12.10.2016 | Czytano: 5826

Jeśli chcesz wymagać od innych, zacznij wymagać od siebie (+zdjęcia)

- Tylko od nas zależy jak życie przeżyjemy. Nikt za nas niczego nie zrobi. Nic za darmo się nie dostaje. Spełnienie marzeń, to efekt ciężkiej, żmudnej pracy. Czuję się spełniona – mówi Paulina Rzeczkowska, czwarta zawodniczka mistrzostw kraju w bikini fitness.

„Jeśli o czymś usłyszysz - zapomnisz, jeśli coś zobaczysz -zapamiętasz, a jeśli coś zrobisz - zrozumiesz. Życie daje dużo możliwości. Trzeba mieć tylko odwagę, by po nie sięgnąć” – to motto, którym kieruje się Paulina Rzeczkowska.

- Nie mistrzowskie tytuły, ani nie sukcesy stanowią o tobie, lecz charakter definiuje co jest sukcesem. Definiuje twoją siłę i sławę, a wszystko zaczyna się w tobie. Jeśli cel jest mocno zakorzeniony w głowie, to można go osiągnąć – mówiła podczas naszego pierwszego wywiadu, po udanym debiucie w mistrzostwach Polski. Zajęła wtedy siódme miejsce w seniorach i zakwalifikowała się do seniorskiej kadry narodowej Masters.

- Zrezygnowaliśmy ze startu. Paulina nie jest jeszcze na tyle przygotowana, by wystartować w tej rangi imprezie. Był za krótki czas, by wszystko dopiąć na ostatni guzik. Chcemy przygotować się do październikowych mistrzostw Polski Masters, dla pań powyżej 35 roku życia – podkreślał trener Stanisław Malecki.

Rozsądna decyzja, bo zawodniczka tak naprawdę sportową przygodę rozpoczęła w tym roku. Rzucenie na głęboką wodę nie było konieczne. - Śledziłam zawody i kariery zawodniczek. Pomyślałam, że spróbuję swych sił w tym sporcie. Moim marzeniem było wejść na scenę i zaprezentować swoją długoletnią pracę – mówiła.

Marzenia się spełniają. Niedawno wystartowała w krajowym czempionacie Masters i w swoim trzecim starcie w życiu dotarła do finału. Uplasowała się na czwartej pozycji, do najniższego stopnia podium zabrakło dwóch punktów!

- Pracuję, jestem mamą i pasjonatką sportu siłowego – podkreśla. - Poprzez starty nabrałam odwagi, pewności siebie i pierwszy raz w życiu poczułam, że stać mnie na wiele. Że ograniczenia, jeśli już są, to tylko w mojej głowie i warto je pokonywać. Poczułam siłę i radość z tego co robię. Myślę, że mój rozwój zawodowy, w temacie prowadzenia treningu, poszerzył się, rozwinął i teraz z jeszcze większą energią motywuję innych, a przede wszystkim kobiety, że warto inwestować w siebie, marzenia i rozwój. Tylko od nas zależy jak życie przeżyjemy. Nikt za nas tego nie zrobi – apeluje. - Czwarte miejsce, to dla mnie duże osiągnięcie, zaważywszy na moją krótką historię startów. Widać wyraźnie tendencję zwyżkową. Do podium zabrakło dwóch punktów. W sporcie aż dwóch. Wiem, że dla sportowca czwarte miejsce jest najgorsze, ale dla mnie, czy ktoś w to będzie wierzył czy nie, jest jak pierwszym. Dla mamy 5- latka, dla kobiety czynnej zawodowo, to mega wyczyn, by sprostać takiemu wyzwaniu. Niedługo kończę 37 lat i śmiało mogę powiedzieć, że czuję się spełniona. Wykonałam kawał dobrej roboty. Udowodniłam, że marzenia nie spełniają się same, ale się spełniają. Każdy je ma. Wygrały lepsze zawodniczki, bardziej doświadczone, które startują lata. Katarzyna Dmochewicz ma ogromne doświadczenie. Jej forma jest nienaganna. Dopracowany każdy szczegół. Jestem pod ogromnym wrażeniem jej sylwetki i dziewczyn z miejsc dwa i trzy. Są moim wzorem do dalszej pracy nad sylwetką. Mojej brakuje jeszcze jakości, ale po to jest życie, by się w nim doskonalić. Wiem jedno, że z treningu na trening, z miesiąca na miesiąc różnice będą zauważalne. Z każdego najmniejszego postępu należy się cieszyć. Nic nie dostaje się za darmo. To efekt ciężkiej, żmudnej pracy. U kobiet cięższej, bo masa mięśniowa przybywa bardzo wolno i trzeba sporo potu wylać, by uzyskać zamierzony efekt. A czy taki jest realny? W jakimś stopniu na pewno, ale wymaga to dużego nakładu pracy i przede wszystkim czasu.

Nowotarżanka z wielką konsekwencją realizuje założony cel, a przy okazji spełnia marzenia. Jest wielozadaniowa, jak mówi o sobie. Bo zajęcia na siłowni, sali gimnastycznej łączy z pracą zawodową i bycia matką.

- Start w zawodach sylwetkowych zrodził się dokładnie rok temu – przypomina. - Postanowiłam spróbować sił w tym sporcie. Kwietniowe mistrzostwa Śląska były przetarciem szlaków i zapoznanie się ze sceną, z zasadami zawodów. Runda pierwsza i powrót do domu. Łzy rozczarowania, ale dodały mi sił, by tydzień później wystartować w kolejnych zawodach, mistrzostwach kraju. Przeszłam do półfinału, zajęłam siódme miejsce w kategorii seniorek czyli tak naprawdę w kategorii, gdzie dziewczyny miały lat naście, a ja kwalifikowałam się już do Mastersów czyli kategorii wiekowej plus 35. Wystartowałam po raz pierwszy w eliminacjach do mistrzostw świata w swojej kategorii wiekowej i zakwalifikowałam się rzutem na taśmę. Wiedziałam jednak, że to za wysokie progi i że warto popracować nad formą, by sprostać docelowym zawodom, mistrzostwom weteranów. To była moja kategoria wiekowa, gdzie mogłam z równymi sobie zawodniczkami stanąć do rund. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Marzyłam o finale, miałam go w głowie. Wiedziałam, że mnie na niego po prostu stać. Ufałam sobie, ufałam osobom, które mnie prowadziły - Pauli Mocior (utytułowana mistrzyni bikini fitness) i Stanisławowi Małeckiemu ( właściciel siłowni, do której uczestniczyłam, ale też znawca tematu treningu siłowego). Wierzyłam, że jeśli się nie poddam, będę pracować bez zawahania, cierpliwie, konsekwentnie, to cel jest realny. Jako fitnesska pracuję na sali od 2006r. Te lata, to lata pasji i miłości do sportu, ludzi którzy ze mną się spotykali na sali. To też ich energia i motywacja do działania. Pracuję obecnie jako trenerka i właśnie to m.in. zmobilizowało mnie do podjęcia wyzwania. Pomyślałam: „ jeśli chcesz wymagać od innych, zacznij wymagać od siebie. Udowodnij innym, tym którzy ci zaufali, że wszystko jest możliwe, gdy tylko się tego naprawdę chce”. I tak też się stało. Zawsze preferowałam zdrowy styl życia z racji mojej pasji, ale też dlatego, że tak lubię. Dlatego samo przejście na ścisłą dietę nie było problemem. Większym było nauczenie się konsekwencji i systematyczności, bo tego wymagają przygotowania. Posiłki na określone godziny, wyliczona gramatura makroskładników. I nie mogło być w tym okresie nic ważniejszego. Skoro podjęłam wyzwanie, to działanie zgodnie z planem było na pierwszym miejscu. To po prostu był mój obowiązek. Poznałam trening siłowy, bo on znacznie różni się od treningu fitnessowego. Jest cięższy i musiałam zrozumieć, że do zbudowania sylwetki muszę trenować mocniej niż facet. Mocniej nie znaczy, by podnosić takie ciężary jak facet. To nierealne, ale skupiam się na tym, by były maksymalne do moich możliwości. Bym się ich nie bała, a wręcz wymuszała na sobie cięższą pracę niż mogłam przyjąć do świadomości. To miał być mocny trening, a nie trening, który sprawia, że wychodząc z siłowni poszłabym na całonocną imprezę. Ten trening miał poruszyć niebo i ziemię, by sylwetka zaczynała się zmieniać. Praca nad sylwetką to jak praca z plasteliną. Dostajesz ją w ręce i tylko od ciebie zależy co z niej ukształtujesz.

Cel miał się spełnić w stolicy Polski. To tam rozgrywane były mistrzostwa kraju weteranów. To temu przedsięwzięciu nowotarżanka podporządkowała cały swój cykl życia, sporo wyrzeczeń.

- Pojechałam tam mając w głowie jeden cel „Paulina daj z siebie maxa. Liczą na to nie tylko najbliżsi, ale też trenerzy i podopieczni, którzy cię wspierali”. Wizualizacja celu jest dobra, bo ona zbliża nas do niego. I tak się stało. Gdy po rundzie półfinałowej usłyszałam mój numer, że jestem w finale, w najlepszej szóstce, to było niesamowite uczucie. Uczucie radości z tego, że praca nie poszła na marne. To nie były łatwe zawody, bo zazwyczaj zawody kończą się tego samego dnia, a te trwały od piątku do niedzieli. Zakończyły się rundą finałową w niedzielę późnym popołudniem. Trudność polegała na tym, że zawodnik jest już zmęczony czekaniem i też restrykcją przed wyjściem na scenę, czyli okrojoną dietą, piciem wody itd. Ale z drugiej strony adrenalina jest tak duża, że myśli się tylko o tym, by zaprezentować się jak najlepiej, by pokazać atrybuty sylwetki. Bo przecież ona jest oceniana, praca, którą się włożyło podczas przygotowań. Gdy patrzę na zdjęcia z pierwszych zawodów, a z tych, widzę, mimo małego doświadczenia, olbrzymi krok w przód. Nie tylko w sylwetce, bo pół roku między jednymi a kolejnymi zawodami nie może sprawić cudów, ale mam większą świadomość ciała, poruszania się po scenie, pokazywania tego co wypracowałam, odwagę i otwarcie. „Patrzcie, to moja praca”. To właśnie zaważyło, jestem o tym przekonana, że finał stał się dla mnie realny.

Teraz czas na odpoczynek, poświęcenie więcej czasu rodzinie, która wspiera zawodniczkę. – Rzeczywiście ciut oddechu mi się przyda. Także regeneracji, bo jednak czuje się, że organizm mówi „daj mi czas”. A potem? Nie wiem. Być może… Chociaż prawie podpisałam już notarialnie moim najbliższym, że nie będę startować (śmiech).

Stefan Leśniowski
Zdjęcia Sylwester Szymczuk

 

Reklama

Komentarze





reklama