16.09.2016 | Czytano: 5078

Jarosław Różański w ekskluzywnym klubie!

Jarosław Różański, który dzisiaj zaliczył tysięczny występ w ekstraklasie - dołączył jako trzeci do ekskluzywnego klubu „1000” ( są w nim: Mariusz Puzio i Adrian Parzyszek) - opowiada, jak zmieniła się liga przez ostatnie dwadzieścia lat i że to nie musi być jego pożegnalny sezon.

- Znajomi nie pytają dlaczego wciąż grasz?

- Czy mi się jeszcze chce? Pewnie, że chce. Te pytania zapewne dlatego, że wielu moich rówieśników zakończyło kariery. Jestem jednym z najstarszych w lidze. Dopóki jest pasja, dopisuje zdrowie i jestem w stanie pomoc drużynie, dopóty jest sens tego co robię. Gdybym był nienasycony, może byłoby inaczej, a tak wciąż chcę grać. Dopóki będzie dla mnie miejsce w drużynie, to będę się starał robić to co potrafię najlepiej.

- Nie miałeś chwil zwątpienia, by rzucić to w kąt?

- Są różne etapy w życiu sportowca. Tych dobrych momentów jest trochę więcej i to przeważyło, że ciągle mogę, że daje radę. Nie ukrywam, że były momenty zwątpienia. Zwłaszcza, gdy miałem kontuzje czy po serii porażek. Czasem czułem zmęczenie. Sezon jest długi i nie ma zawodników, których nie dopadłby spadek formy, czy brak motywacji. Ale za chwilę znowu kocham hokej. Potrzebuję bodźca, który to zrównoważy. Może to być wygrany mecz, dobry występ albo ciekawy trening. Nie zawsze jest idealnie, ale najłatwiej byłoby wtedy się poddać. Uciec od problemów. Niepowodzenia mnie motywują, tak było przez całe życie.

- Co ci daje największą radość z gry w hokeja?

- Dobrze czuje się po wysiłku, z tymi endorfinami to chyba nie przesada. No i ta adrenalina, która towarzyszy każdemu spotkaniu. Chęć pokazania wszystkiego co się ma najlepsze. Muszę być dobry, zaangażowany na lodzie na sto procent. Czuć się potrzebny drużynie. Nigdy nie uznawałem półśrodków.

- Wielu może sobie pomarzyć o takim debiucie w ekstraklasie jaki tym miałeś? Ostatni mecz finałowy mistrzostw Polski z Unią i od razu złoty medal.

- To był dziwny mecz. Młodych wysłano do Oświęcimia, by przegrać. Z takim samym zamiarem do meczu przystąpił przeciwnik. Doszło więc do parodii spotkania, bo nikt nie chciał wygrać. Podhale, bo chciało kolejny tytuł świętować u siebie, a Unia nie chciała narażać się na jeszcze jeden wyjazd do stolicy Podhala. Trener Ewald Grabowski oglądał potyczkę z kawiarni. Ja miałem satysfakcję, że dostrzeżono mnie.

- Do Ewalda Grabowskiego przylgnął przydomek „kat”. Słusznie?

- Takie określenie do niego pasowało, bo rządził twardą ręką. Typowy reprezentant rosyjskiej szkoły hokeja. Ciężkie treningi. Nie znosił obiboków. Zbudował „Małpi Gaj”, by w nim nas torturować, ale to nie była jedyna forma treningów. Wprowadził dużo nowych rzeczy do treningu i sposobu gry. Trzeba było wylać mnóstwo potu i zostawić zdrowia na treningach, żeby załapać się do drużyny. Wtedy były inne czasy, konkurencja z dołu mocno naciskała. Inaczej niż obecnie. Grabowski zmienił mentalność chłopaków, podejście do hokeja. Inna rzecz, że trafił na podatny grunt, na zawodników z mocnym charakterem, wiedzących co chcą w sporcie osiągnąć. Był wymagający, wiedział, że trzeba nas trzymać twardą ręką. Stanowczy i konsekwentny w swoim działaniu. Efekty jego pracy przyszły szybko. Podhale było nie do zatrzymania w lidze. Ten sam model później przyjęła Unia, która zatrudniła szkoleniowca za wschodniej granicy i też pod jego wodzą święciła triumfy.

- Ewald nie dał sobą rządzić. Byli trenerzy, którym można było wyjść na głowę?

- Po erze Grabowskiego kierunek szkolenia się zmienił. Przyszła do nas słowacka szkoła i to był okres, w którym polski hokej bardzo dużo stracił. Być może przez mentalność Polaków, którzy wolą, żeby nad nimi stał trener z batem. Prowadził zajęcia, pilnował, by były wykonane, bo w przeciwnym razie praca nie będzie rzetelnie wykonana. Nasza dyscyplina wymaga, żeby zawodnicy byli trzymani, że się tak wyrażę, za mordę.

- Który z trenerów miał największy wpływ na twoją karierę?

- Najbardziej będę pamiętał Tadeusza Kalatę, który przeprowadził mnie przez najgorszy okres, od młodzika do juniora. Wtedy młodemu człowiekowi różne myśli przychodzą do głowy. Dlatego początki są najważniejsze. Nie mogę też zapomnieć o Józefie Stryczku, przy którym stawiałem pierwsze hokejowe kroki. Dużą rolę w moim sportowym życiu odegrał też Tadeusz Bulas. W seniorach każdemu szkoleniowcowi coś zawdzięczam.

- Kultowy tekst trenerów?

- Żałuję, że nie robiłem notatek, bo byłaby ciekawa lektura. W sporcie grają emocje i czasami wypowiedzi na gorąco są najzabawniejsze, ale też takie, które nie nadają się do publikowania.

– „Zawodnik wielofunkcyjny to prawdziwy skarb dla trenera” – tak mówił o tobie Andrzej Słowakiewicz.

- Zaczynałem od gry w ataku i na tej pozycji grałem do młodzika. W juniorach grupa stworzona była z dwóch roczników. Było w niej bogactwo napastników, m.in. Dariusz Łyszczarczyk, Patryk Pysz, a brakowało defensorów. Trener Tadeusz Kalata cofnął mnie do obrony i sprostałem zadaniu. Często później w drużynie „latałem dziury”, gdy ktoś wypadł w obronie. Najlepiej jednak czuję się z przodu.

- Grałeś też w piłkę nożną i unihokeja. W tej drugiej dyscyplinie wywalczyłeś nawet wicemistrzostwo Polski.

- Na początku mojej seniorskiej kariery nie było przygotowań do sezonu jak teraz. Maj był wolnym miesiącem i spotykaliśmy się dopiero w czerwcu, a często nawet w lipcu. Miałem sporo wolnego czasu, który spędzałem w Łopusznej. Namówiony przez działaczy Przełęczy występowałam w A-klasowej drużynie. Traktowałem to jako formę przygotowań do sezonu. Kiedy czasu było mniej, a przygotowania do sezonu ruszały wcześniej, musiałem zrezygnować z futbolu. Wracam do tego okresu z sentymentem. Niemniej jeśli mam możliwość zagrania w piłkę, to korzystam z okazji. Chyba nie umiem ludziom odmawiać, bo gdy Wiesław Pieprzak zaproponował mi grę w drużynie unihokeja, skorzystałem z zaproszenia. Zagrałem, po krótkim przygotowaniu, dwa mecze w turnieju finałowym mistrzostw Polski i mam na koncie wicemistrzowski tytuł.

- „Emigracja nauczyła mnie nowego podejścia do hokeja, do swoich obowiązków” – tak powiedziałeś Sportowemu Podhalu po powrocie z Zagłębia.

- Klub jeśli sprowadza zawodnika, to musi być lepszym od swoich. Dla miejscowych trzeba być przykładem, nauczycielem. Nie ma prawa podwinąć się noga. Musisz być bezbłędny w tym co robisz. Miałem sporo czasu na trening, na przygotowania i przemyślenie wielu spraw. W domu nie byłoby na to czasu, bo zawsze znajdą się inne zajęcia. Mogłem więc spojrzeć na moją dyscyplinę z innego punktu.

- Jak było z tymi transferami do Krynicy, Sosnowa i Oświęcimia?

- Miałem nie po drodze z trenerem Stanisławem Małkowem. Zostałem przez niego posądzony o rzeczy, które działy się w drużynie. Musiałem więc zmienić klimat. Wybrałem Krynicę. Krótko tam byłem, ale mile wspominam ten okres. O przyszłości „katechetów” zdecydowały wybory samorządowe. Gdyby Golba został burmistrzem, to hokej miałby się dobrze w tym mieście. Tak się nie stało i działacze zostawiali nam wolną rękę w wyborze klubu. Wróciłem do Nowego Targu, a zdecydowały o tym względy rodzinne. Potem w życiu pojawił się moment, by spróbować czegoś innego, zagrać w innym klubie niż Podhale. Pojawiła się propozycja z Sosnowica i z niej skorzystałem. Ciekawa przygoda, otworzyła mi inne spojrzenie na hokej. Nie ukrywam, że początki były trudne. Zbudowano drużynę na medal, z dobrymi zawodnikami, ale w pewnym momencie zaczęły się problemy organizacyjno – finansowe i cel nie został zrealizowany. Chociaż niewiele zabrakło do brązowego krążka. Kolejny transfer nastąpił po spadku Podhala do pierwszej ligi. W Nowym Targu była trudna sytuacja finansowa i nowy zarząd postawił sprawę jasno: „jeśli znajdziecie sobie klub, to możecie odejść”. Odszedłem do Oświęcimia. Pierwszy sezon w Unii wspominam bardzo fajnie. Grało mi się super. Znaleźliśmy wspólny język z trenerami i Rzeszutko, z którym grałem w ataku. Doszedł do nas potem Chomko i Piotrowicz. Niestety kolejnego sezonu nie wspominam mile. Zmienił się trener, który sprowadził ośmiu swoich zawodników i na nich stawiał.

- Jak zmieniła się liga przez te dwadzieścia lat?

- Przez 20 lat powinno się być widać wyraźny postęp, a tak nie jest. Kiedy wchodziłem do seniorów, to poziom był bardzo wysoki. Zawodnicy byli świetnie wyszkoleni technicznie. Im krążek nie przeszkadzał. Wiedzieli kiedy przyspieszyć grę, kiedy zwolnić. Najlepszym wskaźnikiem poziomu jest reprezentacja. Wtedy drużyna narodowa biła się o grupę A. Walczyliśmy jak równy z równym ze Szwajcarią, Białorusią, Łotwą. Niestety koniec lat 90-tych został przespany. Cześć chłopaków, która powinna tworzyć trzon reprezentacji, moi koledzy z U20, musieli zawiesić łyżwy na kołku, by zarabiać na życie. Kilkunastu perspektywicznych zawodników zakończyło kariery. Powstał SMS, w którym początkowo uczyli się wszyscy najlepsi, pozą mną i Robertem Kwiatkowskim z reprezentacji. Był dobry materiał, żeby reprezentacja wróciła na właściwe tory. Ale zabrakło zapału, przebojowości działaczy, by znaleźć sponsora. Teraz małymi kroczkami próbujemy odbudować markę. Hokej to droga dyscyplina i bez sponsorów nie da się zrobić dobrych wyników, wykształcić reprezentantów kraju. Sponsoring powiązany jest z wynikami reprezentacji. Bez dobrej reprezentacji, która jest siłą napędową dyscypliny, trudno będzie o sponsora. Dlatego też większość klubów ma problemy. Trzeba inwestować w młodzież. Niestety mamy leniwe pokolenie, które nie kwapi się do ciężkich treningów. Woli wygodniejsze życie, a ma w czym wybierać. Tylko praca przynosi efekty.

- Twoje pokolenie było obarczone PRL-em, w którym – mówiąc oględnie – lekko nie było. Młodzi dzisiaj nie mają takiego obciążenia. Nie uważasz, że mają wszystko podane na tacy?

- Przeżyłem czasy PRL-u, kiedy nie mieliśmy tak wielu możliwości jak obecnie. Zachód był niedostępny, kojarzył się z czymś lepszym. Byliśmy ukierunkowani na Wschód. To na pewno wpłynęło na moje pokolenie. Oknem na świat był sport. Wtedy sporo dzieci i młodzieży garnęło się do sportu. Jak zaczynałem grać w hokeja, to w każdej grupie wiekowej do klas sportowych było 74 chętnych na pierwszym teście. 2 - 3 zawodników dostawało się do pierwszej drużyny. Ogromna była konkurencja, ale dzięki temu nauczyłem się dyscypliny, pokonywania problemów, radzenia sobie w życiu. Taki system hartował człowieka. Sport jest szkołą charakteru, życiowej dyscypliny. Uczy radzenia sobie z porażkami, daje szerokie spojrzenie na świat, pozwala go lepiej poznać. Teraz młodzi dostają wszystko na tacy. Nie muszą rywalizować o miejsce w drużynie, dostają je na kredyt. W Podhalu dwa razy się zdarzyło, że zawodnicy hurtem weszli do pierwszego zespołu. Pierwszy raz gdy Wieńczysław Kowalski wycofał się ze sponsorowania, a później gdy spadliśmy do pierwszej ligi. Proszę mi wierzyć, że jeśli zawodnik wywalczy sobie miejsce ciężką pracą, to będzie to miejsce szanował. Będzie też lepszy technicznie i przygotowany fizycznie. Nie wrzucam wszystkich zawodników do jednego worka, ale w większości tak jest, że na kredyt dostali miejsce w drużynie. Jeśli młody łatwo zarobi pieniądze, to lekką rączką je wyda. Gdy zaharuje na nie, to dwa razy obejrzy je nim wyda. Wiem jak teraz do wszystkiego podchodzą młodzi, bo sam mam dzieci. Deprawujemy dzieci. Chcemy im wynagrodzić, tym czego moje pokolenie nie miało. Chyba taka jest natura rodzica.

- W szatni coraz mniej starszych zawodników. Nie masz problemów z językiem młodzieży?

- Jakoś sobie radzę. Jak nie rozumiem jakiś skrótów, to tłumaczą mi na polski. Doświadczam też tego w domu i jeśli nie wiem, to podpytam, o co chodzi. Już wiem, że „spk” to „spoko”, a „ct” – „co tam”

- Czujesz się spełniony?

- Zabrakło mi udziału w igrzyskach olimpijskich. Podczas turnieju kwalifikacyjnego w Rydze byliśmy bardzo blisko. Nieznacznie przegraliśmy, grając jak równy z równym z Białorusią, Łotwą i Słowenią. Tego turnieju nie zapomnę do końca życia, bo bylem w najlepszej reprezentacji na przestrzeni mojej kariery. Byli w niej sami najlepsi zawodnicy. Niestety czegoś zabrakło, by być do końca spełnionym.

- Gdybym nie był hokeistą, to byłbym…

- Nie wiem. Może byłbym w służbach mundurowych, a może prawnikiem. Inaczej potoczyło się moje życie

- A politykiem? Startowałeś w wyborach. Polityka to dla ciebie nowe wyzwanie?

- Rzeczywiście dwukrotnie starowałem w wyborach. Dzięki sportowi jestem rozpoznawalną osobą. Od czasu do czasu zajmuję się polityką. Polityka to wiązanie się z jedną partią polityczną, a ja nie chcę być zaszufladkowanym. Jak nie jest się do czegoś przywiązany, to ma się czystą głowę do tego, by coś zmienić. Teraz ordynacja wyborcza jest taka, że trzeba się przypisać do partii, ale niekoniecznie być jej członkiem.

- Jak długo chcesz jeszcze grać?

- Podstawowy warunek, by kontynuować karierę, to zdrowie. Na razie odpukać nie wygląda źle. Fizycznie nie czuję się wypalony. Pytanie czy będą chętni, by korzystać z moich usług.

- Co będziesz robił za metą?

- Udało mi się ukończyć studia ekonomiczne, by po zakończeniu kariery mieć zabezpieczenie. Na pewno czeka mnie przebranżowienie. Mam plany, ale zweryfikuje je czas. Może zostanę przy hokeju? Można różne rzeczy robić w hokeju, ale trzeba temu zajęciu poświecić się w stu procentach. Chciałbym zostać przy hokeju, ale nie wiem czy będzie dla mnie miejsce. Nigdy nie chciałem być trenerem, chociaż mam sygnały, że nadawałbym się do tej profesji.

Stefan Leśniowski

 

 

Komentarze







reklama