Tym bardziej, iż sympatyzuję z klubem od 1958 roku, od pierwszego historycznego medalu. Opisywałem ich największe sukcesy, a teraz muszę klęski. Najpierw z notesem w ręku, później z laptopem zajmowałem miejsce prasowe od ponad 43 lat! Jeździłem z drużyną na Puchary Europy, na mecze u rywali. Pamiętam jak w Oświęcimiu wodzirej prosił złotą rybkę (pojawił się z wiaderkiem z rybkami), by miejscowa drużyna pokonała „Szarotki”. Było to za czasów Ewalda Grabowskiego. Jego ekipa w finale play off zlała Oświęcimian 5:0 i 10:0! Pamiętam wzloty, a także bolesne upadki. Jak ten, kiedy dał się przekupić bramkarz Roman Mega i Podhale w półfinale play off odpadło z KTH.
Do dziś mam przed oczami wielkie fety z okazji mistrzostw Polski, a byłem przy wszystkich 19 tytułach. Ten pierwszy z 1966 roku pamiętam najbardziej. Otwarte lodowisko, sztuczne ognie wystrzeliwane po każdej zdobytej bramce przez Franciszka Ligasa. Niesamowitą radość tłumów. Chyba nie było człowieka w Nowym Targu, który nie brałby udziału w zwycięskiej fecie. A dzisiaj…
Co mam pisać? Dopatruję się najmniejszych dobrych rzeczy w grze drużyny, ale niestety jest ich zbyt mało. Szkoleniowcy Podhala z każdego meczu dostają pokaźną porcję materiału do przeanalizowania. Mają nad czym pracować, by wydobyć drużynę na „powierzchnię”. Mam nadzieję, że im się uda.
Tak to już jest, że straconego czasu nie da się nadrobić. Ci, którzy ze sportem mają do czynienia od święta może tego nie kumają. Jakby kumali, to nie dopuściliby do tego, by późno powołać spółkę do życia, by drużyna zaczynała treningi w sierpniu, gdy wszyscy od maja się przygotowują. Pewien okres musi być zachowany. Ktoś powie, że chłopaki sami mogli się przygotowywać, tak jak w wielkich zawodowych klubach. Tylko oni nie wiedzieli, czy będą w zawodowym klubie! Musieli parać się innym zajęciem.
Zawodnicy nie chcą przegrywać, żaden sportowiec tego nie chce. Hokej to nie piłka nożna, gdzie potentatowi można postawić autobus przez swoim polem karnym i wybijać futbolówkę w trybuny, licząc na bezbramkowy wynik lub nikłą porażkę. W hokeju takie sztuczki nie przejdą. Po pierwsze czas jest zatrzymywany, a za wybicie krążka w trybuny idzie się na 2-minutową odsiadkę. Ciągłym wybijaniem na uwolnienie też niewiele się zdziała, bo nie zawsze wygra się wznowienie. W tej dyscyplinie liczą się umiejętności, zgranie, jazda na łyżwach, technika, no i przygotowanie taktyczne. To ostanie sprawdza się tylko wtedy, gdy zespół jest przygotowany, kiedy krążek i kij nie przeszkadzają, a pomagają.
„Szarotki” w niedzielny wieczór uniknęły straty dziesięciu lub więcej goli, a pozytywem może być to, że po raz trzeci same zdobyły dwa. Także to, że potrafiły momentami postraszyć rywala, zaatakować go, wywołać panikę pod ich bramką. Szwankuje gra defensywna – straty na niebieskiej w tercji ataku, brak krycia przed własną bramką…
Panowie! Głowa w górę. Sumiennie pracować nad wyeliminowaniem błędów, a… Będzie lepiej, bo gorzej już być chyba nie może...
Stefan Leśniowski










