19.03.2012 | Czytano: 1188

Cudze chwalicie, swego nie znacie

Nowotarska szkoła hokeja triumfowała. Marek Ziętara jest trzecim polskim trenerem ( Wojciech Matczak – 2005 i Wiktor Pysz – 2007), który w XXI wieku doprowadził zespół do mistrzowskiej korony. W pozostałych przypadkach patent na koronę mieli zagraniczni trenerzy.

Cudze chwalicie, swego nie znacie. Sami nie wiecie, co posiadacie – można powiedzieć. Tym bardziej, iż wielu starszych polskich trenerów twierdzi, iż upadek polskiego hokeja zaczął się od momentu sprowadzania słowackich trenerów. Wcześniej rosyjska szkoła przynosiła lepsze wyniki. Ziętara jest przykładem, że można zaufać Polakom, szczególnie młodszemu pokoleniu trenerskiemu, które jest chłonne wiedzy i ma duże ambicje.

To drugie mistrzostwo Polski Ziętary, ale pierwsze samodzielne. W 2010 roku był asystentem Milana Jančuški, gdy Podhale stawało na najwyższym stopniu podium.

– Marek wykonał katorżniczą pracę, spędzając mnóstwo godzin przed aparaturą wideo, by analizować rywali – chwalił go wówczas Milan Jančuška.

Od razu okrzyknięto go bankiem informacji. – Taka była moja rola w tym duecie – wspomina. - Nie chciałem, by rola asystenta sprowadzała się jedynie do zapisywania statystyk, a była ukierunkowana na bardziej ambitniejsze zajęcie. W trakcie meczu obserwowałem przeciwnika, jakie rozwiązania taktyczne stosuje, jakimi wariantami rozgrywa przewagi.

Wypracowana taktyka triumfowała w obu finałach play off. Kompletnie wyłączyła z gry najmocniejsze ogniwo „Pasów” Leszka Laszkiewicza.

- Już w sezonie zasadniczym zrodziła się koncepcja wyeliminowania „Laszki”, a w konsekwencji pierwszej piątki, siły napędowej krakowian – wyjawia Marek Ziętara.

- Bardzo skromny chłopak – mówi o nim Józef Sięka, starszy kolega po fachu, którego poznał we Włoszech. – Starał się chłonąć wiedzę, często dopytując się o różnego rodzaju niuanse. Każdego potrafił wysłuchać. Nie wywyższał się.

Pracę Marka obserwuję od momentu, kiedy był szkoleniowcem SMS w Nowym Targu. Już wtedy obłożony był książkami, wykresami. Godzinami analizował grę, układał trening. Pracował z sercem, nie tylko od godziny do godziny. Wiele godzin spędziliśmy na wymianę poglądów, na rozmowach o hokeju pod „jedynką”.” Nie obrażał się na krytykę. – Ona tylko pomaga, rzuca inne spojrzenie na to, co robię. Nie zawsze się można z nią zgodzić, lecz w wielu przypadkach pomogła w zdiagnozowaniu sytuacji w zespole – wyjawia.

Gdy został asystentem Jančuški zmieniło się podejście do młodych zawodników. Obserwował ich, dzielił się z nimi swoją wiedzą i namówił szefa, by postawił na młodzież.

- MMKS miał mnóstwo zawodników utalentowanych – wspomina. - Wystarczyło tylko spojrzeć na zwycięzców kategorii młodzieżowych. Młodzi dostali możliwość trenowania z nami, a później szanse gry. Reszta była w ich rękach i... złapali „byka za rogi”. Wielu z nich odegrało znaczące role w finale play off.

Wszystkich obserwatorów treningów Podhala uderzyło, że 15 – 20 minut po treningu Ziętara zostawał z młodymi i tłumaczył im jak mają zachowywać się w danej sytuacji, jak mają doskonalić poszczególne elementy - techniki kija, strzału, ustawienia na lodzie, uczył wygrywania bulików. Stworzył drużynę perspektywiczną.

- Ona jest zdolna sięgać po najwyższe trofea w najbliższych kilku latach – mówił wtedy, ale chyba sam nie przypuszczał, że będą zdobywać laury… dla Sanoka.

On oraz Krystian Dziubiński, Tomasz Malasiński, Dariusz Gruszka, Krzysztof Zapała i Marcin Kolusz 14 marca byli w siódmym niebie po pokonaniu „Pasów”, a w tym czasie młodsi koledzy z Podhala żegnali się z ekstraklasą. – Jestem w szoku. Tak czarnego scenariusza dla Podhala nie zakładałem – mówi.

Stefan Leśniowski

Komentarze







reklama