17.04.2023 | Czytano: 3901

MHL. Czy z tej mąki będzie chleb?

Ktoś powie: „przegrali, nie nadają się na grę w PHL”, ale to nie jest prawda. Tak nie można oceniać naszego występu – mówi Jacek Szopiński, trener MMKS Podhale.

 

 
Kibice w Nowym Targu tęsknią za drużyną seniorów, która – jak dawniej – odgrywała w polskim hokeju czołową rolę. Zdobywała medale, a wychowankowie stanowili trzon reprezentacji kraju. Sukcesy klubu zawsze były z nimi związane.  W ostatnich latach hokeiści spod znaku szarotki nie rozpieszczali kibiców, po tym jak cztery lata temu  zaczął się wysyp marnych obcokrajowców.  To zło rozpoczęło się od Tomka Valtonena, a kryzys pogłębił   się za  Phillipa Barskiego. Przez te ruchy trzeba mocno się zastanowić, by przypomnieć sobie nazwiska tych graczy.  Takie to były ASY. Nie to co dawniej. Elvijs Biezajs i Siergiej Ogorodnikow to ostatni stranieri, którzy zostali zapamiętani z dobrych występów.  Te działania doprowadziły, iż studzienka z własnymi wychowankami wyschła. Czy zostanie napełniona?  Czy wychowankowie nawiążą do dobrych czasów „Szarotek”? Jak długo trzeba będzie czekać?  Krótko mówiąc: „czy z tej juniorskiej mąki będzie w przyszłości chleb? Z tym pytaniem zwróciłem się do Jacka Szopińskiego, trenera juniorów.
 
- Będzie chleb – padła stanowcza odpowiedź. – Jest jednak warunek, że  dostaną szansę gry w pierwszym zespole.  Są bowiem chłopcy, którzy  już powinni się w tej drużynie znaleźć.  Młodsi,  jeśli będą nad sobą pracować w taki sposób jak teraz i będą chcieć, to mają wszelkie predyspozycje, by w niedalekiej przyszłości znaleźć się w seniorach.
 
- Po mistrzostwach Polski juniorów trudno być optymistą, skoro – nie bójmy się tego nazwać po imieniu – frajersko przegrali mecz z Cracovią, a z Unią prowadząc na 3 minuty przed końcem 2:0, wygrali dopiero po dogrywce, która eliminowała ich z dalszej gry. Nie dawała wyjścia z grupy i walki o medale.   W MHL też były mecze przegrywane w końcówkach. Podczas gier w przewadze tracony był krążek w tercji ataku i tracone bramki. Od dwóch sezonów powtarzasz, że tym chłopakom brakuje odpowiedzialności.  Minął rok, zawodnicy są starsi, a dalej tego się nie nauczyli. Dobrze wiemy, że „czym skorupka za młodu nasiąknie, to tym na starość trąci.”
 
- Odpowiedzialność w grze nie przychodzi sama, jej trzeba się uczyć wraz ze zdobywaniem doświadczenia. Wierzę, że kiedyś to zaprocentuje. Że zawodnik w tym najważniejszym momencie nie przestraszy się lub nie zagra ryzykowanie, bo zda sobie sprawę, że to  kończy się utratą bramki.  Wtedy dorobek całej drużyny jest zniweczony. To jest kwestia czasu, kiedy do tego dorosną.
 
- Jeszcze nie dorośli? Przecież przed nimi mają się otworzyć drzwi ekstraklasy.

 
- Jest postęp. Młodych zawodników cieszy gra. Oni chcą strzelać, nie  patrzą, że jest końcówka a wynik na styku. Zapominają, że po stracie krążka mogą zespół narazić na kontrę i przegrać mecz. Wszyscy wtedy cierpią.  Tak to jest w młodzieżowym hokeju. Wynik juniorzy uzyskali niezadawalający, wszyscy byliśmy zawiedzeni, ale gra drużyny była dobra. Powiedziałbym, że lepsza niż rok wcześniej, kiedy zajęliśmy trzecie miejsce. Teraz było większe zaangażowanie, większa determinacja. Nie jechaliśmy na turniej w roli faworyta. Przed mistrzostwami było wiadomo, że można turniej wygrać, a  jak się źle potoczy to nie wyjść z grupy. Dla nas potoczył się źle, mimo iż graliśmy najlepiej ze wszystkich drużyn w grupie. Cracovia uciekła spod noża. Mieliśmy mecz pod kontrolą. Wydawałoby się, że nic złego nie może nam się przytrafić, a tymczasem kara z kapelusza, dostaliśmy gola na 4:4, a 10 sekund przed końcem kiks bramkarza pogrążył nas. Generalnie  nie można mieć do niego pretensji, gra bowiem  cała drużyna. Zając miał trochę pecha z Cracovią, bo  generalnie bronił dobrze, ale… Bramkarza rozlicza się nie za to co obroni, ale ile puści. Za łatwe bramki dostaliśmy z Cracovią. Z Unią graliśmy dobrze, konsekwentnie do momentu, gdy zdobyliśmy drugą bramkę. Chcieliśmy strzelić trzecią, strata w tercji ataku przez dwóch najlepszych graczy w turnieju - K. Malasińskiego i Soroki.  Biernie też przy tej kontrze zachowaliśmy się  w obronie i straciliśmy gola na 2:1.
 
- I zagotowały się głowy chłopakom. Nie pierwszy raz w końcówce.
 
- Zagotowały się. Wkradła  się niepewność, co się stanie, gdy dostaniemy kolejnego gola.  W dodatku szczęście nie było przy nas.
 
- Szczęście sprzyja lepszym. Szczęściu też trzeba pomóc, a tej pomocy nie było.
 
- To prawda, że szczęściu trzeba pomóc, bo Unia wcale nie była od nas lepszym zespołem. Jednak wygrała. Prosty strzał podczas gry czterech na sześciu wpadł do bramki. Przypuszczam, że w innych sytuacjach na dziesięć takich strzałów pewnie krążek nie znalazłby się w bramce. Nas to szczęście opuściło. Inna rzecz, że myśmy mu nie pomogli, bo mieliśmy multum sytuacji, by wcześniej rozstrzygnąć potyczkę. Problematyczna była kara, przy której unici wyrównali.  Można było inaczej się zachować, by nie dawać sędziemu argumentów do wykluczenia z gry. To już historii i zarazem nauczka na przyszłość. Trzeba wyciągnąć  wnioski i zresetować głowy. Odpowiedzialność musi być przez 60 minut. Jak prowadzi się 2:0, to nie dążyć za wszelką cenę do  zdobycia kolejnej bramki, tylko szanować krążek, utrzymać się przy nim w tercji przeciwnika, nie dać mu sposobności, by stworzył sobie golową sytuację.  Wielokrotnie to powtarzam zawodnikom.
 
- Zawodnicy nie wyciągają wniosków, skoro one się powielają. Jak się zdarzy jeden taki mecz, to pal licho, ale jak dwa czy więcej, a jeszcze dzień po dniu, to jest to sygnał ostrzegawczy. Jak to się mówi: „czego Jaś się nie nauczy, to Jan nie będzie umiał.”
 
- Tak się zbiegło, że dzień po dniu zachowaliśmy się tak samo. Były to kosztowne błędy, bo wyeliminowały nas z walki o medal. Muszę podkreślić, że wszystkie  mecze graliśmy dobrze. To co było założone, było realizowane. Graliśmy pressingiem, którym ograliśmy Janów, faworyta turnieju. Wiedzieliśmy, że  mieli niepewnych obrońców, którzy się gubią i jak na nich naskoczymy, to sami oddadzą nam krążek.  Janów praktycznie nie miał nic do powiedzenia. Byliśmy skuteczni, ale stworzyliśmy jeszcze dużo sytuacji, po których wynik mógł być wyższy.  Nadążaliśmy za atakami rywala, a Zając bronił pewnie, chociaż nie miał groźnych sytuacji, bo nie pozwaliśmy rywalowi ich sobie stworzyć.
 
- Ilu zawodników skończyło wiek juniora?
 
- Czterech z podstawowego rocznika 2003. Przed sezonem powiedziałem na spotkaniu z zawodnikami, że naszym  celem jest wygrać MHL i mistrzostwo kraju juniorów. Oba cele nie zostały zrealizowane. Pech nas nie opuszczał. Wypadł nam pierwszy bramkarz Klimowski,  reprezentant kraju do lat 20. Pojechaliśmy na turniej z jednym golkiperem, drugim był gracz z juniora młodszego. Wiemy co znaczy w drużynie bramkarz.   Wypadł Trzebunia,  czołowy napastnik z pierwszego ataku. Kontuzje złapał obrońca Sulka, a  przed samymi  mistrzostwami Valtonen poinformował mnie, że kończy karierę i wyjechał do Finlandii. Pojechaliśmy na mistrzostwa w szczątkowym składzie, w szesnastu zawodników. Tylko ośmiu z nich było juniorów starszych, pozostali to juniorzy młodsi, którzy w swoich mistrzostwach Polski nie wyszli z grupy.  Zabrakło doświadczenia. W tej ekipie  byli zawodnicy o dwa lata młodsi.
 
- Kto będzie do dyspozycji w przyszłym sezonie?
 
- Nie wiadomo jak to wszystko się potoczy, jak będzie zbudowana drużyna seniorka. Bo to od tego zależy. 5-6 juniorów mogłoby zagrać w seniorach. Ktoś powie:  „przegrali, nie nadają się na grę w PHL”, ale to nie jest prawda. Nasi liderzy na tle liderów w innych drużyn lepiej  wyglądali pod względem wyszkolenia. Na tle obcokrajowców z Cracovii czy Unii - te zespoły opierały się na obcych graczach - też robili lepsze wrażenie. Jaki był problem? My  za mało mieliśmy zawodników z podstawowego rocznika, dużo było młodszych, którzy dopiero nabierają doświadczenia, ale wierzę, że to zaprocentuje w przyszłości. Już  występy w MHL były dla nich poligonem doświadczalnym. Była szansa na zwycięstwo w MHL. Drużyna oparta była na juniorach, w play off  wzmocniło nas trzech starszych zawodników z ekstraklasy. Toczyliśmy wyrównane boje i szkoda, że nie udało się przejść bytomskiej Polonii. Grupa starszych zawodników nie była w stanie, w najważniejszych momentach, zrobić różnicy, by ograć rywala.  
 
Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama