Podhale to plejada gwiazd, które przyczyniły się do tego, że klub ten jest rekordzistą pod względem ilości mistrzowskich tytułów. Rozsławili miasto, które nie szanuje tradycji. Nowy Targ wydał na świat graczy, którzy zadziwiali również na międzynarodowych taflach, wielokrotnych uczestników mistrzostw świata czy igrzysk olimpijskich. Hokeistów, którymi interesowały się kluby NHL i najlepsze w Europie, ale przez „żelazną kurtynę” nie mogli w nich zagrać. Jeśli już zagrali, to wówczas, gdy osiągali sportowy wiek emerytalny.
Wybór więc „Drużyny Marzeń” był niezwykle trudny. Trzeba było wyznaczyć kryteria. Podstawowe to wierność barwom klubowym, czyli gra dla „Szarotek” przez długi okres oraz osiągnięcia. No i najważniejszy warunek, musi być wychowankiem klubu. Ustalono, że nie będzie to jedna „Drużyna Marzeń”, lecz dwie podzielone na okresy czasowe. Na pierwszy ogień poszli gracze ze złote wieku „Szarotek”, toteż wybór, ze względu na ilość klasowych graczy, był bardzo utrudniony. No to wykładamy kawę na ławę. Uwaga! Numeracja formacji nie odgrywa roli. Mimo, iż w tym okresie trenerzy preferowali grę na trzy formacje, my budujemy zespół z czterech.
W latach 60-tych Podhale zaczynało coraz bardziej deptać po piętach etatowym mistrzom kraju Legii Warszawa i Górnikowi Katowice. Pojawiły się pierwsze powołania hokeistów z Nowego Targu do drużyny narodowej, a potem udział w mistrzostwach świata czy w igrzyskach olimpijskich. Małymi kroczkami, chociaż dzisiaj można powiedzieć, że nawet milowymi, Podhale dążyło do pierwszego tytułu mistrza kraju. „Podhale to nowy kandydat na mistrza”. „W hokeju zaczyna się coś dziać” – to tylko niektóre z nagłówki sportowych gazet.
Do bramki wstawiliśmy Stanisława Bizuba. Człowieka w czarnej plastikowej masce i niezwykle odważnego. Krążki fruwały mu koło ucha, a on je łapał jak muchy. Jego najlepszy sezon to 1968/69, kiedy swoimi kapitalnymi interwencjami przyczynił się do drugiego w historii mistrzostwa kraju dla Nowego Targu. Jego postawa została dostrzeżona przez selekcjonera drużyny narodowej i wziął go na mistrzostwa świata. To były pierwszy i ostatni światowy czempionat „Mikołaja”.
Obsada linii defensywnej napotkała na wiele przeszkód. Bo też wybór był spory. Postawiliśmy na duet Mieczysław Chmura – Stanisław Różański.
„Były spotkania, że grał za trzech. Nikt tak nie kochał Podhale jak on” – tak o Mieczysławie Chmurze mówił kumpel z drużyny, Janusz Pędzimąż. Nasz wytypowany defensor był trudny do przejścia. Wówczas obrońca miał do wykonania tylko obronne zadania. Atak swoje, obrona swoje. Z wyjątkiem służby wojskowej w Bydgoszczy wierny barwom klubowym. Początkowo grał na skrzydle, bo taka była praktyka w nowotarskim klubie. Zawodnicy młodsi musieli ganiać po skrzydłach, zaś starsi zajmowali pozycję na środku lub w obronie. Uczestnik dwóch mistrzostw świata i olimpijczyk z Cortina d’Ampezzo.
Stworzył parę defensywną z Stanisławem Różańskim. Obrońca jak skała. Rywale odbijali się od niego jak piłeczki pingpongowe. Miał przydomek „Hadzaj”. Tak to tłumaczył: „Ojciec miał gospodarstwo, a ja nie wstydziłem się jechać przez miasto z sianem, gnojem czy iść z kosą. Wypatrzyły to koleżanki i tak mnie nazwały”. W hokejowym światku powiadali o nim, że bosymi nogami mógł wbijać gwoździe – taki był twardy.

Tadeusz Kilanowicz – Kazimierz Bryniarski – Andrzej Szal – to nasz typ w formacji atakującej. Uznaliśmy, że mózgiem trio będzie popularny „Ciasteczko”. Był przykładem ekonomii w grze. Niezwykle inteligentny gracz, który mógłby być przyrównany do piłkarza Gerda Müllera. Podobnie jak ten niemiecki futbolista był sępem pod bramką. Krążek go szukał, a on potrafił wykorzystać niemal każdą dogodną okazję. Pamiętam, że po strzelonej bramce robił rundkę wokół lodowiska z ręką podniesioną do góry. Niezwykły talent obdarzony cudowną techniką i zmysłem kombinacyjnym. Strateg zespołu. Nie znał słowa „niedyspozycja”. Często podczas meczu wybity miał obojczyk, ale szybko pomagał mu wskoczyć na swoje miejsce i z powrotem kontynuować grę. Olimpijczyk, pięciokrotny uczestnik światowego czempionatu.

Tadeusz Kilanowicz, popularny „Elek”. Drugi po Kazku Bryniarskim idol Nowego Targu. Niezwykle sprawny gracz, który z wielką swobodą przeskakiwał graczy, którzy kładąc się na lodzie próbowali powstrzymać jego atak. Dzięki kapitalnej jeździe na łyżwach, sprytowi potrafił omijać bodiczki przeciwników i ataków na bandę. Co ciekawe, miał wadę serca i grał na własną odpowiedzialność. Zadziwiał wszystkich swoją dżentelmeńską postawą na lodzie. Olimpijczyk, uczestnik sześciu turniejów o mistrzostwo świata.

Na drugim skrzydle ulokowaliśmy Andrzeja Szala, jednego z najlepszych napastników lat 60-tych. Co ciekawe – nie łasił się na gole, po prostu jego techniczne umiejętności podporządkowane były drużynie. Lubił akcje koronkowe, jak krążek błyskawicznie wędrował – jak po sznureczku – od kija do kija. Rywale musieli mieć się na baczności, gdy wznowienie było w ich tercji, a „Kuba” był na lodzie. Po wygranym wznowieniu błyskawicznie uderzał i jeśli trafił w światło bramki, to golkiper przeważnie był bez szans. Olimpijczyk, dwukrotny uczestnik mistrzostw globu.

No to tych do rozpoczęcia meczu już wysłaliśmy na lodową taflę. Pora zmontować drugą formację. Po burzy mózgów ustaliliśmy, że w niej zagrają – w bramce Tadeusz Słowakiewicz, w obronie - Andrzej Iskrzycki i jego imiennik Słowakiewicz, a z przodu - Tadeusz Kacik, Józef Słowakiewicz i Walenty Ziętara.

Andrzej Iskrzycki i Jan Mrugała
„Paciana” między słupkami był jak żywe srebro. Już w ulicznych meczach zawsze stał na bramce, więc jak zapisał się do klubu, to interesowała go pozycja bramkarza. Już w wieku 13 lat założył bramkarski ekwipunek. Szybko zrobił furorę, zastępując rutyniarza Stanisława Bizuba i wypełnił lukę po śmierci Eugeniusza „Nunka” Polakiewicza. Już podczas mistrzostw Europy juniorów wybrany został najlepszym golkiperem. Po meczach ligowych często wybierany był do szóstki kolejki w katowickim Sporcie. Wytrwałość sprawiła, że dostrzegli go selekcjonerzy drużyny narodowej. Uczestnik dwóch turniejów o mistrzostwo świata.

Andrzej Iskrzycki, czyli „Scyzor”. Ofensywnie grający obrońca, a jego strzał spod niebieskiej to była petarda. Nieżyjący już Walery Kosyl, podczas mistrzostw oldbojów w Opolu, opowiadał - niżej podpisanemu - jak bardzo obawiał się jego strzałów. „Modliłem się, by nie trafił mnie w głowę. Te bomby jeszcze dzisiaj śnią mi się po nocach” – opowiadał. „Dobrze, że w reprezentacji miałem go po swojej stronie” – dodawał. Specjalista od psychologicznych bramek z niebieskiej linii. Bez hokeja żyć nie mógł. Zawsze można było go spotkać w hokejowej kawiarence i posłuchać jego opowieści, opowiadanych z dowcipem. W MMKS zagrał na obronie z synem Mateuszem. Wyszedł tylko na jedną zmianę i potem symbolicznie przekazał swój kij synowi. Olimpijczyk, uczestnik trzech mistrzostw świata.

Andrzej Słowakiewicz, czyli popularny „Mąka”. Trudny do przejścia defensor. Trudny do upilnowania na „niebieskiej” tercji ataku, bo potrafił w mgnieniu oka zmienić w ręce kij z prawej na lewą stronę i niebezpiecznie uderzyć. Strzał miał bardzo kąśliwy. Największy kawalarz w zespole. Potrafił nie jednemu zrobić kawał albo jak mawiano założyć „makaron” na uszy. Bez hokeja żyć nie może, a może o tym świadczyć fakt, iż ciągle, po powrocie z Niemiec, można go spotkać w korytarzach budynku klubowego czy na lodowisku. Olimpijczyk, uczestnik ośmiu turniejów o mistrzostwo globu.

Tadeusz Kacik - Józef Słowakiewicz - Walenty Ziętara, atak, który w każdej drużynie na świecie miałby miejsce. Zresztą interesowały się nim klubu za zachodniej granicy, Kto czytał w tym czasie niemiecki tygodnik Eishockey wie doskonale o czym piszę. Polskie media o tym nie donosiły, bo na takie informacje narzucona była cenzura.

Mózgiem formacji był „Miła”, prawdziwy playmeker. Potrafił dokładnymi podaniami obsłużyć kolegów z ataku. Często mówiono na niego „genialny lider”. Funkcja dyrygenta w zespole nie zawsze jest zauważalna i doceniana przez zwykłego kibica. Co innego fachowcy. Ci szybko dostrzegli najważniejszą cechę środkowego napastnika. Potrafił w odpowiednim momencie przyspieszyć akcję lub – jak trzeba było – zwolnić. Spokój i opanowanie go charakteryzowały, a więc cechy bardzo ważne, bo w najgorętszych momentach nigdy nie panikował. Olimpijczyk, uczestnik sześciu turniejów o czempionat globu.

Na jednym skrzydle miał Tadeusza Kacika. Niesamowitego twardziela, dla którego nie było straconych krążków. Motorycznie jeden z najlepszych w tym okresie – tak przynajmniej twierdzili trenerzy, w tym selekcjoner reprezentacji Anatolij Jegorow. Trudno się dziwić takiej opinii, skoro potrafił rozegrać kapitalne spotkanie po dwóch nieprzespanych nocach. Ciekawostką jest, że nie umiał jeździć do tyłu! Tego elementu uczył go dopiero Anatolij Jegorow. Olimpijczyk, uczestnik pięciu turniejów o mistrzostwo świata.

Walenty Ziętara – o nim mówiono, że jest to magik z zaczarowaną laską. Nie było w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Wyśmienita jazda na łyżwach pozwoliła mu wyczyniać cuda z krążkiem na kiju. Ktoś trafnie o nim powiedział, że „taki talent rodzi się raz na sto lat”. Tymczasem niewiele zabrakło, a zostałby…bokserem. W szkółce trenowaliśmy jego kiwkę (stąd często nazywano go „kiwką”), puszczanie krążka tuż przy łyżwie, nie dając szans przeciwnikowi na jego zatrzymanie. A wtedy „Walek” bokiem mijał rywala i miał otwartą drogę do bramki lub podania do partnera. Niektórzy żartowali, że Walek najlepszy był już od kołyski, a w kącie jego pokoju od dziecka stał kij hokejowy. Jako jedyny zdobył dla Podhala 12 mistrzowskich tytułów, w tym jeden już w roli trenera w 1987 roku. Olimpijczyk, uczestniczył w jedenastu turniejach światowego czempionatu.
Pozostało nam dobrać graczy do trzeciej piątki. Znowu burza mózgów, bo kandydatów sporo i nie każdy znalazł się w składzie.. Każdy trener czy selekcjoner staje przed takim dylematem. Stanęliśmy i my. Dwóch golkiperów już wybraliśmy, więc trzeciego nie musieliśmy. Jeden problem z głowy. W obronie postawiliśmy na Franciszka Klocka i Andrzeja Chowańca.
Starsi kibice zapewne pamiętają Franciszka Klocka, jako doskonałego w swym rzemiośle obrońcę. Przeciwników przyprawiał o drżenie łydek, gdyś stanowił dla nich ścianę nie do przebycia. Przy bandzie trudno było go przejść, nie mówiąc już o odebraniu krążka. Gdy atakował przeciwnika nabierał w usta powietrze, aż banie robiły się z jego policzków. To był znak, że atak będzie ciałem. Rywal nie miał prawa ruszyć się przy bandzie. Kilka złamań przerwało mu świetnie zapowiadającą się reprezentacyjną karierę.

Tworzy parę z Andrzejem Chowańcem, obrońcą o doskonałych wręcz warunkach fizycznych. Nazywany przez kibiców „obrotowym”. Potrafił potężnie uderzyć spod niebieskiej linii. Po wypadku samochodowym wrócił do hokeja. Początkowo wydawało się, że jego kariera dobiegła końca. To był jednak twardy góral, z krwi i kości i nie poddał się. Olimpijczyk, wystąpił w pięciu czempionatach globu.

Trzecią formacją dyrygować będzie Mieczysław Jaskierski. Popularny „złotko” określany był jako wspaniały twórca gry. Zawsze w równej formie. Mówili o nim, że miał „oczy dookoła głowy”. Potrafił ustawiać się do krążka, przyspieszać akcje w miarę ich rozwoju, strzelał z każdej pozycji i z wyjątkową celnością. Posiadał strzał trudny do obrony, oddawany bez zamachu przy pomocy błyskawicznego ruchu ręki w nadgarstku. Mimo wymienionych przymiotów, swoją sławę zawdzięcza przede wszystkim zdolnościom taktycznym. Gra bez krążka, zagrania w „trójkącie” krótkimi podaniami, wyczucie najlepszej pozycji własnej i kolegi z drużyny. Podcinał krążek, który frunął nad kijem obrońcy, nieraz nawet nad trzema kijami i idealnie spadał na łopatkę kija adresata. To było jego pokazowe zagranie. Ileż goli po takich zagraniach zdobywali jego partnerzy z drużyny. Olimpijczyk, 10-krotnie bronił barw narodowych w mistrzostwach świata.

Na skrzydle dokładamy mu Józefa Batkiewicza. Szybkiego jak strzała. Posiadał niebywałe przyspieszenie, dzięki czemu rywale często oglądali mu plecy z numerem 11 na koszulce. Trudno było go zaliczyć do grona mięczaków, bo inaczej nie zaliczyłby igrzysk olimpijskich i pięciu turniejów o mistrzostwo świata. Jeśli trafił na obrońcę, który często faulował, umiał zbodiczkować go całym ciężarem swych kilogramów, ale wolał inne rozwiązanie. Przepuszczał krążek między nogami rywala, podstawiał się pod bodiczek i w ostatniej chwili objeżdżał go, a potem z uśmiechem obserwował rywala wiszącego na bandzie, zatrzymywał się w miejscu, markował strzał i zostawiał krążek nadjeżdżającemu koledze.... Nie znosił przegrywać. Wielkie odkrycie Anatolija Jegorowa. Ze Stefanem Chowańcem i Leszkiem Tokarzem tworzyli bramkostrzelny atak, który był postrachem bramkarzy. Kibice go uwielbiali, bo lubił z nim dyskutować, nawet wprost z lodowej tafli. Olimpijczyk, wystąpił na pięciu czempionatach globu. W 1976 roku pojechał na igrzyska do Innsbrucku w… roli coacha, w zastępie za Emila Nikodemowicza.

Skoro tak dobrze się rozumiał ze Stefanem Chowańcem, to wystawiamy go na drugie skrzydło. Nie wyróżniał się warunkami fizycznymi, ale przed nikim nie pękał. Szybkość pozwalała mu przeprowadzać ataki wzdłuż bandy, bo był nieuchwytny dla rywala. Jednak jego atutem był spryt. Spojrzał w prawo, a krążek posyłał w drugą stronę. Zaznaczył ruch kijem, że będzie strzelał, a tymczasem krążek docierał do kolegi z ataku. Specjalista od strzelania bramek od „zakrystii”. Olimpijczyk, uczestnik 11 turniejów o mistrzostwo świata.
Do czwartej formacji desygnowaliśmy Bogdana Dziubińskiego i Józefa Bryniarskiego w obronie oraz na trio: Ryszard Ruchała, Dariusz Sikora i Jan „Tomek” Mrugała.

„Dzióbek” był dwuzadaniowym. Jak trzeba było to grał w napaści i na obronie. Jakby powolny, ospały nieco w ruchach na pierwszy rzut oka, ale gdy tylko znalazł się przy krążku, to jego bajeczna technika, spryt czyniły z niego gracza wysokiego formatu. Umiał też twardo walczyć przy bandzie. Zawsze uparty, co czasami nie podobało się trenerom. Bardzo często próbował przekonywać, że jego punkt widzenia, sposób rozwiązywania problemu na lodzie jest tym najsłuszniejszym. „Po turnieju za oceanem ja i Darek Sikora mieliśmy propozycję gry w Toronto. Gdy dowiedziało się o tym nasze kierownictwo, zabrało nam paszporty i zamknęło w pokojach”. Walery Charłamow, idol „Dziubka” w Niemczech wybił mu ...zęby. „Wyleciał mi mostek. W boksie prostowaliśmy go z Walkiem Ziętarą ... butem. Po kolacji podszedł do mnie Charłamow i przeprosił”. Olimpijczyk, uczestnik trzech turniejów o mistrzostwo globu.

Jego partner z obrony – Józef Bryniarski - był straszy, grał w innym dziesięcioleciu. Rozpoczynał grę w ataku razem z bratem Kazimierzem. Trener Stefan Csorich często ich rozdzielał, bo mieli pretensje do siebie. Gdy przybrał na wadze przesunięty został do defensywy i był trudną zaporą do przejścia. Typowy góralski charakter i z żadnym rywalem się nie patyczkował.

Na jednym skrzydle wystawiamy Ryszarda Ruchałę jednego z najzdolniejszych hokeistów swoich lat, chociaż nie przebił się do reprezentacji. Wówczas była spora konkurencja. Wszechstronny – mógł grać na skrzydle i na środku ataku. Najczęściej grał z Adamem Wronką i Tadeuszem Ryłko.
Na drugim skrzydle hasać będzie Jan „Tomek” Mrugała. W swoim CV ma osiem tytułów mistrza kraju, udział w mistrzostwach świata. Szczyci się swoistym rekordem w historii polskiego hokeja. W ligowym meczu ze Stalą Sanok zdobył dwanaście goli. Również drugie jego osiągnięcie w historii polskiej ekstraklasy – dziewięć goli z Zagłębiem – należy do niego i również nie zostało pobite. Był tak szybki, że dziennikarze nazwali go „Sputnikiem”.

Tymi skrzydłowymi dowodzić będzie Dariusz Sikora – olimpijczyk, uczestnik dwóch turniejów o mistrzostwo świata. Błyskotliwy technik. Drybler, dla wielu prawdziwy artysta, ale – jak to oni – często chimeryczny. W dobrej dyspozycji olśniewał publikę. Najlepiej grało mu się z Leszkiem Jachną i Zbigniewem Tomaszkiewiczem.
Ciąg dalszy nastąpi…
Stefan Leśniowski
Zdjęcia Stanisław Leśniowski, Stefan Leśniowski i Witold Magierski plus prywatne archiwum autora










