jak najszybciej zapomnieć. Na refleksje nie było czasu, bo dzień startu zbliżał się nieubłagalnie. Tor kajakowy był w Augsburgu, świetnie znany naszej olimpijce. Po próbnym przejeździe skrupulatnie analizowała spiętrzenia wody, gdzie jest szybszy nurt, gdzie zawraca, jak pokonywać bramki.

- Czułam, że nie jest tak, jak być powinno – przyznaje. - Kontuzje nie pozwoliły mi na stuprocentowe przygotowanie. Pozornie wydawało się, że wszystko jest OK, ale ja czułam coś innego. Wiedziałam, że popełniłam dużo błędów, podjęłam wielkie ryzyko. W maju miałam wypadek na torze. Karetka zawiozła mnie, półprzytomną, do kliniki neurologicznej w Augsburgu. Spędziłam w niej dziesięć dni na intensywnej terapii. Marzenie o starcie olimpijskim pękło jak bańka mydlana. Diagnoza nic dobrego nie wróżyła. Z medycznego punktu widzenia, nie wyrażano zgody na treningi. Ja się jednak nie poddawałam. Zrobiłam wszystko, co było w mojej mocy, aby podjąć treningi. Bóle głowy się nasilały, ale ukrywałam je, gdyż zdawałam sobie sprawę, że może mnie ominąć życiowa szansa, która nigdy więcej może się nie powtórzyć. Podjęłam ogromne ryzyko i decyzję: „leczyć będę się po igrzyskach”.

Krok od medalu
Dzień zawodów był pochmurny, ale… - Lubię takie dni, bo człowiek nie rozkleja się na słońcu – przekonuje. - Na kajaku naklejono mi numer startowy 321. Była to trzecia konkurencja startowa, a wystartowałam jako 21. Pomyślałam: „ doby omen, gdyż numer 321 miał też mój chrzestny ojciec Jan Biel na łodziach w przełomie Dunajca”.

Nadszedł moment startu. Zawodniczki znały się ze wspólnych startów. Każda z nich wiedziała o ich mocnych stronach i dyspozycji z ostatnich dni. Każda też zdawała sobie sprawę, że każdy błąd, ominięcie bramki wyeliminuje ją z walki o zaszczyty. W gronie do medalu wymieniano też naszą Marię Ćwiertniewicz.

„ Początek zmagań był pasjonujący. Faworytki Bahmann i Grothaus „zarabiają” po 80 i 170 punktów karnych. Po tym przejeździe czołową lokatę zajmuje Magdalena Wunderlich, a tłumy widzów po prostu wyją z zachwytu, widząc przedsmak zwycięstwa. Nasza Marysia uzyskuje 100 punktów karnych, lecz dzięki szybkiemu przejazdowi zajmuje trzecią pozycję… W drugim przejeździe zawodniczki rzucają wszystko na jedną kartę. Na tablicy świetlnej, pokazującej aktualne wyniki sześciu najlepszych, stale figurują nazwiska naszych dziewcząt ( ta druga to Kinga Godawska – przyp. SL). Jako ósma z kolei startuje zawodniczka NRD, aktualna mistrzyni świata Angelika Bahmann. Jedzie niezwykle szybko i dynamicznie, i choć w sumie ma 60 punktów karnych, jednak z ogólną notą 364,50 pkt. wychodzi na pierwszą pozycję, której nie odda już do końca. Dla nas ciągle jest jeszcze szansa na medal. Gisela Grothaus, która w przekroju całego sezonu wykazywała się najlepszą formą, nie daje za wygraną. Jedzie bardzo dobrze i oto widzimy jej nazwisko na drugiej pozycji. Burza oklasków towarzyszy przejazdowi naszej Marysi. To było coś fantastycznego. W połowie przejazdu tablica elektroniczna wskazuje, że ma nie tylko dobry czas przejazdu, ale popełnia mało błędów. Tylko 30 karnych punktów. Czyżby medal? Po wzięciu bramki numer 25 nasza zawodniczka zbyt krótko przymierza się do bramki 26, ominęła ją i musiała podchodzić pod prąd. Niestety zamiar nie wyszedł i strata 50 punktów. Na kolejnej bramce 27 znów 10 punktów straty. Tak więc skończył się sen o srebrnym medalu, lecz pozostaje przekonanie, że na najbliższych mistrzostwach świata medal ten zawiśnie na szyi tej dzielnej i ambitnej zawodniczki, której od kajakarstwa nie mogły odstraszyć ani kontuzje, ani inne niemiłe przygody na wodzie” – relacjonowała prasa.

Chorąży polskiej ekipy
Na torze olimpijskim w Augsburgu w jedynkach kobiet Maria Ćwiertniewicz otarła się o brąz. Nie zawisł na jej szyi po proteście ekipy RFN, ale brak medalu powetowała sobie w mistrzostwach świata. Za rok w rewanżu, na mistrzostwach świata w Szwajcarii, rozwiązał się worek z medalami. Złoto–srebrno–brązowa seria trwała do lat osiemdziesiątych. Marysia Ćwiertniewicz została bezkonkurencyjną królową górskich slalomów - pisał trener Kazimierz Kuropeska,współtwórca jej sukcesow.

- Do mistrzostw świata w 1975 roku przygotowywałam się solidnie –  wspomnienia. - Był to mój trzeci czempionat globu. Z pierwszego wróciłam z dziesiątym miejscem w regatach indywidualnych (Merano 1971), dwa lata później w Motathall wywalczyłam wicemistrzostwo świata, mimo iż przygotowania były bardzo krótkie. To efekt jazdy na nartach slalomowych. Miałam upadek, który zakończył się złamaniem nogi w kostce. Doszło do niego trzeciego lutego. Nogę trzeba było zoperować w Warszawie. Ośmiotygodniowy opatrunek gipsowy utrudniał mi pływanie. Sen o starcie w mistrzostwach znacznie się oddalił. Z początkiem maja podjęłam decyzję o przygotowaniach do imprezy sezonu, co ucieszyło trenera Antonina Kurcza. Nie było łatwo, ale stwierdziłam, iż nie można oddać walkowerem imprezy. Starty poprzedzające mistrzostwa bardzo mnie mobilizowały. Już w Tacen zdobyłam wysokie miejsce na podium. Zaczęłam marzyć, o medalu. „Olimpijski przeszedł mi koło nosa, to trzeba tu powalczyć” – pomyślałam. Byłam bardzo dumna, że na otwarcie czempionatu mogłam nieść polską flagę. Wicemistrzostwo świata było dla mnie dużym sukcesem, zważywszy na kłopoty zdrowotne, z jakimi się borykałam. Było to najlepsze miejsce indywidualne wywalczone przez polską zawodniczkę w mistrzostwach świata. Oczywiście, że było to zadośćuczynienie za tyle lat trudu, który włożyłam wspólnie z trenerami Bronisławem Warusiem, Wojciechem Piecykiem i Antonim Kurczem.

„Ja wam jeszcze pokażę”
Czempionat w 1975 roku rozegrano na torze w Skopje. - Znałam go, jak własną kieszeń - opowiada. - Tu kilkakrotnie trenowaliśmy w marcu na rozpływaniu. Przed samym startem dostałam propozycję, aby wystartować na kajaku ,,Letmanna”, nowy model. Przyznam, że było to wielkie ryzyko. Decydując się na start w nowym sprzęcie, postawiłam wszystko na jedną kartę. Próbny przejazd był dosyć udany, mimo że nie obeszło się bez błędów spowodowanych nieopływaniem kajaka. Decyzja już jednak zapadła i jej nie zmieniłam. W Skopje również przypadł mi zaszczyt bycia chorążym polskiej ekipy. Niosłam bardzo dumnie wielką biało - czerwoną flagę, a była bardzo ciężka. Wywijałam nią bardzo wysoko, po to żeby wszyscy widzieli Polską reprezentację. No i widzieli, przez następne kilka dni bardzo często na podium. Pierwszy mój przejazd nie należał do udanych, gdyż nie miałam wyczucia kajaka. Zastukałam i rozhuśtałam paliki na 80 punktów karnych. Nie spodziewałam się, że trener będzie zadowolony. Była przerwa, obiad, krótki wypoczynek w hotelu. Unikałam zbędnych dyskusji. Nikt i tak już nie wierzył we mnie, że poprawię wynik, oczywiście poza mną. Postawiałam znów wszystko na jedną kartę. Na start wyruszyłam ze złością w brzuchu. Powtarzałam sobie „ ja wam jeszcze pokaże”. Jakby nie było dosyć tych przeciwności losu, już na kilka minut przed startem do drugiego przejazdu, poziom wody zaczął się zmieniać. Jestem gotowa do przejazdu, a tu… przerwano start na regulację wody. Przerwa trwała 30 – 40 minut, a dla mnie była to wieczność. Wycofałam się, zaczęłam wolno wiosłować i modlić się. Wszystko wyprosiłam, co mi na myśl przyszło. Następnie klatka, po klatce odtwarzałam wydarzenia jak na filmie. Tyle lat wyrzeczeń i ciężkiej pracy i to wszystko miałoby pójść na marne? O nie – pomyślałam.

Na zaporze regulacja wody nadal się wydłużała, aż wreszcie nadszedł komunikat, by przygotować się do startu.

- Nerwy miałam na wodzy, ale trener i reszta reprezentacji bardzo się denerwowali - kontynuuje opowieść. - Nastąpiło odliczanie 5, 4, 3, 2, 1 - START. Teraz wszystko było w moich rękach. Wystartowałam dynamicznie płynnie i czysto. Szatan wstąpił we mnie na 16 bramce. Dotknęłam wewnętrzną cześć palika niemal przed nosem zobaczyłam tabliczkę z cyfrą 10. Tyle złapałam punktów karnych. Nie było już szans na jakiekolwiek kalkulacje. Trzeba było spiąć się na maksa, zaryzykować. Przyspieszyłam i na trudnym trawersie wpłynęłam za szybko do bramki. Włączyłam wsteczny. Nikt tego tyłem nie zrobił poza mną. Poszłam jak strzała przez następne bramki do mety. Na tablicy świetlnej zobaczyłam swoje nazwisko na pierwszym miejscu. Na radość było za wcześnie, gdyż za mną jechały kolejne rywalki, lepsze ode mnie po pierwszym przejeździe - Angelika Bahmann i Ulrike Deppe. Popłynęłam na drugi brzeg i nie wysiadałam z kajaka. Nagle spiker ogłosił, że jestem mistrzynią świata. Wysiadłam z kajaka i pobiegłam na górkę. Usiadłam i płakałam ze szczęścia. Siedziałam tak około 30 minut. Z drugiego brzegu nawoływali zawodnicy, którzy chcieli mi pogratulować. Pomyślałam: „ skoro nie wierzyli we mnie po pierwszym przejeździe, to niech sobie poczekają”. Było wiele gratulacji i nadal nie dochodziło do mnie, że jestem najlepsza na świecie.


Złote wiosło Pani Marii z 1975 roku  

Nieprzespana noc
- Czekałam na dekorację w napięciu całą noc – wspomina. - Nie zmrużyłam oka. Wstawałam, spacerowałam, nie mogąc doczekać się, kiedy złoty krążek zawiśnie na mojej szyi. Miałam powody, aby niedowierzać. W Monachium (1972) medal był w zasięgu ręki. Ale protest zespołu RFN mi go odebrał. Tym razem sytuacja się nie powtórzyła. Doczekałam się dekoracji. Stałam na podium i słuchałam Mazurka Dąbrowskiego ze złotym medalem na szyi. To co czułam nie da się słowami opisać. To po prostu trzeba przeżyć. Moja przewaga nad rywalkami była spora, wynosiła 21 sekund. Zważywszy, że osadzie Jeż - Kudlik w C2, zabrakło zaledwie 1/10 sekundy do złotego medalu. Zostałam najlepszą slalomistką na świecie. Kto pomyślałby, że dziewczyna z Krościenka nad Dunajcem rozsławi miejscowość na cały świat? Teraz, gdziekolwiek jestem, wracam ze świata do bliskiego memu sercu Krościenka i wpatruję się w nurt Dunajca. Czasami wsiadam w kajak, wtedy czuje się w swoim żywiole, uwielbiam o świcie wędrować po górach - obserwować wschód słońca na Sokolicy, coś dla ciała i duszy.

Złota Marysia, co nie boi się dzikiej wody
Nasza ekipa była skromna liczebnie, ale za to … co drugi slalomista wrócił z medalem! Cztery medale – złoty, dwa srebrne i jeden brązowy.

„ To największy sukces w historii dotychczasowych startów kajakarzy slalomistów na mistrzostwach świata. Prawdziwą furorę zrobiła Marysia Ćwiertniewicz, jedynaczka w ekipie, nowa mistrzyni świata. Dopiero po powrocie ekipy dowiedzieliśmy się więcej szczegółów z jej startu, o dramatycznej walce o złoto na „dzikiej wodzie” rzeki Treska. Slalom rozgrywany był na dystansie 800 metrów, zawodniczki miały do pokonania 30 bramek, z których każda miała jakąś pułapkę. W niektóre bramki trzeba było wjeżdżać… tyłem. Nazywane były „erkami”. Pierwszy przejazd nie udał się naszej późniejszej złotej medalistce. Znalazła się w trudnej sytuacji. Szansa na poprawę drugiej lokaty była niewielka i prawdę mówiąc nie bardzo wierzono, aby Ćwiertniewicz mogła stanąć na podium. A jednak! Początkowo Marysia płynęła spokojnie, może nawet zbyt spokojnie. „Szatan” wstąpił w nią na 16 bramce. Otóż Marysia dotknęła wewnętrznej części tyczki slalomowej. Sędzią bramkowym był Polak, Tadeusz Tumidajski. Z bólem serca zasygnalizował przekroczenie regulaminu i Marysia opowiadała po zawodach, że jak zobaczyła niemal przed nosem żółtą kartkę (sygnał o 10 punktach karnych), to postawiła już wszystko na jedną kartę. O wspaniałym wyczynie Ćwiertniewicz świadczy też fakt, że nad drugą zawodniczką uzyskała ponad 20 punktów przewagi. To bardzo dużo, zważywszy, że np. nasi kanadyjkarze Kudlik i Jeż przegrali z parą NRD zaledwie o 1,12 pkt. Naszym kanadyjkarzom złoto uciekło dosłownie sprzed nosa, zresztą przyczynili się do tego sędziowie, którzy zdaniem bezstronnych obserwatorów niesłusznie zaliczyli naszej dwójce 10 pkt. karnych. Wróćmy do „złotej Marysi, co nie boi się dzikiej wody”. W tym określeniu nie ma żadnej przesady. Kajakarstwo górskie jest sportem ludzi odważnych. Rwące, górskie rzeki najeżone są skalnymi głazami i zetknięcie się z nimi nie należy do przyjemności. Łatwo też o wywrotkę. Przekonała się o tym Ćwiertniewicz. Niebezpieczna wywrotkę miała kilka lat temu w Zwickau, przed olimpijskim slalomem w Augsburgu historia się powtórzyła. Musiała kilka dni spędzić w szpitalu.” – pisało „Tempo”.

MARIA ĆWIERTNIEWICZ - NOTHNAGEL - ur. 18 sierpnia 1952 roku. Kajakarka górska. Zawodniczka Pienin Szczawnica (1965-1980) i Sokolicy Krościenko.(1980-1981) Uczestniczka Igrzysk Olimpijskich w Monachium 1972. 2-krotna medalistka mistrzostw świata w slalomie w kajakowych jedynkach (K-1): złota w Skopje 1975, srebrna w Muotathal 1973. 2-krotna finalistka mistrzostw globu: w 1971 ( Merano) 5 miejsce w K-1x3 slalom; 1973 (Muotathal) 6 miejsce w K-1x3 slalom; 1 miejsce w Pucharze Europy slalom-zjazd (74). 8-krotna mistrzyni Polski w K-1 zjazd, 18-krotna w K-1 slalom i K-1x3 slalom w latach 1966 –1980. Uprawiała także narciarstwo. Mieszka w Wiedniu.

Stefan Leśniowski

Reklama

Komentarze





reklama