Gdy przed trzema laty przejmowali stery zasłużonego dla polskiego hokeja klubu, obiecywali, że będzie nowocześnie zarządzaną firmą, z perspektywami na rozwój. Poprzednikom zarzucali, iż księgowa jest pod Wawelem, a powinna być „pod nosem”. Że brak przejrzystości w działaniach stowarzyszenia, że poprzednicy za „friko” oddawali Wojasowi zawodników, a powinni brać za nich haracz, tak jak od innych klubów. Mało tego stwierdzili, że mają bogatszego sponsora niż Wojas.
Już po kilku miesiącach okazało się, że była to kiełbasa wyborcza. Księgowa nadal funkcjonuje pod Wawelem, a wgląd do dokumentów jedynego z członków Komisji Rewizyjnej, który nie kugluje z zarządem, jest od października niemożliwy. – Nie mogę się doprosić – mówi Jerzy Ossowski. To jest ta przejrzystość.
Szejk z kasą też nie dotarł na Parkową. Bo nie mógł, skoro wszystkich wokoło się obrzuciło błotem. Przed ludźmi, którzy przez lata, w trudnych momentach, pomagali klubowi, pozamykano drzwi. Spalono wszystkie mosty. Obrażono też środowisko dziennikarskie. Konferencje prasowe przeradzały się w kłótnie, tupania nogą i pouczanie, co powinno się pisać. Prowadzone w żenującym stylu.
Nie każdy musi być działaczem. Jeśli się chłopie nie nadajesz, nie pchaj się na stołek. Problem w tym, że na ten stołek ktoś tych delikwentów wepchał. Oto macie prezesa i zarząd takiego, jakiego chcieliście, wprowadzonego na salony przez nieżyjącego już jednego z największych fanów Podhala. Tylko dlaczego tak nas to teraz zaskakuje? Zatrudniliśmy koni do baletu i się dziwimy, że ani jeden z nich nie tańczy jak Barysznikow.
Tekst Stefan Leśniowski
Zarząd MMKS wreszcie podał datę „walnego”. Odbędzie się 18 kwietnia (godz. 18).










