Podstawowym było, że jest to wychowanek w dodatku wierny barwom klubowym przez dłuższy okres czasu. Tymczasem czasy się zmieniły i w porównaniu z pokoleniem ze złotego wieku Podhala, zawodnicy nie byli zbytnio przywiązani do barw. Ci wartościowi szukali lepszego rynku pracy. Gdybyśmy przyjęli kryteria wcześniejsze, to trudno byłoby zmontować ekipę „Marzeń”. Doszliśmy do wniosku, że wybór padnie na tych co wracali, a przede wszystkim dali dużo drużynie. Przyczynili się do medalowych osiągnięć. Trudno było ominąć graczy o wielkich nazwiskach.
Zaczynamy od wyboru bramkarzy, bo – jak mówią specjaliści – dobry golkiper to 65 - 75% sukcesu drużyny. Na tej pozycji mieliśmy bogactwo golkiperów, którzy prezentowali wysoką formę. Tak naprawdę osiem było głosów i był idealny remis 2:2 na każdą z czterech nominacji. Dopiero ten dziewiąty, ostatni głos przeważył. Przykro nam, ale musieliśmy kogoś wyeliminować. Naszymi głosami nominację do „Drużyny Marzeń 90-lat” po złotym wieku uzyskali: Marek Batkiewicz i Gabriel Samolej.

Zapisali się w naszej pamięci fenomenalnymi interwencjami, które sprawiły, że uczestniczyli w igrzyskach olimpijskich i w światowych czempionatach. Popularny „Śliwa” początkowo miał problemy żołądkowe spowodowanie stresem, ale ogromny wkład w jego przeobrażenie miał Ewald Grabowski, z którym przed sezonem 1996/97 miał konflikt i przeniósł się do Cracovii. W ekstraklasie zadebiutował w wieku 16 lat. Kiedyś zapytałem go dlaczego zdecydował się zostać bramkarzem, bo powszechnie uważano, że „trzeba być szaleńcem”, by wybrać taką pozycję. Odpalił z uśmiechem: „wyglądam na szaleńca?” Był zauroczony grą na tej pozycji Pawła Łukaszki. Zapytany o cechy klasowego bramkarza, powiedział: „Pewność, refleks, dobra gra kijem na przedpolu bramki, opanowanie i pełna koncentracja przez 60 minut. Swoimi udanymi interwencjami powinien uskrzydlić zespól. Dobry bramkarz, to również ten, który potrafi wygrać mecz”.

Gabriel Samolej – to postać, którą dobrze zapamiętali Kanadyjczycy. Trudno się dziwić, skoro ich napastnikom przyprawiał ból głowy. Atakowali, zarzucali jego bramkę gradem strzałów, a „Gabryś” ze stoickim spokojem łapał krążki do potężniej łapaczki lub odbijał odbijaczką czy parkanami. Tylko jednego nie udało się zatrzymać. Po tym występie w Calgary nazwany został „Archaniołem Gabrielem”. Dwukrotnie z Podhalem zdobył tytuł mistrza kraju. Jest jednym z czterech nowotarżan, którzy trzykrotnie dostąpili zaszczytu reprezentowania kraju w igrzyskach olimpijskich.

Mamy ludzi w bramce, więc pora zmontować pierwszą piątkę. W obronie postawiliśmy na Roberta Szopińskiego i Tadeusza Puławskiego. Popularny „Olson” słynął z tego, że często parł do przodu. Był ofensywnym obrońcą. „Łamał” wszystkie przeszkody jakie stawały mu na drodze do bramki przeciwnika. Dużo widział i często jego podania z defensywy otwierały partnerom drogę do bramki. Jego prostopadłe podania robiły wrażenie.

Jego partner to walczak, imponował szybkością i sprawnością. Ofensywny obrońca. Rozpoczynał grę w seniorach w ataku z Krzysztofem Niedziółką i Januszem Hajnosem. Do obrony przesunął go trener Walenty Ziętara. W 1989 roku opuścił reprezentację młodzieżową podczas tourne po Szwajcarii i…wylądował w Niemczech. Po siedmiu miesiącach pobytu w Ratingen wrócił do kraju. „Łatwość z jaką sięgaliśmy po najwyższe trofea w lidze była poparta katorżniczą pracą, której nie da się zapomnieć. Każdy latem może ćwiczyć szybkość, siłę, ale to co na lodzie się zaprezentuje jest najważniejsze. Ewald Grabowski potrafił utrafić z formą, ustawić taktykę i przygotować nas psychicznie do zwyciężania”- mówił. Zaliczył cztery turnieje o mistrzostwo świata. „ Grałeś w reprezentacji?” – to pierwsze pytanie jakie stawiają ci w zagranicznych klubach. Jeśli powiesz, że grałeś na mistrzostwach świata, to inaczej cię postrzegają. Tak było ze mną, gdy trafiłem do Francji.

Atak to Piotr Podlipni, Jacek Szopiński i Janusz Hajnos. Ileż spotkań wgrali. Kibice mówili o nich „trzej muszkieterowie”. Piotr Podlipni - kapitan, przy trenerze Stanisławie Fryźlewiczu, a potem Ewaldzie Grabowskim, człowieku bardzo wymagającym. Tak mówił Łotysz o kapitanie: „Nie ukrywam, że ma ze mną ciężko (śmiech), ale jest to kapitan pełną gębą. Zawodnik, na którym mogę polegać w trudnych momentach, który potrafi w kluczowych momentach zmobilizować zespół, dać mu pewność siebie. Wydawałoby się, że jest bardzo spokojny, ale uwierzcie - potrafi okiełznąć zespół. A ten go słucha”. Dobry duch drużyny, potrafiący go zmobilizować w najtrudniejszych momentach.


Jacek Szopiński hokeista nietypowy, który 16 lat jeździł na lodzie w koszulce Podhala. Momentami wydawało się, że jest ociężały, że spowalnia grę, ale on tym zachowaniem zabijał czujność rywala. Nagle przyspieszył i dogrywał „gumę” idealnie partnerowi. Doskonały strateg, przegląd sytuacji, świetne zwody i doskonała technika. Po zakończeniu kariery jak tylko był potrzebny Podhalu to nie odmawiał pomocy, mimo iż na pieniądze nie mógł liczyć. Taki samarytanin. Po przegrodzie z hokejem francuskim wrócił do macierzystego klubu i…Ewald Grabowski odkurzył go dla reprezentacji. Fracha jest mu bliska, bo jak otrzymał propozycję z tego kraju, bez zastanowienia z niej skorzystał. Tylko nie jako gracz, lecz trener.
A Janusz Hajnos? 16 sezonów grał w koszulce z szarotką na piersiach. Zawodnik z ciągiem na bramkę, potrafiący wykorzystać grę w otoczeniu dobrych graczy. Nie tylko z wyżej wymienionymi, ale także z Sergiejem Agiejkinem i Jewgienijem Semierakiem. Grając z nimi wygrał klasyfikację strzelców razem z Mariuszem Puzio. Po igrzyskach olimpijskich miał propozycję gry w Szwecji, ale z niej nie skorzystał.
Rafał Sroka, Jacek Zamojski, Dariusz Łyszczarczyk, Adam Wronka i Jarosław Różański – taką drugą piątkę utworzyli nasi selekcjonerzy.

Rafał Sroka – ostatni kapitan w zespole „Szarotek”, która sięgnęła po mistrzostwo kraju. „Tylko sezon pełniłem rolę kapitana i była to piękna chwila. To był zaszczyt i duma reprezentować najlepszą drużynę w kraju. Tym bardziej, iż to koledzy z drużyny powierzyli mi to odpowiedzialne stanowisko” – mówił. Imponował mocnym i celnym strzałem oraz przeglądem sytuacji. Potracił dalekim i nieraz prostopadłym podaniem uruchomić partnera w ataku. Otworzyć mu drogę do bramki. Nie bał się mówić o tym co myślał. Często zmagał się z działaczami w imieniu zawodników. W sumie zdobył siedem złotych medali mistrzostw Polski. Dwa razy wznosił Puchar Polski nad głową. Wygrał też Interligę. Wielokrotny reprezentant kraju, olimpijczyk.

Jacek Zamojski w pewnym okresie grając w parze z Andrzejem Turtym tworzyli trudną do sforsowania linię defensywną. „Koliber”, to mały delikatny ptaszek i aż dziw, że tak nazwano twardziela o doskonałych warunkach fizycznych. Dowód? Podczas mistrzostw świata w 1995 roku rozegrał niemal cały turniej ze…złamanym palcem. Całą swoją „twórczością” sprawił, iż zainteresował się nim czołowy słowacki zespół Dukla Trenczyn. Jego strzały kilkakrotni przerywały siatkę w bramce. 15 sezonów w Podhalu. Jego olimpijska przygoda zakończyła się na…Alasce. Był tam na meczach kontrolnych przez udaniem się do Calgary. Mimo dobrej gry, trener odesłał go do domu tłumacząc ”jesteś młody, masz czas”.

.
Atak tworzą gracze z równych okresów, ale tak uznali nasi selekcjonerzy, którzy uważają, że byłby „bombowy”. Pierwszy bombę podkłada Dariusz Łyszczarczyk, który 17 sezonów rozegrał w macierzystym klubie. Filigranowy gracz, ale o wielkim sercu do gry. Nie bał się ostrych strać. Na lodzie zostawił mnóstwo potu. Był przy tym natrętny dla rywala jak osa. Potrafił uderzyć zaskakująco, a najlepiej z najazdu z prawego skrzydła. W koszykówce mówi się, że ktoś ma upatrzoną klepkę w parkiecie i z tego miejsca rzuca. On miał takie miejsce na tafli w okolicach lub w samym kole bulikowym. Po każdej zdobytej bramce cieszył się tak bardzo, że jego radość na długo wryła się w pamięć kibiców. Był typem zatwardziałego wojownika, gotowego wypruć na tafli własną duszę. W wywiadzie niżej podpisanemu powiedział: „W domu wszyscy znają się na hokeju, po każdym meczu mam czwartą tercję. O plusach nigdy nie mówią, tylko co źle zrobiłem”. Jego hokejowym idolem był Theo Fleury, podobnie jak „Łyżce” natura poskąpiła warunków fizycznych.

Na środku wstawiamy Adama Wronkę, ojciec Patryka. Efektowny napastnik o świetnym wyszkoleniu technicznym. Upodobanie do gry kombinacyjnej przekładał nad dynamikę akcji. Zarzucano mu brak silnego strzału. Nie jeździł, a płynął po lodzie. Dowodził atakiem z Ryszardem Ruchała i Tadeuszem Ryłko. Potem uprawiał hokej pod palmami. Nie żartuję, grał w Hiszpanii.

Na skrzydle najmłodszy z tej piątki – Jarosław Różański. 23 sezony w „Szarotkach”. Co by o nim nie napisać, to tak będzie mało. Jak choćby to, że jest rekordzistą pod względem rozegranych spotkań w barwach Podhala. Zapewne długo, albo w ogóle nikt nie przekroczy tysiąca tak jak on. Rekordowo długo był kapitanem zespołu. Miał cechy przywódcze. Gracz uniwersalny, mogący grać w obronie i ataku. Ten fakt wielokrotnie ratował skórę reprezentacyjnym trenerom. Gdy zostawał przesunięty do ataku, skutecznością zawstydzał napastników. Mówiono o nim łowca goli. Potrafił wziąć ciężar gry na swoje barki w najbardziej trudnym momencie dla drużyny, albo wykonywać decydującego karnego.
Kolejną formację w „naszej drużynie” tworzą: Sebastian Łabuz i Piotr Gil w defensywie, a formację atakującą – Tomasz Malasiński – Krzysztof Zapała – Zbigniew Podlipni. W wyborze troi atakującego zrobiliśmy wyjątek, bo w pewnych okresach opuścili Podhale, ale mieli udział w sporych osiągnięciach „Szarotek” – mistrzowskich tytułach.

Sebastian Łabuz – 17 sezonów w barwach Podhala. Nie wiem czy jest gracz w polskiej lidze z tak potężnym uderzeniem. Miał szczęście, że mu prędkość wystrzelonego krążka zmierzono podczas finałowego meczu o Puchar Polski z Toruniem. Wyniosła 125 km/h. Uderzenie było tak mocne, że po nim aparatura mierząca zepsuła się. Stąd nie było wiadomo czy odczyt jest prawidłowy. Potem jeszcze raz zmierzono mu prędkość lotu krążka i wyniosła 142 km/h. Gracz o wymarzonych warunkach fizycznych dla defensora. Bali się go napastnicy. Nie stronił od bójek. „Klika takich zaliczyłem” - nie krył.

Piotr Gil – solidny i odpowiedzialny obrońca. Zawsze opanowany i robiący swoją robotę. Podpora klubowej i reprezentacyjnej drużyny. Nie miał tak potężnego uderzenia spod „niebieskiej” jak jego kompan w parze, ale też potrafił zaskoczyć bramkarza. Gracz niepanikujący przed własną bramką. Nie bojący się niekonwencjonalnych zagrań, ze znakomitym przeglądem sytuacji. Zawsze cichy, nie pchający się na pierwsze strony gazet. W wypowiedziach oszczędny.

Tomasz Malasiński. Tego gracza z pewnością pamięta Leszek Laszkiewicz z finałów play off w 2010 roku. „Malaś” wyeliminował najgroźniejszą strzelbę przeciwnika. Szybki, waleczny gracz. Za namową Igora Zacharkina, ówczesnego selekcjonera drużyny narodowej, przeniósł się do Krynicy, gdzie miał powstać Dream Team. Niestety sponsor widmo się nie pojawił i trzeba było rozwiązać drużynę. Przeszedł do historii Sanoka, bo dla tego miasta zdobył pierwszy tytuł mistrza kraju. Swoją góralskość i przywiązanie do Podhala, wspólnie z pozostałymi kolegami z Nowego Targu, zaznaczył góralskim kapeluszem, który włożył na głowę podczas ceremonii dekoracji medalami. To były te same kapelusze, które w 2010 roku dostali nowotarżanie podczas odbioru złotych medali. To był trzeci jego tytuł w karierze.

Krzysztof Zapała ( 15 sezonów reprezentował „Szarotki”) poprowadzi naszą trzecią formację, niebezpieczną i bramkostrzelną. „Kazek” był taki zawadiaka, który potrafił ośmieszyć rywala, zamarkować strzał i idealnie obsłużyć swojego partnera z ataku. Świetnie operował kijem, a w sezonie 2006/07 okrzyknięty został graczem ligi. Był moment, że był na życiowym zakręcie, ale niepokorny okres minął i stał się graczem pełną gębą. Świetnie jeździł na łyżwach, aż miło było patrzeć jak porusza się po lodzie. Potrafił na metrze odjechać rywalowi i oszukać obrońcę. Przez Philipa Barskiego został potraktowany jak zawodnik, który dobija się do drużyny, a nie wielokrotny reprezentant Polski. Szkoleniowiec go skreślił za namowa prezesa Marcina Jurca. Czy tak się traktuje zasłużonych dla klubu?

Na skrzydle hasał Zbyszek Podlipni. Nie zaliczał się do ligowych gigantów. Obrońcom uciekał, bo był bardzo szybki. Hasał na skrzydle aż miło było patrzeć, robiąc przewagę w ofensywie. Dla swoich silniejszych fizycznie rywali, był natrętny jak osa. Nie bał się ich, bo miał serce wojownika. Wojownik co to nie pękał przed nikim. Ewald Grabowski ustawił go w ataku z doświadczonymi zawodnikami. Wtedy wykonywał czarną robotę. Uciekał rywalom na skrzydle i dogrywał partnerom, a ci wpisywali się na listę strzelców. Z biegiem kariery, to on wykonywał zajęcie snajpera.
Czwarta piątka utworzona została z Marcina Kolusza i Stanisława Cyrwusa w obronie oraz z Bartłomieja Neupauera, Mirosława Tomasika i Krystiana Dziubińskiego w „napaści”.

Obrona można rzec z dwóch epok. „Kolos” zaczynał grę w ataku, ale przesunięty do obrony dawał swojemu zespołowi pewność, że żadnej „patelni” rywal się nie doczekał. Nie ma go już na lodowej tafli, chociaż jego doświadczenie jeszcze przydałoby się. Jeden z dwójki wychowanków Podhala draftowany przez NHL, przez Minnesotę Wild z numerem 157. Grał w juniorach Vancouver, a po powrocie w Trzyńcu. Czescy fachowcy nominowali go do nagrody dla najlepszego debiutanta czeskiej o2.

Stanisław Cyrwus gracz o dobrych warunkach fizycznych. Na lodzie wydawało się, że porusza się flegmatycznie i zaraz odbiorą mu krążek, ale nie „Feriemu”, bo cały czas miał kontrolę nad nim. Te jego ruchy zaskakiwały przeciwnika. Kontuzja wyeliminowała go z udziału w igrzyskach olimpijskich. Zapytany dla czego nie gra w oldbojach, odparł: „Gdybym drugi raz miał wybrać, nigdy nie zostałbym hokeistą”. Ot, cały Stasiu.

Bartłomiej Neupauer – tego gościa chyba nie trzeba przedstawiać. Jeszcze w poprzednim sezonie pomagał Podhalu dotrwać do końca sezonu. Już raz zawiesił łyżwy na kołku, ale wrócił z przytupem. Zainteresowali się nim selekcjonerzy drużyny narodowej. Przebojowy gracz, grający na skrzydle, a także na środku ataku. Potrafiący oddać niesygnalizowany strzał. Nie dawał sobie w kaszę dmuchać, jak trzeba było, to podejmował rękawice przeciwnika. Jego mankament – zbyt często odwiedzał ławkę kar, nieraz za błahe przewinienie.

Dowodzić nim będzie według nas Mirosław Tomasik – 13 sezonów w klubie ze stolicy Podhala. Jego doświadczenie i dobry przegląd sytuacji, sprawiło, iż dostrzeżony został przez selekcjonerów drużyny narodowej. Wielu przyczepiało się do jego jazdy na łyżwach. Rok grał w drugoligowym klubie szwedzkim Kristianstad IK. Podczas pobytu niżej podpisanego w tym mieście, z okazji Pucharu Europy, zapytałem jaki otrzymał samochód od klubu? Ten zaskoczył mnie swoją odpowiedzią: „20 –letni wojskowy rower. To szczyt mody w Szwecji. Musiałem się na nim nauczyć jeździć, gdyż mieszkam 3 kilometry od lodowiska i był to jedyny środek lokomocji”.

Na drugie skrzydło dajemy mu Krystiana Dziubińskiego. Znowu gracza, który po zeszłym sezonie zakończył sportową karierę. Hokejowego rzemiosła uczył się za oceanem. To było widać, bo to był typowy walczak, dla którego nie było straconych krążków. Potrafił się skutecznie przedzierać przy bandzie, był nieprzyjemny dla defensorów pod bramką przeciwnika. Zdobywał ważne gole, dające zwycięstwo.
Stefan Leśniowski










