- Rozczarowanie, żal, obciach?
- Zdecydowanie rozczarowanie. Nie tak miał wyglądać miniony sezon, ale życie bywa brutalne i sprowadziło nas na ziemię. Robiliśmy wszystko, co w naszej mocy, ale dzisiaj jesteśmy mocno rozczarowani.
- Trudno wygrywać, jeśli średnia na mecz wynosi 2 gole, jak z Toruniem.
- W całym sezonie mieliśmy problem ze zdobywaniem bramek. Trudno się jednak dziwić, skoro przed sezonem zespół opuściło pięciu napastników. Tymczasem nikogo nie zatrudniono na ich miejsce.
- Może waszym problemem była głowa, a nie nogi? Może psycholog byłby ratunkiem?
- Kilka przegranych było na własne życzenie. Prowadząc daliśmy sobie wydrzeć wygraną. To dawało dużo do myślenia. Być może drużyna przyzwyczaiła się do porażek i wychodząc na taflę w głowie miała tylko jedno, by był najmniejszy wymiar kary. W swojej karierze nie spotkałem się z psychologiem. Moje pokolenie było twarde, miało góralski charakter i radziliśmy sobie ze stresami i presją bez psychologa. Głowa i nogi to naczynia połączone. Jak nie czujesz się pewnie pod względem hokejowym, przekłada się to na nerwowość. Być może młode pokolenie potrzebuje psychologa. Blokada jest mocniejsza.
- Młodzież się zmieniła od czasu, gdy ty wchodziłeś do drużyny?
- Nie ma porównania. Moje pokolenie żyło w trudnych czasach, w końcówce komunizmu. O wszystko trzeba było walczyć, ciężko pracować. Nic z nieba nie spadło. Teraz młodzież ma wszystko podane jak na tacy. Może w tym jest sedno niepowodzeń.
- Po porażkach wasza szatnia przypominała kółko dyskusyjne, czy może różańcowe?
- Nie chcę, żeby to co działo się w szatni poszło w eter. Mogę tylko powiedzieć, że każdy mecz był analizowany.
- Spadek to katastrofa?
- Oczywiście, że katastrofa. Sytuacja organizacyjna nie sprzyjała temu, by wszystko należycie funkcjonowało.
- Może nie doszłoby do katastrofy, gdyby pozostał Kelly Czuy?
- Nie spodziewałem się, że wykręci taki numer. Gdybym wiedział, jakie ma zamiary, to tak łatwo nie wyjechałby. Spakował się w kilka godzin, będąc jeszcze na wieczornym treningu. Mam żal do chłopaków, którzy o tym wiedzieli i mnie nie poinformowali. Byłbym w stanie przekonać go, by dokończył sezon. Podjąłem decyzję o pozostaniu w Podhalu, bo w sierpniu w rozmowie telefonicznej zapewniał mnie, iż będzie grał dla Nowego Targu. Jak zaczął się play off dzwoniłem do niego, namawiałem go do powrotu. Wszystkie warunki, jakie przedstawił były spełnione. Zebrane pieniądze miały być przechowane u mnie, by miał pewność, że są i je dostanie. Później zaczął szukać wymówek. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że taki ruch od dawna planował. Gdyby był w drużynie, to nasza gra inaczej wyglądałaby. Po tym co zrobił morale drużyny jeszcze bardziej siadło.
- Wierzysz w odbudowę drużyny, klubu?
- Jest mnóstwo niewiadomych. Kibice wywieszali transparenty i teraz się okaże czy była to manifestacja, by dowalić zarządowi, czy pomóc, by sprawy poszły w dobrym kierunku. W najbliższych dniach przekonamy się czy znajdą się ludzie, którzy będą w stanie postawić klub na nogi.
- Będąc kibicem kupiłbyś bilet na pierwszą ligę?
- Nie jest pewne czy Podhale zagra w pierwszej lidze. Jeżeli klub nie spłaci długów, to nie otrzyma licencji. Nie liczyłbym na to, że zawodnicy zrezygnują z należnych im pieniędzy. Padło wiele słów, deklaracji, by nam pomóc, ale jak na razie nie ma żadnych konkretów. Broń Boże nie chciałbym nikogo posądzać o złą wolę. Pożyjemy, zobaczymy, tylko, że czas nie stoi w miejscu. Pędzi do przodu w zawrotnym tempie i trzeba się spieszyć.
- Korciło cię, tak po męsku, żeby dać komuś w mordę?
- Staram się odcinać od takich rzeczy. W hokeju po męsku zachowujesz się wtedy, gdy wygrywasz. Gdybym był bokserem, może miałbym ochotę się wyżyć. Jest mi przykro, że dożyłem takich czasów. Podczas mojej długiej kariery nawet myśl mi przez głowę nie przeszła, że dojdzie do takiego scenariusza, jaki wydarzył się 14 marca. Teraz wszyscy wieszają psy na trenerze, a on jest najmniej winny.










