08.04.2016 | Czytano: 1349

Cud w Spodku!

8 kwietnia 1976 roku, w katowickim Spodku doszło do jednego z najsłynniejszych wydarzeń w historii nie tylko polskiego hokeja, ale także sportu. Dokonał się cud!

Biało –czerwoni ograli wielką i niepokonaną ekipę ZSRR. Kilkanaście dni wcześniej, podczas igrzysk olimpijskich w Innsbrucku, biało –czerwoni przegrali ze wschodnimi sąsiadami 1:16. Polacy przegrali 27 spotkań z rzędu i niemal zawsze w dwucyfrowych rozmiarach. A jednak cuda się zdarzają! Wygraliśmy 6:4! Niżej podpisany oglądał to spotkanie na żywo w Spodku. Nie żałuję do dzisiaj, bo byłem świadkiem niezapomnianego wydarzenia.

Sympatykowi hokeja trudno było sobie odmówić oglądania najlepszych w świecie, gdy czempionat rozgrywany był pod nosem. W tym czasie studiowałem w Krakowie i codziennie dojeżdżałem do Katowic, wracając po meczach pociągiem Katowice – Sanok/Zagórz. Przyznam się, że na mecz z ZSRR nie wybierałem się. Nie chciałem oglądać kolejnej klęski. Bardziej interesowały mnie pary: ZSRR – CSRS, ZSRR – Szwecja, Szwecja – CSRS i spotkaniach naszych reprezentantów z ekipami, z którymi mogliśmy powalczyć. Dzięki znajomościom ciotki, zdobyłem bilety na interesujące mnie spotkania. Był jednak jeden warunek, aby jej otrzymać, trzeba było zakupić bilety na mecze mniej interesujące. Takim wtedy uznano potyczkę gospodarzy z „Wielkim Bratem”. Z „zaproszenia” skorzystałem.

Hala nie była wypełniona w komplecie. Najwięcej widzów było zza południowej granicy i oni niesamowicie dopingowali naszych. Polscy kibice zaczęli przychodzić, gdzieś w połowie meczu, gdy z relacji radiowej, telewizja meczu na żywo nie transmitowała, dowiadywali się, że w Spodku dzieją się cuda. Sam nie wierzyłem własnym oczom co się dzieje na tafli. Prowadziliśmy po 20 minutach 2:0. Gdy po drugiej tercji prowadziliśmy 5:2 nadal nie wierzyłem, że możemy to spotkanie wygrać. Radzieccy hokeiści wychodzili ze skóry, ale nic im nie wychodziło. „Pokpili sprawę i spotka ich zasłużona kara” – mówili czescy kibice, którzy zdzierali gardła za naszych orłów. Z każdą minutą rosły emocje. Sidelnikowa w bramce zastąpił Trietiak, ale i on musiał wyjmować krążek z siatki. Graliśmy dobrze, ale Charłamow, Michajłow, Malcew, Żłutkow, Jakuszew i ich koledzy mocno cisnęli. Pod bramką Andrzeja Tkacza dochodziło do dantejskich scen, ale ten miał swój dzień. Bronił jak w transie i często radzieccy wirtuozi kauczukowego krążka łapali się za głowę nie mogąc zrozumieć jak nie wpadał do siatki. Im bliżej końcowej syreny, tym ręce im bardziej drżały. Nawet takim mistrzom zdarzało się nie trafić do pustej bramki. Gdy Jobczyk 63 sekundy przed końcową syreną zdobył gola na 6:3 stało się jasne, że Związek Radziecki zostanie pokonany.

W tym pamiętnym meczu gole dla naszych barw zdobyli: Jobczyk 3, Jaskierski 2 i Nowiński. Z nowotarżan grali: Andrzej Szczepaniec, Marek Marcińczak, Walenty Ziętara, Mieczysław Jaskierski, Stefan Chowaniec i Leszek Kokoszka.

Wydawało się, że to zwycięstwo będzie impulsem dla polskiego hokeja. Biało –czerwoni, jak w żadnych mistrzostwach Elity nie zdobyli ośmiu punktów, a musieli się pożegnać z grupą A. Zabrakło 21 sekund w ostatnim meczu z Republiką Federalną Niemiec. Ponieważ do elity wracała Kanada, dwie drużyny spadały. Z nami do grupy B poleciała Niemiecka Republika Demokratyczna. Polacy za wygraną z ZSRR mieli obiecane samochody (fiaty 126), a na otarcie łez dostali zegarki.

Z sukcesu najbardziej skorzystali przyszli trenerzy – Czesław Borowicz i Andrzej Szczepaniec. – Sukces nad ZSRR i mistrzostwo świata CSRS sprawiły, iż dostaliśmy propozycję studiowania na Uniwersytecie Kostki w Pradze. Dla nas Polaków to było wielkie wyróżnienie. Oczywiście skorzystaliśmy z niego – powie po latach Czesław Borowicz.

Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama