04.12.2016 | Czytano: 1699

Falstart biało –czerwonych

- Zaczęliśmy przestraszeni i daliśmy się rywalowi zepchnąć do defensywy. Słowacy nas zdominowali. W pierwszych 30 minutach. Od połowy meczu zagraliśmy odważniej. Dwa razy więcej strzelaliśmy – mówi Bartosz Gotkiewicz, grający trener Górali po falstarcie Polaków w MŚ w Rydze.

Odniosło się wrażenie, że nasi reprezentanci bardzo stremowani rozpoczęli spotkanie. Szybko Turwoń złapał karę i wsadził „na konia” Słowaków. Ci posiadali inicjatywę, ich akcje ofensywne były bardzo groźne. Grali wysokim pressingiem i biało –czerwoni mieli problemy z dokładnym rozegraniem piłeczki. Dużo było niecelnych podań, które przechwytywali rywale i śmierdziało pod naszą bramką. Z kolei Polacy nie wykreowali sobie sytuacji godnej odnotowania. Strzałów było jak na lekarstwo, a jak były to bardzo słabe. Słowacy świetnie blokowali nasze niesygnalizowane próby strzałów czy dograń. Podania nie dochodziły adresata. Przeciwnik objął prowadzenie po strzale z dystansu. Przy drugim golu zawalił Dahlstroem, który odbił piłeczkę wprost na kij przeciwnika.

W drugiej tercji Polacy wrócili do gry. W odstępie 58 sekund zdobyli dwa gole. Wcześniej jednak stracili z karnego. Bogdański daleko wybiegł z bramki i sfaulował szarżującego napastnika. Między słupkami zastąpił go bramkarz Szarotki Jastrzębski. Nie dał rady zatrzymać Matejki, który fantastycznie wykonał karnego. W ofensywie biało –czerwoni długo byli bezradni. Tylko Malajka zmusił słowackiego golkipera do wysiłku. Ale przyszła 36 min. Strzał Macieja Sieńko odbił się od bandy zza słowacką bramką, piłeczka wyszła przed bramkę przy drugim słupku i Antoniak wpakował ją do pustaka. 58 sekund później Polacy wykonywali wolnego spod bandy i zrobili to wyśmienicie. Piłka po „zawijasie” wpadła do bramki.

Trzecia odsłona zaczęła się obiecująco dla naszej drużyny. Doprowadziła do wyrównania. Nie popisał się bramkarz Słowaków. Niestety 4 minut później przeciwnik znowu wyszedł na prowadzenie. Niedokładne zagranie w środku pola, strata piłeczki i… stało się. 2 minuty przed końcem wycofaliśmy bramkarza, ale Malajka stracił piłkę i Kubovic z daleka trafił do pustej bramki. Na otarcie łez Chlebda zodobył jeszcze  bramkę

- Zaczęliśmy przestraszeni i daliśmy się rywalowi zepchnąć do defensywy – mówi Bartosz Gotkiewicz, grający trener Górali. – Słowacy nas zdominowali. Szkoda, że Chlebda nie wykorzystał setki, bo to była jedyna sytuacji w pierwszej tercji. Za bardzo cofnęliśmy się do tyłu. Próbowaliśmy atakować, ale nic z tego nie wychodziło. Od połowy meczu zagraliśmy odważniej. Dwa razy więcej strzelaliśmy i zdobyliśmy dwa gole. Uwierzyliśmy, że można pokonać przeciwnika. Niemniej przeciwnik był lepszy. Martwi, że nie wszyscy zawodnicy grali na swoich pozycjach - Chlebda, Pelczarski, Truwoń. Gdy Pelczarski został przesunięty na nominalną pozycję do obrony, ta znacznie lepiej się spisywała. Dziwne, że tak doświadczeni zawodnicy jak Ligas czy Kostela nie powąchali boiska. Przecież ich potencjał powinien być wykorzystany, a nie żeby z boku wspomagali kolegów. Jeśli trener ich nie widział w składzie, to mógł powołać młodszych, żeby poczuli atmosferę wielkiej imprezy. Jeśli ich zabrał, to powinien ich wykorzystać.

Polska – Słowacja 4:6 (0:2, 2:1, 2:3)
0:1 Kucko – Gal (13:10)
0:2 Grlicky (16:12)
0:3 Matejka (24:29 karny)
1:3 Antoniak -Maciej Sieńko (35:54)
2:3 Kozubal - Korpan (36:52)
3:3 Antoniak - Hmrol (43:29)
3:4 Kubovic (47:32)
3:5 Kubovic (58:02 do pustej)
4:5 Chlebda – Antoniak (59:52) 4:6 rezanina (59:57)


Polska: Bogdański (Jastrzębski) – Hamrol, Antoniak, Maciej Sieńko, Michał Sieńko, Turwoń – Malajka, Chlebda, Dahlstroem, Heyne, Łukaszewski – Pelczarski, Kozubal, Łyskawa, Korpan, Malasiewicz –Leja. Trener Jan Holovka.

Stefan Leśniowski
Zdjęcie flickr.com
 

Komentarze







reklama