20.01.2022 | Czytano: 3487

Na olimpijskim szlaku z hokeistami Podhala (+zdjęcia)

13 razy występowali polscy hokeiści w igrzyskach olimpijskich. Podhalanie wystąpili w ośmiu turniejach. Z orzełkiem na koszulce zagrało 154 hokeistów, 37 rodem z Nowego Targu plus trener.



 
Polacy rozegrali 75 meczów, z których wygrali dziewiętnaście, przegrali 53, a trzy zremisowali. Zdobyli 135 goli, z czego 41 padło z hokejek zawodników z Nowego Targu.   Te liczby są sportową wizytówką Podhala i miasta. Są tacy, którzy zaliczyli nawet  trzy największe imprezy czterolecia. Nie ma przypadkowych mistrzów. To byli  ludzie, którzy mieli świadomość, że jeśli chce się być najlepszym, to trzeba pracować. Byli tacy, którzy mieli różne zawirowania w swoim życiu, lepsze i gorsze momenty. Wtedy, kiedy pracowali, to droga do sukcesu prowadziła przez mądrze skonstruowany plan treningowy i przez znakomitą realizację z mądrym trenerem. Dobry trener, dobry pomysł na trening i znakomite podejście zawodnicze kończyło się sukcesami oraz występami w reprezentacji kraju podczas mistrzostw świat i igrzysk olimpijskich.
 
Przecierali szlaki
 
Kazimierz Bryniarski i  Mieczysław Chmura w 1956 roku w Cortina d’Ampezzo  byli pierwszymi olimpijczykami z Podhala.  „Ciasteczko” – jak nazywano Kazimierza Bryniarskiego – zakończył udział w turnieju z dwoma bramkami.
 
- To są niezatarte wspomnienia. W końcu graliśmy za darmo, więc każdy sukces, wyjazd zagraniczny, robił wrażenie, szczególnie w tamtych czasach. W Cortinie w Caffe Sport przy głównej ulicy spotkaliśmy z Szymkiem Janiczko sławną aktorkę Sophię Loren. Postawiła nam po lampce wina. Zostałem koneserem tego trunku – wspominał, gdy zbierałem materiały do książki „75 lat Szarotek”.
 
Również obrońca Mieczysław Chmura zapisał pierwsze trafienie na swoim koncie, w meczu z Czechosłowacją 3:8.  Ten mecz zaczął się sensacyjnie, bo po 20 minutach Polska prowadziła 3:1. Turniej biało –czerwoni rozpoczęli do potyczki z Amerykanami, którzy grali bardzo ostro. Podczas jednego ze starć Kaźmierza Chodakowskiego z rywalem, za bandę  wyleciał … czechosłowacki sędzia.
 
- To była nietypowa sytuacja, bo  nie pamiętam, by coś takiego przytrafiło się na polskich taflach – wspominał swoje igrzyska. – Amerykanie nie przebierali w środkach. Grali momentami brutalnie. Zmierzyliśmy się z typowo zaoceanicznych hokejem – technicznym i agresywnym. Czuliśmy ten mecz w kościach.
 
1956 Cortina d'Ampezzo – mecze i bramki  nowotarżan
USA – Polska 4:0
Czechosłowacja – Polska 8:3 (Chmura)
Szwajcaria – Polska 2:6 (Bryniarski 2)
Polska – Austria 4:3
Polska – Włochy 2:5 (Bryniarski)


Andrzej Szal, Kazimierz Bryniarski

Wycofani
 
W 1960 i 1968 roku polscy hokeiści zrezygnowali z udziału w igrzyskach. W 1959 roku w mistrzostwach świata Polska zajęła 11 miejsce i nie było podstaw, by wysłać ekipę do Squaw Valley. Tam   poleciało mało drużyn, bo tylko dziewięć.  Osiem lat później w Grenoble też zabrakło biało –czerwonych, którzy balansowali na pograniczu grupy A i B. PKOL zdecydował nie wysyłać hokeistów.   
 
Ze śpiewem na ustach

Raz w igrzyskach zagrali - Andrzej Szal i Tadeusz Kilanowicz - w 1964 roku do Innsbrucku. Rozpoczęli rywalizację od eliminacyjnego meczu z RFN. Zwycięzca awansował do grupy A i Polacy byli bliscy  pokonania niemieckiej drużyny.
 
- To było niezwykle zacięte spotkanie – wspominał Andrzej Szal. -  Obaj bramkarze ( naszej świątyni strzegł Władysław Pabisz) spisywali się rewelacyjnie. Posiadaliśmy lekką przewagę, ale kontrataki Niemców były niebezpieczne, a likwidował je Pabisz.   Kiedy rywale prowadzili 2:1 Pabisz dostał krążkiem w łuk brwiowy i zalany krwią zjechał do boksu. Trener Gary Hughes zamierzał posłać do bramki Józefa Wiśniewskiego, ale Pabisz nie zgodził się. Gromkimi oklaskami został przywitany przez publiczność, która po brzegi wypełniła stadion. Pabisz nie przepuścił już krążka do bramki, ale my też nie potrafiliśmy umieścić go w  niemieckiej bramce. Igrzyska wspominam z wielkim sentymentem. Ta impreza wyzwala w człowieku pozytywne odczucia. Wspaniały był klimat wioski olimpijskiej. Pamiętam, że ulicami Innsbrucku, ze śpiewem na ustach, trzymając się za szyję, szli Anatolij Firsow, aktor francuski i grający wspaniale na gitarze kanadyjski bramkarz Martin. Był to raj dla fotoreporterów. Pierwszy raz widziałem Rosjanina w takiej roli.
 
1964 Innsbruck

Polska – Rumunia 6:1
Polska – Norwegia 4:2
Polska – Węgry 6:2  ( Szal  2)
Polska – Włochy 7:0 (Kilanowicz, Szal)
Japonia – Polska 4:3 (Kilanowicz)
Polska – Jugosławia 9:3 (Kilanowicz )
Polska – Austria 5:1 ( Kilanowicz)
Niemcy – Polska 2:1


 
 Tadeusz "Elek" Kilanowicz

Wystrzałowa dziewiątka
 
Kolejne igrzyska odbyły się w Sapporo (1972 r). Aż dziewięciu hokeistów z Nowego Targu brało w nich udział. Ponownie Polacy musieli się zmierzyć w eliminacjach z RFN. Tym razem okazali się lepsi, wygrywając 4:0.  Wygrana dała naszej drużynie przepustkę do gry z najlepszymi. Wszystkie bramki zdobyli gracze Podhala! To był popis ich gry.
 
- To był wyczerpujący mecz, a  nazajutrz czekała nas konfrontacja z Czechosłowacją. Dostaliśmy solidną lekcję hokeja. Wyrównane pojedynki toczyliśmy z Finami i Szwedami. Zajęliśmy szóste miejsce, co było sukcesem, bo drużyna został odmłodzona – wspominał Stanisław Fryźlewicz. – Najlepszy mecz rozegrałem w Tokio przed turniejem olimpijskim na…basenie z zespołem USA. Przegraliśmy 5:7, a ja strzeliłem trzy bramki. 
 
Sztuczka Firsowa
 
Z kolei o Leszku Tokarzu po japońskiej wyprawie mówiono jako o polskim Firsowie. Nie tylko dlatego, że był talentem, jakiego w tej dyscyplinie sportu jeszcze nie mieliśmy, ale także z powodu umiejętności naśladowania słynnej sztuczki technicznej rosyjskiego hokeisty.  -  Polegała ona na tym, że podczas ataku odwracałem się tyłem najeżdżając na przeciwnika, przepuszczałem krążek między swymi nogami i oddawałem strzał z półobrotu. Łatwe do rozszyfrowania? Łatwe. A jednak nie raz nie sto razy przeciwnicy nabierali się na ten kawał. Było to zagranie niezwykle trudne technicznie, wymagające wielu miesięcy ćwiczeń – tłumaczy.


 
Józef Batkiewicz, Leszek Tokarz, Stefan Chowaniec

1972 Sapporo
 
Polska – RFN 4:0 ( J. Słowakiewicz 2, L. Tokarz, Ziętara)
Czechosłowacja – Polska 14:1 (L. Tokarz)
Finlandia – Polska 5:1 (L. Tokarz)
Szwecja – Polska 5:3 ( J. Słowakiewicz, L. Tokarz)
ZSRR – Polska 9:3 ( Kacik, J. Słowakiewicz)
USA – Polska 6:1

Igrzyska z tajniakami
 
W 1976 roku Innsbruck po raz drugi gościł największą imprezę czterolecia. Spełniło się największe sportowe marzenie Andrzeja Słowakiewicza. Igrzyska śniły mu się po nocach i może dlatego mocno się nimi  rozczarował.  Apetyty były ogromne. Po wycofaniu się Szwecji, najwięcej szans na brązowy medal dawano Polakom. Tymczasem zamiast otarcia się o medal, biało –czerwoni  zajęli szóste miejsce.
 
- Nasz występ w Innsbrucku był jednym wielkim koszmarem – wspomina. -  Przed wyjazdem spodziewaliśmy się Bóg raczy wiedzieć czego, nawet medalu. Kluczem do osiągnięcia sukcesu miał być mecz z RFN. Pięć dni przed olimpijskimi zmaganiami pokonaliśmy Niemców 4:1. Ci jednak filmowali nas i z porażki wyciągnęli odpowiednie wnioski. W efekcie przegraliśmy z nimi  mecz o medal 4:7.  Potem nastąpiło pasmo niepowodzeń. Z ZSRR, CSR,S USA 2 i Finlandią zając ostatnie szóste miejsce w grupie A z dwoma punktami na koncie. Ktoś spyta skąd te dwa „oczka”, skoro nie wygraliśmy ani nie zremisowaliśmy meczu? Otóż przyznano nam je walkowerem, ponieważ u czechosłowackiego obrońcy Frantiska Pospisila wykryto niedozwoloną substancję w organizmie. My cieszyliśmy się  darowanymi punktami, a Niemcy wracali do domu z brązowym medalem.
 
Nie tylko sportowe wydarzenia zaskoczyły popularnego „Mąkę”. – Po zakwaterowaniu się w wiosce olimpijskiej po korytarzach kręciło się wiele podejrzanych osób. Kiedy powiedziano nam, że są to ludzie do specjalnych „poruczeń” – chciał nas szlag trafić. Nazajutrz pojawił się facet, który zapowiedział: „nie ma żartów, musicie zrobić zrzutkę dla tych, którzy zamieszkali poza wioską i ze względów oszczędnościowych trzeba dostarczać im paczki. Wy tu sobie siedzicie i żrecie, a wyników nie macie” – zaczął podnosić głos.  Jak się później okazało, chodziło o wycieczkę zasłużonych aktywistów ZMS. Wyraźnie nas to poirytowało, bo wiedzieliśmy, że chodziło o tajniaków, którzy mieli śledzić nasz każdy krok, by przypadkiem nic złego nie powiedzieć co w kraju się dzieje. Dla kierownika drużyny Brunona Gretzera zabrakło miejsca, ale nie zabrakło miejsca dla pułkownika MON. Na tym się nie skończyło. Podczas meczu z Rumunią, z którego zwycięzca awansował do grupy A, wokół szatni i w boksie pojawili się dziwni osobnicy. Po pierwszej tercji zaczęli nas napadać i wytykać brak ambicji. Jeden z nich krzyczał: „socjalistyczna ojczyzna wydaje na was tyle pieniędzy i dewiz, a wy gracie jak nocne stróże”. W szatni otrzymaliśmy ostrą reprymendę od trenerów, nie od polityków, i wygraliśmy 7:4. „Kacyków” często spotykaliśmy w restauracji podczas służbowych pogawędek z radzieckimi towarzyszami. I kolejna sprawa, która wywołała u mnie złość. Jeden z tych aktywistów przyłapany został przez nas na gorącym uczynku, kiedy sprzedawał bilety na otwarty konkurs skoków. Później  okazało się, że te bilety miały być dla zawodników.
 
1976 Innsbruck

Polska – Rumunia 7:4 (Kokoszka 2, Jaskierski)
RFN – Polska 7:4 (S. Chowaniec)
ZSRR – Polska 16:1
Czechosłowacja – Polska 7:1 (Jaskierski)
USA – Polska 7:2 (Kokoszka)
Finlandia – Polska 7:1 (Kokoszka)

Andrzej Słowakiewicz, Paweł Łukaszka, Mieczysław Jaskierski

Zapomniane wyróżnienie
 
Józef Batkiewicz jako zawodnik był raz na igrzyskach olimpijskich z Sapporo, ale jeszcze w trakcie swojej kariery dostąpił zaszczytu coachowania reprezentacji kraju.  W dodatku w imprezie najwyższej rangi, igrzyskach olimpijskich w Innsbrucku. Zastąpił na tym stanowisku Emila Nikodemowicz, który spóźnił się na autobus udający się do Austrii.
 
- Przykre, że ten czas szybko leci, że przypominasz, te stare dzieje – mówi. – Przez ten okres uczestniczyłem wielu ważnych dla Podhala i polskiego hokeja wydarzeniach. Wiele scen przesuwa się przed oczami i nie wszystkie zdołam objąć.  Podhale było wtedy bardzo mocne, stanowiło trzon drużyny narodowej. Sapporo, moje pierwsze igrzyska olimpijskie, azjatycki kontynent, inna kultura i bogaty kraj, który mógł sobie pozwolić na nowinki techniczne. Wracaliśmy z Japonii z podniesioną głową. Dla polskiego hokeja były to bardzo udane igrzyska. Szóste miejsce na dwanaście drużyn, to ogromny sukces. Pokonaliśmy mocną ekipę RFN 4:0. Dla nas to było jakbyśmy wygrali wojnę w 1939 roku.  Szkoda, że wielki trener jakim był Anatolij Jegorow nie dotrwał do Innsburcku, bo jestem przekonany, że zdobylibyśmy wtedy brązowy medal, który niestety przypadł ekipie niemieckiej. Do Innsbrucku pojechałem w roli drugiego trenera, bo wtedy, kiedy podawano skład miałem nogę w gipsie.

 Józef Batkiewicz


Partyjnie „igraszki”,  pijackie wyczyny…
 
- Sam wyjazd na igrzyska, to historia, która nigdzie jeszcze nie została opisana. A jest godna książki – twierdzi Czesław Borowicz, wybitny trener hokeja na lodzie, selekcjoner naszej kadry narodowej, z którą  uczestniczył w igrzyskach olimpijskich w Lake Placid.
 
Niewiele brakowało, a  przez partyjne  „igraszki”  biało –czerwoni nie wystąpiliby w turnieju. Toczyła się też walka o paszport dla Leszka Jachny.  Takie były komunistyczne czasy. Gdy już udali  za ocean dała o sobie znać polska zła natura. W Stanach Zjednoczonych trzeba było walczyć o diety z pijanymi towarzyszami wyprawy. – Część wypłacili, a resztę mieli dać zawodnikom przed przedostatnim meczem. Kierownik, po tym jak Amerykanie odjechali,  powiedział:  „Ku…co to za organizacja?” Rada drużyny zapowiedziała, że jak nie dostaną diet, to nie zagrają.  Poinformowałem  o tym prezesa. Czekali czy zawodnicy się postawią. Jak drużyna się nie rozbierała, to dopiero oszuści wypłacili. Byli wkurzeni. „Jak będziemy się żywić” – zastanawiali się.  Bardziej za co  mieliby pić – relacjonuje Czesław Borowicz.
 
1980 Lake Placid

Polska – Finlandia 5:4 (Kokoszka 2)
Kanada – Polska 5:1
ZSRR – Polska 8:1
Holandia – Polska 5:3 (Kokoszka)
Polska – Japonia 5:1 (B. Dziubiński)

Czesław Borowicz

Minister wyłuskał 140 dolarów!
 
Biało –czerwoni turniej zaczęli od wysokiego „C”.  Postarali się ogromną niespodziankę, pokonując Finlandię 5:4. - Nim Finowie się zorientowali co się dzieje, prowadziliśmy 3:0 po 20 minutach gry. W końcówce meczu Finowie u Ujwarego zauważyli wykrzywioną łopatkę kija. To był efekt tego, że zawodnicy palili papiery pod prysznicem i wyginali łopatkę kija.  Nasz obrońca dostał 2 minuty, a Finowie wycofali bramkarza i grali z przewagą dwóch graczy. Wybroniliśmy się. Renke był niezwykle szczęśliwy.  Został naszym kibice, a ja mogłem wtedy załatwić wszystko co chciałem. Skorzystałem z okazji.  Powiedziałem mu, że rywale gazowymi palnikami wykrzywiają elegancko łopatkę. Wysupłał 140 dolarów i kupił wyginarkę – opowiada selekcjoner.   
 
1984 Sarajewo
 
ZSRR – Polska 12:1
 RFN – Polska 8:5 (Nowak)
Włochy – Polska 6:1
Szwecja – Polska 10:1
Polska – Jugosławia 8:1 (A. Chowaniec, S. Klocek)
USA – Polska 7:4 (S.  Klocek)
 
Archanioł Gabriel
 
- To  był mój wspaniały dzień. Miałem niesamowite szczęście, że mogłem w takim meczu wystąpić, na inaugurację igrzysk olimpijskich i przed 24-tysięczną wspaniała publicznością – mówi Gabriel Samolej.
 
W 1988 r. zimowe igrzyska odbywały się w Calgary. Polscy hokeiści zmagania rozpoczęli od potyczki z Kanadą - gospodarzem i faworytem turnieju. Ekipa spod znaku „Klonowego liścia” była w natarciu przez cały mecz, ale gola strzeliła tylko jednego, bo w hali Saddledome cudów dokonywał Gabriel Samolej. Amerykański dziennik US Today napisał, że polskiej bramki strzegł „Archanioł Gabriel”.
 
Gospodarze liczyli na wysoką wygraną, a zdobyta w 5 minucie przez Habscheida bramka tylko ich  w tym  upewniła. Tymczasem mijały minuty, a wynik na tablicy świetlnej  nie zmieniał się. Kanadyjczycy wychodzili wprost ze skóry, żeby pokonać polskiego bramkarza, ale ten wszystkie krążki wyłapywał lub odbijał. Hokeiści „Klonowego liścia” łapali się za głowę, bo nie mogli pojąć jak czarny kauczukowy przedmiot zamiast do siatki wpadał do „raka”  wychowanka Podhala lub był odbijany potężną odbijaczką, bądź zatrzymywał się na jego parkanach.
 
- Ciarki mnie  przeszły, gdy w dniu meczu dowiedziałem się, że stanę w bramce przeciwko wielkiej Kandzie – wspomina po latach. -  Z drugiej strony ucieszyłem się, bo zagrać w meczu przeciwko Kanadzie, którą uważam za najlepszą na świecie i dążę sympatią Kanadyjczyków.   Muszę przyznać, że szansę gry w inauguracyjnym występie naszego zespołu otrzymałem, tylko dlatego, że Franciszek Kukla został kontuzjowany podczas turnieju na Alasce. W przeciwnym razie, jestem przekonany, że on stanąłby między słupkami.


 
Gabriel Samolej

Media płakały
 
W drodze do Calgary biało –czerwoni na 10 dni zatrzymali  się na Alasce, gdzie rozgrali turniej, grając  m.in. z Czechosłowacją, która…. -  Potem obarczyła nas za niepowodzenie w olimpijskim turnieju. Nasi południowi sąsiedzi uznali, że graliśmy ostro i ich porozbijaliśmy – opowiada Gabriel Samolej. -  Ich media „płakały”, że Polacy zamknęli im drogę do medalu. W tym czasie często potykaliśmy się z możnymi świata hokejowego i nie baliśmy się konfrontacji z nimi.
 
Podhalanin został najlepszym bramkarzem turnieju według prestiżowego niemieckiego magazynu „Eishockey”.  „Gabryś” został wybrany do All Stars turnieju przez ten magazyn. W trakcie turnieju zaczęli się nim interesować menedżerowie z najlepszej ligi świata. Samolej był o krok od NHL.
 
Barszczyk z krokietem
 
W swoim drugim meczu biało-czerwoni walczyli ze Szwedami i zremisowali 1:1. Gdy Polacy ograli Francję 6:2 zaczęto w nich upatrywać kandydata do medalu. Niestety, po meczu z Francją radość w naszej ekipie trwała krótko. Stało się to za sprawą pozytywnego testu antydopingowego u Jarosława Morawieckiego. Zawodnik został zawieszony, a wynik skorygowano.  Tłumaczył się, że specyfik musiał się znajdować w barszczu lub krokiecie, który jadł podczas wizyty u Polonusów.
 
- To było niesamowite przeżycie, tym bardziej, iż impreza odbywała się w kolebce hokeja. Nie trzeba chyba mówić co to oznacza dla hokeisty. Ponadto rozegraliśmy kapitalny mecz z gospodarzami, a po remisem ze Szwecją staliśmy się rewelacją turnieju. Niestety tam też przeżyłem najbardziej nieprzyjemne chwile. Po wykryciu dopingu pozostał wielki wstyd i…kac. Mieliśmy szanse na wysoką lokatę. Tymczasem w jednej chwili wszystko się załamało. Cały nasz wysiłek podczas zgrupowań poszedł na marne. Marzenia w jednej chwili prysły jak mydlana bańka – mówi kolejny Podhalanin w turnieju, Jacek Szopiński.
 
1988 Calgary
 
Kanada – Polska 1:0
Polska – Szwecja 1:1
Polska – Francja 6:2* (Świątek)
* wynik zweryfikowano jako walkower dla Francji, a Polaków pozbawiono bramek i punktów
Szwajcaria – Polska 4:1 
Finlandia – Polska 5:1
Austria – Polska 3:2 


 
Jacek Szopiński

Niesłusznie podejrzani o doping
 
Cztery lata później biało – czerwoni po raz ostatni wystąpili na olimpijskiej arenie. Przed turniejem jak grom z jasnego nieba spadla na hokeistów  informacja, że  trójka podejrzano o stosowanie dopingu – Mirosław Copija, Piotr Podlipni i Janusz Syposz. Zawodnicy ci mieli pewne miejsce w składzie, ale… zostali w domu. Czuli się oszukani. Swoich racji szukali w praskim laboratorium, które oczyściło zawodników z zarzutu.  Wyraźna niesprawiedliwość spotkała graczy. Nie były to udane igrzyska dla naszej drużyny, która zajęła jedenaste miejsce. Skuteczność napastników w turnieju była fatalna, a błędów w defensywie co nie miara.


 
 

1992 (Albertville)

Szwecja – Polska 7:2 ( Hajnos)
Finlandia – Polska 9:1
Włochy – Polska 7:1 ( R. Szopiński)
USA – Polska 3:0
Niemcy – Polska 4:0
Szwajcaria – Polska 7:2 (Hajnos, Jurek)
Polska – Włochy 4:1 (M. Tomasik)
 
 
Ilość występów podhalańczyków w hokeju na lodzie
3 występy: Stefan Chowaniec (1972, 1976, 1980), Leszek Jachna (1980, 1984, 1988), Gabriel Samolej (1984, 1988, 1992), Robert Szopiński (1984, 1988, 1992);
2 występy: Stanisław Klocek (1980, 1984), Leszek Kokoszka (1976, 1980), Marek Marcińczak (1976, 1980),  Andrzej Ujwary (1980, 1984), Walenty Ziętara (1972, 1976).
1 występ: Józef Batkiewicz (1972; w 1976 roku wystąpił w roli coacha), Marek Batkiewicz (1992), Czesław Borowicz (1980, trener), Kazimierz Bryniarski (1956), Mieczysław Chmura (1956), Andrzej Chowaniec (1984), Bogdan Dziubiński (1980), Stanisław Fryźlewicz (1972), Janusz Hajnos (1992), Andrzej Iskrzycki (1976), Andrzej Janczy (1980), Mieczysław Jaskierski (1976), Kazimierz Jurek (1992), Tadeusz Kacik (1972), Tadeusz Kilanowicz (1964), Paweł Łukaszka (1980), Andrzej Nowak (1984), Dariusz Sikora (1980), Andrzej Słowakiewicz (1972), Józef Słowakiewicz (1972), Rafał Sroka (1992), Andrzej Świątek (1988), Andrzej Świstak (1992), Andrzej Szal (1964), Andrzej Szczepaniec (1972), Jacek Szopiński (1988), Leszek Tokarz (1972), Wiesław Tokarz (1972), Mirosław Tomasik (1992).
 
Stefan Leśniowski
Zdjęcia archiwum autora

Komentarze





reklama