Większość promuje inne kluby i miasta. Zdobywa dla nich największe zaszczyty. Drenaż Podhala w ostatnich latach jest ogromny i zapewne się nie skończył. Nie wiadomo czy nasze dwie gwiazdy będą nadal reprezentować nowotarski klub. Jeszcze nic nie jest przyklepane, ale możniejsi wyciągają po nich ręce. Marek Ziętara, jak obejmował pierwszą drużynę, miał obiecane, że systematycznie będą wracali wychowankowie. Wracali, ale po sezonie pakowali manele i wyjeżdżali. Trener montował zespół z tych co zostali w klubie. Z dołu wyciągnął za uszy wszystko, co było do wyciagnięcia, aż w „studni” zabrakło wody, o czym wszyscy przekonali się w minionym sezonie. Nie było kim zastąpić kontuzjowanych czy chorych graczy. Kiedyś w takich okolicznościach pięciu zawodników kandydowało na jedno miejsce. Bito się o nie. Nawet, gdy trwał rozbiór Podhala, jak w latach 70 i 80-tych, to ubytków nie było widać. Wskakiwali nowi, którzy od razu odgrywali czołowe role w zespole, a często trafiali do reprezentacji kraju. Nadprodukcja nie marnowała się, zasilała kluby w całej Polsce.
Zarzucano trenerowi, że dramatyzuje. Tak mogli mówić tylko ci, którzy daleko są od codziennych klubowych trosk. Zapewne wielu, po nowotarskim juniorskim czempionacie, zmieniło zdanie. Przekonało się, że wcale nie jest tak dobrze, jak to wygląda podczas różnych uroczystości, gdzie podaje się kibicom piękne opakowanie. Tylko, że zawartość nie ma się nijak do tego jaki jest przekaz na opakowaniu. Trzeba przede wszystkim zadbać o to, co jest w środku.
Szkolenie w Podhalu było wzorem dla wszystkich i nic dziwnego, że okrzyknięto klub kuźnią hokejowych talentów. Grupy młodzieżowe zdobyły łącznie 137 medali, w tym 88 z najszlachetniejszego kruszcu. Nikt nie może się pochwalić takim dorobkiem. Nie było sezonu, by Podhale nie stało przynajmniej raz na „pudle”. W sześciu sezonach zgarnęło wszystkie mistrzostwie tytuły. Tymczasem ostatni tytuł młode „szarotki” zdobyły w 2012 roku (juniorzy młodsi). Na te sukcesy pracowało wiele pokoleń oddanych działaczy, wybitnych trenerów i zawodników. Też nie były to lekkie czasy. Prezes Fuchs i pozostali działacze częste stali z kapeluszem pod kościołem, by zebrać sumę na wyjazd drużyny. Dzisiaj... Rodzice nie ukrywają, że klub egzystuje w oparciu o ich fundusze (składki 70 zł. miesięcznie plus sprzęt, kije, wyjazdy). To po co MMKS? – pytają. Może nazwijmy klub „Rodzice”, albo przyjemniej dodajmy do nazwy, jak to jest z pierwszą drużyną.
W ubiegłym sezonie tylko młodzicy zdobyli brąz, w tym jest jeszcze gorzej. Nikt nie zdobył medalu, ale co gorsza, tylko juniorzy grali w finałach. Zabrakło juniorów młodszych, młodzików, a żacy nie pojechali na baraż, bo nie było pieniędzy. „Po co się cały rok trenuje?” – pytał jeden z trenerów. I sam odpowiada: „By na koniec sezonu walczyć o wisienkę na torcie. Są w grupach „perełki”, ale nie jeżdżą na mecze, bo rodziców nie stać. Trenują ci, których stać, a niekoniecznie są to wybitne jednostki”. W takich barwach jawi się obraz upadku kuźni talentów.
- Przestańcie mówić o kuźni, to już przeszłość – powiedział jeden z trenerów, uczestników mistrzostw Polski juniorów w Nowym Targu. – Od pewnego czasu już nie liczycie się w grupach młodzieżowych, a tutaj jesteście jedną z najsłabszych drużyn – dodawał.
Trener Paweł Gil jest innego zdania. Był zadowolony z postawy swoich chłopaków, którzy odpadli w eliminacjach. Takie głaskanie na pewno im na dobre nie wyjdzie. Nic dziwnego, że nie wytrzymują presji, a to przecież normalka w sporcie. Wybałuszyłem oczy, gdy powiedział: „Gdy pojawił się projekt organizacji mistrzostw Polski u nas, zawodnicy byli wystraszeni”. No i proszę. Trenerze głaskaj dalej. Hokej to sport dla twardzieli, nie dla lalusi.
Marek Ziętara po obejrzeniu czempionatu ma z pewnością ból głowy. Gdyby spojrzeć na wyczyny naszych juniorów, to jego notes musi być pusty. Tylko skąd weźmie graczy, gdy mu odejdą następni? Szkoleniowcy twierdzą, że dopiero rocznik 2002 i 2003 rokuje pewne nadzieje i od razu dodają, jeśli wszyscy zostaną, a to uzależnione jest od budżetu rodziców.
TRZEBA BIĆ NA ALARM! Bo ani się obejrzymy, jak - po byłej stolicy polskiego hokeja - pozostaną tylko zdobyte trofea w Sali Tradycji.
Stefan Leśniowski










