30.09.2011 | Czytano: 1138

Tak krawiec kraje....

Z Jackiem Szopińskim, trenerem hokeistów Podhala Nowy Targ, rozmawia Stefan Leśniowski.

- Siedem porażek i jedno zwycięstwo, to najgorszy start w historii „Szarotek”. Rzut okiem na tabelę nie powoduje u ciebie bezsennych nocy?
- Tabela pokazuje okrutną rzeczywistość i zgodzę się, że noce są trudne. Nie tak wyobrażałem sobie ligowy start, mimo iż drużyna została mocno osłabiona w porównaniu z poprzednim sezonem. Liczyłem, że będzie to zdecydowanie lepiej wyglądało. Niektóre mecze to potwierdziły. Graliśmy nieźle, ale brakowało nam szczęścia. Chociażby jednego punktu, który był na wyciągnięcie ręki.

- Zdarza ci się, że mecz rozgrywasz jeszcze we śnie?
- Zawsze jest analiza meczu, a później samoczynnie rozgrywany jest we śnie.

- Znalazłeś przyczynę niepowodzeń?
- Na własne życzenie wpadliśmy w dołek. Przez to, że przegraliśmy mecze, w których powinniśmy zdobyć punkty. Doszła fatalna postawa z Cracovią, która zaaplikowała nam dziesięć goli. To jeszcze bardziej wpłynęło ujemnie na zespół. Wydawało się, że po wygranej z Sosnowcem, drużyna się pozbiera, a tymczasem w Sanoku mieliśmy powtórkę z „rozrywki”. Pierwsza tercja nie zapowiadała takiego scenariusza. Była wyrównana, a przegraliśmy ją 0:4. Wszyscy zawodnicy zawiedli. Głowy przestały pracować i przeciwnik robił z nami, co żywnie zapragnął. Jego potencjał, przynajmniej na papierze, jest trzy razy większy niż mojego zespołu. Pracuję nad tym, by zawodnicy uwierzyli w siebie, że potrafią grać w hokeja. Są trochę gorsi technicznie i fizycznie, ale te braki muszą nadrabiać ambicją, sercem, charakterem i poświęceniem. Wtedy mecze nie będą kończyły się takimi rezultatami jak w Krakowie czy Sanoku. Dalej uważam, że w naszej lidze można z każdym wygrać. Trzeba tylko tego chcieć, mieć wiarę w zwycięstwo. Mam młodą drużynę, niedoświadczoną, a przy tym pozbawioną liderów. Najlepsi z tego pokolenia hokeistów rozeszli się po innych klubach. Stworzyła się szansa dla innych, którzy mogą przejąć po nich pałeczkę i stać się liderami. Wszystko zależy od ich samych. Muszą jednak zmienić mentalność. Nawet cudotwórca nic nie zmieni, jeśli sam zawodnik nie będzie tego chciał.

- Nazajutrz po meczu z Sanokiem poranny trening znacznie się opóźnił. Trwały męskie rozmowy?
- Były w środę, a także w czwartek. Nie sposób przejść obojętnie do tego, co się wydarzyło w Sanoku. Nie można tego inaczej nazwać jak wielkim wstydem. Ten mecz i jego rezultat dla mnie, i myślę, że także dla zawodników, jest bardzo wstydliwy.

- To najtrudniejszy okres w twojej szkoleniowej karierze?
- Bezwątpienia. Tak jednak krawiec kraje jak mu materii staje. Na wychowankach opieramy skład, w dodatku ci najbardziej utalentowani grają dla innych klubów.

- Nie uważasz, że byłeś mało stanowczy w rozmowach z zarządem. Nie wywierałeś na nim presji, by mieć mocniejszy skład? By zatrzymać choćby Kolusza, D. Kapicę...?
- Nie było możliwości. W klubie się nie przelewa. Przed sezonem nie martwiliśmy się, kto będzie grał, ale czy przystąpimy do rozgrywek. To była totalna walka o przetrwanie. Trzeba się cieszyć, że ta drużyna istnieje, że Podhale nie zniknęło z hokejowej mapy. Dalej toczymy walkę o przetrwanie hokeja w Nowym Targu.

- Fachowcy twierdzią, iż zespołowi brakuje armat. Zawodnicy są słabsi fizycznie i nie potrafią podjąć walki z roślejszymi i mocniejszymi rywalami.
- Potwierdzam, że jesteśmy w lidze drużyną o najsłabszych parametrach. Jednak musimy sobie z tym radzić. Musimy podejmować walkę. Często jest tak, że chłopcy walczą, ale pewnych rzeczy nie potrafią przeskoczyć, mimo dobrze przepracowanego okresu przygotowawczego. Czują się silni fizycznie, ale... Adamek w walce z Kliczko też nie potrafił przeskoczyć pewnej bariery fizycznej. Mimo niesamowitej ambicji, pracowitości i rewelacyjnego przygotowania do walki. Kliczko, świetnie zbudowany, z długim zasięgiem rąk, nie pozwolił sobie zrobić krzywdy. My jesteśmy Adamkiem, a rywale to jak jego ukraiński rywal. My te mankamenty możemy nadrabiać tylko sprytem. Jestem przekonany, że praca, jaką wykonaliśmy w okresie przygotowawczym w końcu zaowocuje. Inne drużyny też muszą się znaleźć w kryzysie, a my wtedy pójdziemy w górę.

- Nauczyłeś się żyć ze stresem?
- Nie jest mi obcy. W tym zawodzie to normalka. Nasza praca obciążona jest ogromną presją. Muszę sobie z nią jakoś radzić.

- Uważasz się za dobrego psychologa i motywatora?
- Staram się motywować zawodników, ale sam nie będę się oceniał. Zobaczymy, co czas pokaże.

- Twoje pomeczowe rozmowy trwają bardzo długo. Są trenerzy, którzy twierdza, iż do zawodników skuteczniej docierają krótkie, a dosadne wskazówki.
- Raz są długie, innym razem krótkie. To zależy, po jakim meczu. Jeśli zagramy fatalny mecz, to staram się dłużej wyperswadować pewne sprawy, które źle wyglądały. Staram się nakreślić jak powinno się zagrać, ustawić na lodzie, w momentach, które zostały zawalone. Są też krótkie rozmówki. Szczegółowa analiza pomeczowa jest jednak dopiero w kolejnych dniach, gdy głowy ochłoną. W nerwach paść może mnóstwo krzywdzących słów. Dlatego trzeba się tego wystrzegać. Wydaje mi się, że trzeba też na gorąco kilka słów powiedzieć, wywarzonych, by bardziej utkwiły w głowach.

Komentarze







reklama