09.06.2012 | Czytano: 1386

Charakteru nie da się wyćwiczyć

65 – krotny reprezentant kraju, uczestnik pięciu turniejów o mistrzostwo świata, tyleż razy sięgał po koronę mistrza Polski, zdobywca Pucharu Interligi i dwukrotny zdobywca Pucharu Polski - Zbigniew Podlipni. Po zakończeniu kariery rozpoczął pracę szkoleniową. Od razu został rzucony na podminowany teren. Poprowadzi drużynę kobiet w ekstralidze.

Wielu szkoleniowców, którzy pracowali, bądź pracują z kobietami, twierdzi, że to bomba z opóźnionym zapłonem. On jednak nigdy nie bał się ryzyka. Na tafli był wojownikiem, więc i z kobietami powinien sobie poradzić. Przypomina się kibicom w swoim abecadle.

A – jak Agiejkin
Kawał grajka. Takiego jeszcze w naszym ligowym hokeju nie było i zapewne długo jeszcze nie będzie. Jedyny mistrz świata w polskiej lidze. Grał w „sbornej” z takimi tuzami jak Andriej Chomutow i Wiaczesław Bykow. Byłem młody i od takich zawodników jak Siergiej czy Jewgienij Semierak, który razem z nim grał w Podhalu, można było dużo się nauczyć. Czerpać hokejową wiedzę garściami. Wtedy jednak do naszej ligi trafiali dobrzy zagraniczni hokeiści, którzy dużo dobrego wnosili do rozgrywek. Toteż liga stała na zdecydowanie wyższym poziomie. Wiem co mówię, bo występowałem z dwoma pokoleniami hokeistów. Przed takimi zawodnikami rywalom trzęsły się łydki. To nie to, co teraz. Szkoda, że „Agieja” tak szybko nas opuścił. Zmarł na zawał serca w wieku 38 lat.

B – jak bracia
Tylko w jednym sezonie się zdarzyło, iż graliśmy w jednym zespole. Piotrek, straszy z braci, przez wiele lat był kapitanem zespołu, wielki autorytet, twarda ręka, porządny chłop. Za Piotrka, to był inny hokejowy świat. Mogę coś na ten temat powiedzieć, bo liznąłem tamtych czasów. U schyłku kariery grałem też z młodym pokoleniem hokeistów. To jak niebo i ziemia. Nie ta klasa, kolosalna różnica na korzyść tamtego pokolenia. Tomek z kolei był najmłodszy, wcześniej zakończył karierę. Może nawet za wcześnie, ale wybrał inny sposób na życie. Poświecił się nauce. Nie mógł pogodzić studiów z profesjonalnym uprawianiem sportu.

B – jak Bulas
Praca z trenerem Tadeuszem Bulasem miała swój urok. Świetny od przygotowania letniego. O tej porze roku trenowało się bardzo ciężko. Zwykł mawiać: „jak nie rabotajesz, to nie kuszajesz”. U niego była hierarchia w drużynie. Należałem do tych młodych, ale wspominam go miło, mimo, iż raz musiałem w łyżwach z boksu uciekać na trybuny. Twarda ręka, wymagający trener. Nie bałem się ciężkiej pracy.

C – jak Cracovia
Miło wspominam pobyt pod Wawelem. Po kilku latach trudnej sytuacji z Podhalu, życie zmusiło mnie do przeprowadzki, do zmiany barw klubowych. Trafiłem, moim zdaniem, do pierwszego profesjonalnie zarządzającego klubu. Poukładane wszystko od A do Z. Fajna współpraca. Występowałem w Cracovii tylko jeden sezon, chociaż miałem propozycję przedłużenia kontraktu. Problemy osobiste i mieszkaniowe zmusiły mnie do zmiany klimatu.

D – jak drużyna narodowa
Dużo uników robiłem przed grą w reprezentacji kraju, nie zawsze z mojego powodu. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodziło o pieniądze. Zawsze były problemy z wyjazdem na kadrę. Były zakazy z klubu, że jeśli pojedziemy na zgrupowanie reprezentacji, to nie dostaniemy wypłat. Były konflikty między trenerami, a Wiktorem Pyszem. Z perspektywy czasu żałuję, że tylko w pięciu mistrzostwach świata brałem udział.

E – jak Ewald
Łotysz Ewald Grabowski był tytanem pracy. Wykonał w Nowym Targu kawał dobrej roboty. Przy nim wypłynęli na szerokie wody młodzi zawodnicy, w tym ja. On natchnął nas wiarą. Mile go wspominam. Kawał kozaka jako trener, ale jako człowiek, już mam do niego wiele zastrzeżeń. Typowy ruski dryl, wtrącanie się w prywatne sprawy i wyciąganie je na światło dzienne. Publicznie prał wszystkie brudy. Nie mogliśmy łączyć życia prywatnego z zawodowym. Był to jednak najlepszy trener z jakim pracowałem.

F – jak film
Film i multimedia to moje hobby. Zawsze miałem najnowsze filmy na dyskach. Moja filmoteka była bardzo bogata, liczyła pond 600 kaset i płyt. To ogrom, na prywatne i wtedy pirackie zbiory. Dbałem o to, by w autobusie, w drodze na mecz, spędzić czas przy najnowszej produkcji filmowej.

G – jak głupia rzecz, którą w życiu zrobiłem
Najgłupszą rzecz zrobiłem w Katowicach i żałować tego będę do końca życia. Nie będę jej szerzej komentował. Mogę tylko powiedzieć, że nie ma nic wspólnego z hokejem.

H – jak hokej
Bardzo ważny rozdział w moim życiu. Hokej wychowuje, zwłaszcza, gdy trafi się na świetnego trenera pedagoga. Ten sport dużo mi dał, wyrobił charakter. Nie każdy nadaje się, by zostać hokeistom.

I- jak Interliga
Wygraliśmy ją w 2004 roku. Kapitalna przygoda i szkoda, że nie była kontynuowana przez polskie kluby. Teraz to widać, bo kraje, z którymi się wtedy potykaliśmy i je ogrywaliśmy, dzisiaj nam uciekły. My natomiast kisimy się we własnym sosie, obniżając loty. Zderzyliśmy się wtedy z innym hokejem, bardzo twardym. Odczułem to na własnej skórze, tracąc zęby. Muszę przyznać, iż rozgrywki niezbyt dobrze były przemyślane przez nasze polskie władze. Wyjazdy kolidowały z rodzimą ligą. Jeśli wtedy wszystkie sprawy z nią związane były poukładane, to może byłaby kontynuowana. Byłaby super korzyść dla naszego hokeja. Ci, którzy w niej grają nadal zrobili ogromne postępy. Drużyny narodowe zdecydowanie nas wyprzedziły, a zawodnicy z tych krajów grają w mocnych europejskich ligach, a nawet w NHL i KHL.

K – jak Katowice
Temat rzeka. Występowałem GKS-ie trzy sezony. Mieliśmy dobry zespół i dlatego żałuję, że nie zdobyłem z tym klubem mistrzostwa kraju. A było tak blisko. Był niemal na wyciągnięcie ręki. Trenował nas wspaniały człowiek, Janek Novotny, supercoach. Takim coachem chciałbym zostać. Uczestniczył w treningach w sprzęcie, grał z nami. Podobało mi się jego podejście do zawodników. Współgrał z nami i wyciągał wnioski.

L – jak lubię to
Lubię być zdrowy, bo często odzywają się urazy z hokejowych lat. Lubię się uśmiechać, nie lubię narzekać.

Ł – jak łzy
Jestem wrażliwym chłopakiem i często płaczę. Są filmy, które wyciskają mi łzy z oczu. W sporcie też się wzruszam i nie tylko swoimi osiągnięciami. Płaczą mega gwiazdy sportu. Piłkarze w Lidze Mistrzów zarabiają kolosalne pieniądze i nie wstydzą się łez szczęścia, czy też po przegranym meczu.

M – jak „Mrajcek”
Starszy brat wymyślił mi tą ksywę. Często płakałem i z tego wyszła.

N – jak nominacja na trenera kobiet
Pełne zaskoczenie. Wyszedł z taką propozycją Andrzej Zając. Zgodziłem się, nie wiedząc, że wszystko będę musiał zaczynać od zera – uczyć dziewczęta jazdy na łyżwach, trzymania kija… Przez te półtora roku zżyłem się z dziewczętami i kiedy, po nauce jazdy, zapytałem je, czy chcą kontynuować przygodę z hokejem, usłyszałem gromkie „tak”.

O – jak obcokrajowcy
Obecnie zatrudniani nie podnoszą poziomu naszego hokeja. Wręcz przeciwnie, szkodzą mu, zamykając drogę młodym polskim talentom. Jak choćby Damianowi Kapicy. Każdy obcokrajowiec musi u nas grać, bo wydano na niego pieniądze, niezależnie jak prezentuje się na tafli. Nieraz nawet grzeje lawę. W ostatnich latach tylko jeden gracz z zagranicy zasługuje na występy w PLH. To Martin Vozdecky. Reszta to przeciętniacy, którzy nie mają miejsca w drużynach naszych południowych sąsiadów. Nie chcę już wracać do Agiejkina czy Semieraka. Mogę tylko powiedzieć: „to se ne vrati”.

P – jak Puchar Polski
Trzy razy uczestniczyłem w finale tej imprezy, dwa razy go zdobyłem. Za moich czasów grało się w nim tylko za… bankiet. Niechciane rozgrywki. Drużyny je odpuszczały, żeby nie narażać się na kontuzję. Ponadto rozgrywany w fatalnym terminie.

R – jak rodzina
Mam wspaniałą kochającą żonę Agatę i dwójkę dzieci. 14 – letni Rafał jest wyższy ode mnie, lepiej zbudowany i gra w hokeja. Trenuje u Roberta Szopińskiego. Nie namawiałem go, sam zdecydował. Hokej wychowuje, więc nie przeszkadzam. 17 – letnia Ania to unihokeistka, która ostatnio zakochała się w hokeju. Uczęszcza na zajęcia drużyny kobiecej, która przygotowuje się do debiutu w ekstraklasie. Jest sportsmenką całą gębą, bo uprawia niemal wszystkie sporty. Interesuje się każdą dyscypliną. Sport stawia na pierwszym miejscu, ale nauki nie zaniedbuje, dobrze się uczy.

T – jak mistrzowskie tytuły
Większość zdobyłem z Ewaldem Grabowskim. Brakuje mi mistrzowskich koron z obcymi klubami. Bardzo blisko byłem z Katowicami, a z Cracovią przegrałem w półfinale z Podhalem. Nie wykorzystałem wtedy decydującego karnego. Najlepiej smakowały dwa pierwsze tytuły. Pierwszy, bo pierwszy i dlatego, że byłem wtedy młody, a mimo to z kolegami byliśmy siłą drużyny. Nie grzaliśmy ławy, byliśmy pełnowartościowymi członkami drużyny. Drugi, bo obroniony, a obronić mistrzostwo nie jest łatwą sprawą. Wszyscy grają pod hasłem „bij mistrza”.

U – jak ulubione powiedzonko
Ulubione powiedzonka ma Dariusz Szpakowski, ja takowego nie mam.

W – jak wojownik
Tak pisano i mówiono o mnie. Być może dlatego, że w każdym meczu starałem się grać na maksa, dawałem z siebie wszystko. Padałem na lód, traciłem zęby. Hokej to dyscyplina, w której trzeba zostawić serce na lodzie. Postaram się te cechy wpoić moim podopiecznym. Na pierwszym spotkaniu powiedziałem im, że talent jest potrzebny, ale bez charakteru i serca na niewiele się zda. Tym charakterem próbowałem zawsze czymś rywala zaskoczyć. Podpatrywałem zagrania innych i próbowałem w nieskończoność powtarzać je na treningach, a potem w trakcie meczu. Charakteru nie da się wyćwiczyć, on jest bezcenny.

Z – jak Zagłębie
W tym klubie zakończyła się moja hokejowa przygoda. Mogłem zakończyć ją w macierzystym klubie, ale nie chciałem na amatorskich zasadach. Mogłem grać, ale nie za darmo. Takie nastały czasy. Dzisiaj był u mnie specjalista od bojlera i za darmo nie chciał robić. Pobyt w Sosnowcu mile wspominam. Nie zalegają mi z pieniędzmi, mosty nie są popalone. Fajne trzy lata. Zagłębie miało spore aspiracje, świetnych zawodników, pieniądze, ale czegoś zabrakło, by stanąć na najwyższym stopniu podium. Prezes Adam Bernat miał duże serce do hokeja, ale nie zawsze miał wszystko poukładane i z czasem to się mu odpłaciło.

Rozmawiał Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama