28.12.2015 | Czytano: 1413

Jestem tu, gdzie jestem tylko dzięki ciężkim treningom i zaangażowaniu – „wywiady z młodymi” odc. 7 cz. II

W drugiej części mojego wywiadu z Katarzyną Fułą rozmawiam z nią między innymi o walkowerze w meczu ze Zbąszyniem, otrzymanych propozycjach na grę w zagranicznym klubie oraz o tym, jak to się stało, że zaczęła grać w unihokeja.

Sympatyczna, otwarta, szczera, pracowita i sumienna – tak w kilku słowach można by określić moją rozmówczynię. Przeprowadzając wywiad z Kasią czułem się, jakbyśmy się znali przynajmniej od roku. Niezwykła otwartość, pozytywne nastawienie i pogoda ducha. A jeśli chodzi o sport – poważnie podchodząca do sprawy i dojrzała.

Więcej o Kasi przeczytacie we wstępie pierwszej części wywiadu: http://www.sportowepodhale.pl/index.php?s=tekst&id=11043. Teraz zaś zapraszam do lektury drugiej odsłony naszej rozmowy!

Jak sobie radzisz z tak długimi przerwami jak ta teraz po mistrzostwach i przez całe święta? Wiele sportowców narzeka, że nie może usiedzieć na miejscu.
- Wiesz, ja mam o tyle dobrą sytuację, że mistrzostwa świata to było intensywne granie przez prawie dwa tygodnie bez przerwy. Więc można powiedzieć, że aż się chce odpoczywać. Gorzej mają te dziewczyny, które nie mogły jechać na mistrzostwa i teraz muszą bardzo długo czekać na jakiekolwiek spotkanie (przyp. red. ostatni mecz ze Zbąszyniem odbył się 14 listopada br., następny będzie rozegrany dopiero 9 stycznia 2016 r.), szczególnie że tych meczy jest bardzo mało, a niektórych się nawet nie rozgrywa… (śmiech).

Też o to spytam w dalszej części rozmowy…
- (Śmiech). Także wracając do tematu, jest jeszcze o tyle dobrze, że możemy rozgrywać sparingi w trakcie trwania rozgrywek i dzięki temu jest szansa, że nie wypadniemy z rytmu meczowego. A odnosząc się do tego, o co pytasz i jak radzę sobie z takimi długimi przerwami w grze to… nie mam na to żadnej specjalnej taktyki (śmiech). Jeszcze.

To w takim razie jak najchętniej odpoczywasz?
- Powiem ci szczerze, że nie umiem odpoczywać. Męczy mnie nierobienie niczego i leniuchowanie. Jestem przyzwyczajona do tego, że zawsze trzeba coś robić. Także mam nadzieję, że teraz przez przerwę świąteczną uda się ten czas odpoczynku wykorzystać na jakiś basen, czy saunę. Bo regeneracja na pewno być musi, tak jak już wspominałam wcześniej. Potrzeba też wewnętrznego odpoczynku, gdyż w pewnym momencie człowiek leci w dół i potrzeba swego rodzaju „iskry”, by podskoczył do góry. Bo mimo małej ilości meczy, to sezon mamy dość ciężki. Oczywiście ja się z tego cieszę, bo to oznacza, że jest intensywny. W jaki sposób intensywny, mając na uwadze mało meczy w lidze? Przede wszystkim ma na to wpływ fakt, że rozgrywki zaczęły się już we wrześniu. Ale oprócz tego miałam wyjazdy na zgrupowania kadry, różne turnieje, wyjazd z dziewczynami z MMKS-u na Puchar Europy do Łotwy, teraz Mistrzostwa Świata w Finlandii… Dlatego też nie potrzeba mi jakiegoś typowego „odpoczywania”, tylko po prostu wypoczynku, przede wszystkim psychicznego, by nabrać nowych sił na nowe mecze i dalsze treningi. Tym bardziej, że nasza liga jest długa i wszystko jest tak rozciągnięte, że trzeba umiejętnie gospodarować siłami, by starczyły do końca, ponieważ finał rozgrywek jest dopiero w maju.

No właśnie. W Polsce rozgrywki seniorek i seniorów kończy „Wielki Finał” (przyp. red. impreza rozgrywana w tym samym miejscu w jednym dniu, podczas której odbywają się mecze finałowe oraz mecze o 3. miejsce ligi seniorów i seniorek. Grają w nim zwycięzcy oraz przegrani par półfinałowych play-off). Co sądzisz o tego typu systemie, zamiast rozgrywania play-off do końca?
- Pewnie jestem jedną z nielicznych osób, które tak sądzą, ale mnie się to bardzo podoba. Z paru powodów: po pierwsze, że w jednym miejscu w jednym dniu spotykają się wszystkie najlepsze drużyny unihokejowe w Polsce i robią świetną imprezę. Po drugie: pojedynczą imprezę i to o takiej randze łatwiej rozgłosić niż cztery osobne rywalizacje (przyp. red. osobno finał mężczyzn i kobiet oraz osobno mecze o 3. miejsce rozgrywek mężczyzn i kobiet). Dochodzi tu więc kwestia dobrej reklamy polskiego unihokeja i zainteresowania kibiców rozgrywkami. Co prawda szkoda, że z reguły musimy dojeżdżać na Wielki Finał do innych miejscowości, ale i tak uważam, że była to bardzo dobra decyzja, by kończyć sezon taką imprezą. Mówię to z własnego doświadczenia: finał rok temu, podczas którego zdobyłyśmy złote medale, był fantastyczny, głównie za sprawą oprawy i wielu kibiców na trybunach. Po to się też gra. Dla takich chwil. Nie tylko dla siebie, ale i dla kibiców. Szczególnie, że specjalnie na finał przyjechali z nami nasi bliscy.

Wróciłbym jeszcze do mistrzostw, by ostatecznie je podsumować: jesteście zadowolone z końcowego wyniku i zajęcia 7. miejsca?
- Jesteśmy zadowolone, bo dalej utrzymujemy się w tej „elicie”, ale nie ukrywam, że niedosyt jest bardzo duży, bo jednak to my miałyśmy grać o to 5. miejsce i naszym celem było właśnie zajęcie 5. lokaty. Ale jak to w sporcie bywa – nie zawsze zwycięża najlepszy. Czasami się zdarza, że wygrywa ten, który ma szczęście, a nie ten, który gra lepiej.

Zamieszanie odnośnie waszego ostatniego meczu ze Zbąszyniem, który nie odbył się głównie za sprawą zawodniczek przyjezdnych miało swój koniec w ostatnim rozporządzeniu Wydziału Gier i Dyscyplin, który ostatecznie zasądził walkower na waszą korzyść (więcej o tej sprawie pisaliśmy tutaj: http://www.sportowepodhale.pl/index.php?s=tekst&id=10826. Rozporządzenie WGiD znajdziecie zaś tutaj: http://mmks-podhale.pl/index.php/2015/12/16/mmks-podhale-liderem-po-orzeczeniu-wgid-pzunihokeja). Jak na to zareagowałaś? Spodziewałaś, że ta sprawa ostatecznie zakończy się pozytywnie dla waszej drużyny?
- Szczerze powiedziawszy przechodziła mi taka myśl przez głowę. Myślałam, że może akurat wszystko się dla nas dobrze skończy, ale wiedziałam też, że był to – jakiś tam mały – ale nasz błąd, że nie udostępniłyśmy odpowiednio wcześnie przyjezdnym sali (przyp. red. więcej o tym w w/w artykule). Dlatego też strasznie się ucieszyłam, że tym razem dopisało nam szczęście, bo dzięki temu utrzymałyśmy pozycję lidera i – wiadomo – będzie nam się teraz lepiej grało pod względem psychologicznym. Ale podsumowując całą sprawę, to tu nawet nie chodzi o sam fakt pierwszego miejsca w tabeli. Radość sprawiło nam bowiem to, że decyzja związku o walkowerze na naszą korzyść była zgodna z duchem fair-play. Tak powinno się postępować. Nie może być tak, że mimo i tak małej ilości spotkań w sezonie, rozgrywa się ich jeszcze mniej z jakichś tam powodów. Bo tak naprawdę każdy może mieć mnóstwo podobnych wytłumaczeń, żeby nie zagrać jakiegoś meczu. Choć i tak bez względu na fakt, że ostatecznie wygrałyśmy, cała ta sytuacja wzbudziła w nas sportową złość i chęć pokazania na boisku, a nie przy zielonym stoliku, że to my jesteśmy lepsze. Moim zdaniem to wszystko będzie miało też pozytywne oddziaływanie na cały polski unihokej, bo gdy komukolwiek w przyszłości przyjdzie do głowy, by załatwiać sobie wygrane przy zielonym stoliku, zamiast grać zgodnie z duchem gry, to dwa razy się nad tym zastanowi. Tych meczy jest bowiem bardzo mało, a chyba wszystkim nam zależy, żeby rozwijać nasz sport, a nie wręcz przeciwnie.

Wspominałaś też, że jeśli nie będzie się wspierało młodzieży, która gra w unihokeja i doceniało jej pracy (przyp. red w pierwszej części wywiadu – odnośnik na początku artykułu), to prędzej czy później osób grających w tę dyscyplinę sportu będzie coraz mniej. Ale czy mimo wszystko widzisz jakiś postęp w polskim unihokeju?
- Postęp jako taki jest. Na pewno go robimy i widać to chociażby i po naszej żeńskiej ekstralidze, gdzie jako MMKS zrobiłyśmy ten krok do przodu i mimo, że byłyśmy bardzo młodą drużyną, to teraz możemy rywalizować z najlepszymi. Podobny progres zrobiła drużyna z Trzebiatowa. Także postęp jest widoczny, ale jeśli nie będziemy tego jeszcze bardziej promować i urozmaicać, żeby zainteresować tym sportem innych, to w pewnym momencie – nie oszukujmy się – nie będzie nowych ludzi do grania. Zresztą już teraz można to dostrzec: coraz mniej jest zespołów w rozgrywkach młodzieżowych. Podobnie nasza ekstraliga – też nie jest obfita w drużyny.

W moim poprzednim wywiadzie (przyp. red. odc. 6 cz. II mojej serii: http://www.sportowepodhale.pl/index.php?s=tekst&id=11000), w rozmowie z Pauliną stwierdziliśmy, że nie wszystko robi się dla pieniędzy i częściowo lub całkowicie amatorskie sporty mają w sobie to „coś”, bo osoby je uprawiające robią to z czystej pasji i wkładają w to całe serce, tylko dlatego, że to kochają, a nie dla pieniędzy. Ponadto, wiedząc nawet, że nie mogą na tym zarabiać, jeszcze bardziej się starają, bo mają świadomość, że muszą się pokazać, by coś osiągnąć, gdyż uprawiają mało popularny sport. Zgadzasz się z tym?
- Zgadzam się. Jak najbardziej się zgadzam. W unihokeju na przykład za wszystko musimy sobie płacić same, a mimo to nie ma sytuacji, że przestajesz grać, bo nie ma pieniędzy. Wręcz przeciwnie: te trudności jeszcze bardziej cię napędzają, bo jeszcze bardziej chcesz uczynić swój sport popularny, by znaleźć chociażby i sponsorów oraz jeszcze bardziej chcesz się pokazać, żeby ktoś mógł cię zauważyć. Z kolei na przykład piłkarze mają tych pieniędzy mnóstwo, ale nie zawsze potrafią to docenić i dobrze wykorzystać. Po prostu nie zawsze przekładają to na swoją grę. Natomiast w polskich klubach unihokejowych bardzo rzadko się zdarza, by był jakiś sponsor generalny i wszystko opłacał. Także uważam, że my – unihokeiści – jesteśmy dobrym przykładem na to, by nigdy się nie poddawać. Staramy się bowiem jeszcze mocniej, by wszystko szło w dobrą stronę, żeby móc zdobyć chociaż jakieś pieniądze na zagraniczne i krajowe wyjazdy oraz robić dalej to, co kochamy. Wszystko po to, by rozwinąć się jeszcze bardziej, bo wiadomo, że sama polska liga nie da nam takiej szansy na rozwój, jak na przykład gra z zagranicznymi przeciwnikami, czy w zagranicznych klubach. A z kolei żeby w takich grać, to trzeba się dobrze zaprezentować. I tak w kółko.

Myślałaś więc kiedyś o wyjeździe za granicę?
- Oj, myślałam, myślałam. Dalej zresztą zmagam się z tymi myślami.

Masz jakieś propozycje gry w zagranicznych klubach czy po prostu sama wybierasz się gdzieś na testy?
- Tak, mam pewne propozycje. Z tym, że jak już stąd wyjeżdżać, to chciałabym na unihokeju cokolwiek zarabiać i sama do tego nie dokładać. To jest czynnik, który odradza mi wyjazd, bo tutaj mam wszystko: studia, rodzinę, znajomych, przyjaciół. Oczywiście chciałoby się grać w lepszej lidze, ale jak sobie pomyślę, że mam teraz tak fantastyczną drużynę w Nowym Targu i idziemy ku dobremu, to ta decyzja o wyjeździe robi się jeszcze cięższa i trudniejsza do podjęcia. Mówiąc konkretnie: dostałam już któryś raz propozycję gry w klubie z Czech i za każdym razem odmawiam. Choć i tak wybieram się tam w czerwcu na testy.

Studiujesz teraz na PPWSZ?
- Tak, piszę właśnie pracę magisterską.

Jaki kierunek?
- Turystyka i rekreacja ruchowa. Polecam się na przyszłość (śmiech).

A pracujesz też przy okazji zarobkowo?
- Na stałe nie, ale gdzieś tam sobie czasem dorabiam. A że mamy teraz na zajęciach wszystko dość dobrze rozplanowane, to jest szansa znaleźć też czas na pracę.

Na wspomnianych Czechach miałabyś szansę cokolwiek zarobić?
- Nie sądzę. Jedyne, co mogliby zapewnić to pewnie mieszkanie i być może nie musiałabym po prostu dopłacać jeśli chodzi o treningi. Ale dojeżdżać tam tyle kilometrów i wracać co jakiś czas do domu to też są pewne koszty, a nie zarabiając przy tym nic, to kiepsko by to wyglądało. Wiadomo, że od czegoś trzeba zacząć, ale tak jak mówiłam – jest wielki dylemat czy zostawić to, co mam tutaj. Niby jestem młoda, ale i tak mam do stracenia…

Wszystko i nic.
- Dokładnie. Ale wierzę, że jeśli kiedykolwiek miałoby wypalić z jakimś wyjazdem, to tak będzie. Jestem dobrej myśli.

Zmieniając temat: co dostrzegasz dobrego w polskim unihokeju, co chciałabyś wyszczególnić na zasadzie: „idźcie tą drogą, nie zatrzymujcie się, nie zbaczajcie z niej”?
- Na to pytanie odpowiem, dzieląc się własnymi doświadczeniami: od zawsze, odkąd tylko pamiętam, marzyłam, by pewnego dnia wystąpić z orzełkiem na piersi. To było marzenie, które z czasem się spełniło. Ale spełniło się tylko i wyłącznie dlatego, że złożyła się na to ciężka, żmudna praca, wykonywana cały czas, systematycznie. Ktoś czasem odmawia przyjścia na trening, bo stwierdza „znowu to samo, nie chce mi się”. Ale „to samo” kiedyś zaowocuje. Bo trzeba stale wykonywać pewne ćwiczenia, by móc się doskonalić. Ktoś czasem myśli, że może nie trenować, a i tak będzie grał, ale niestety to jest błędne myślenie. Sęk w tym, by wyprowadzić ludzi z tego błędnego myślenia. Dobrym czynnikiem motywacyjnym powinna być tutaj właśnie kadra, ale tylko wtedy, gdy będzie dawała ci do zrozumienia, że „zasłużyłem. Jestem tu, bo ciężko na to pracowałem. Jestem tu, bo robiłem wszystko, by się tu znaleźć”. Na własnym przykładzie mogę więc wszystkim unihokeistom polecić tylko jedno: żeby się nigdy nie poddawać. Nawet gdy nie wyjdzie coś na treningu, czy jakimś meczu. Trzeba mozolnie i do znudzenia pracować nad sobą i stawać się coraz lepszym. Należy jednak pamiętać, że u każdego przychodzą lub przyjdą chwilę zwątpienia i one nie mogą sprawić, że odpuścimy. Też przecież takie miałam, bo wszyscy mówili mi, że nigdy nie będę dobrym zawodnikiem. Tak mi się też zresztą wydawało. Nigdy nie miałam jakiegoś niesamowitego talentu. Niektórzy się po prostu z nim rodzą, biorą kij do ręki i fantastycznie grają. Ja nie. I myślę, że jestem tu, gdzie jestem tylko dzięki ciężkim treningom i zaangażowaniu. Teraz mogę z radością stwierdzić: „pokazałam im. Nie wierzyli we mnie, a jednak mi się udało. Nie zrezygnowałam i teraz mogę być z siebie dumna”. Więc co bym poleciła, by było kontynuowane? Ciężka praca i systematyczne treningi, bo nic samo z siebie nie przyjdzie.

A zapadły ci w pamięci jakieś momenty, gdzie było bardzo blisko tej rezygnacji?
- Zdecydowanie. Było ich naprawdę wiele. Szczególnie po skończeniu liceum (przyp. red. I LO w Nowym Targu). Mówili mi wtedy: „aleś sobie sport wybrała – kompletnie bez przyszłości”. Ale ja to kochałam i mimo wszystko nie chciałam rezygnować. Na szczęście wytrwałam i gram do dziś. Nie zawsze ludzie mają bowiem rację i fajnie jest im to udowodnić.

Co więc zmieniłabyś w polskim unihokeju, by mógł się bardziej rozwijać?
- Zmieniłabym to, żebyśmy wszyscy byli bardziej zgrani i żeby sobie nawzajem pomagać. Byśmy byli jedną wielką unihokejową rodziną. Nawet jak my nie możemy czegoś zrobić, to pozwólmy to zrobić innym, którzy może zrobią to lepiej, a nie blokujmy im tej możliwości. Nie bądźmy jak pies ogrodnika, lecz miejmy na względzie dobro ogółu. Dobrze by również było, żeby te wszystkie opinie i słowa o sytuacji polskiego unihokeja pobudziły do jakichś czynów, a nie pozostały słowami, bo niestety – nasz sport nie jest popularny – i to my musimy go promować. A żeby to robić, to nie możemy sami na niego pluć. Bo jeżeli ktoś będzie od razu skreślał pewne rzeczy związane z unihokejem, a sam od siebie nic nie da, no to przepraszam, ale nie tędy droga.

fot. Karolina Bujak

Wiadomo, że granie w unihokeja to wielka radość i mega pozytywna energia. Ale czy potrafiłabyś wskazać jedną rzecz, która cię w tym wszystkim najbardziej cieszy?
- Myślę, że tak, ale to jest coś, co nie jest stricte związane z tym sportem, jednak ma też duży wpływ na moją grę. I tutaj wskazałabym treningi fitness z moją przyjaciółką, Karoliną (przyp. red. polecamy Karolinę Bujak Instruktorkę Fitness: https://www.facebook.com/KBInstruktorFitness/?fref=ts). Co prawda są bardzo ciężkie, ale za to później podczas meczu uświadamiasz sobie, bo co się wylewa tyle potu na treningach.

Ludzi, którzy kiedyś w końcu zrezygnowali ze swojej pasji jest mnóstwo. Zatrzymajmy więc myślenie typu: „to tylko moje hobby i nie przynosi mi to żadnych korzyści, więc szkoda na to mojego czasu”. Skonkretyzowałbym to nawet do samego unihokeja, bo tu rzeczywiście korzyści materialnych nie można osiągnąć, a co za tym idzie – część ludzi to rzuca i zajmuje się czymś innym. Tak więc do rzeczy: spróbuj dobitnie – tak żeby mocno zadziałać na ludzi – przekonać, że tak się nie robi. Co powiesz?
- Miałam właśnie niedawno rozmowę typowo o trenowaniu i uprawianiu sportu, konkretnie unihokeja. I wspomniałam w niej, że może i nie jest to sport przyszłościowy, ale niesamowicie kształtuje charakter. Uczy przede wszystkim pokory – tego, że mimo przeciwności nigdy się nie poddajesz. Unihokeista to po prostu człowiek, który nie jest ciepłą kluchą – który dzięki uprawianiu tego sportu staje się silniejszy w życiu. A przynajmniej ja tak mam. Słabi zrezygnują, ale jeśli jesteś silnym człowiekiem, to obudź się i nie wypuść z rąk swojej pasji. Choć czasem zdarzy się, że coś nie wyjdzie – nawet gdy robisz to od lat. Tutaj podam przykład naszej drużyny: dwa sezony temu doszłyśmy do finału, na który sobie w pełni zasłużyłyśmy i choć przez większość meczu prowadziłyśmy, to ostatecznie przegrałyśmy w nim jedną bramką po dogrywce. Pojawiła się oczywiście złość, furia, rozczarowanie… Ale po pewnym czasie, gdy emocje opadły, przyszła myśl: „to nie był ten czas”. Uświadomiłyśmy sobie, że trzeba po prostu dojrzeć, by zdobyć mistrzowski tytuł i założyć na szyję złoty medal. I co? I rok później to my zwyciężyłyśmy i jeszcze mocniej poczułyśmy, że naprawdę na to zasłużyłyśmy. Ale takich właśnie momentów doświadczysz tylko wtedy, gdy się nie poddasz i ciężką pracą będziesz dążył do celu. Bo nie ma takiej możliwości, by sukcesy przyszły od razu jak tylko zaczniesz grać. Potrzeba czasu.

No właśnie – a ty jak długo już trenujesz?
- Od około 8-9 lat. Jest tego trochę, ale i tak wiem, że jeszcze bardzo dużo nie umiem i że jeszcze sporo pracy przede mną.

A jak to się zaczęło? Sama trafiłaś na unihokej czy ktoś cię nakierował?
- Generalnie zawsze byłam wysoka, więc przez długi czas nastawiona byłam na siatkówkę, szczególnie, że rodzina mnie do tego przekonywała. Ale w szkole podstawowej były jeszcze kiedyś takie zawody międzyszkolne w unihokeja, że w jednej drużynie musiały być przynajmniej dwie dziewczyny. Tak więc pani wuefistka zawsze chłopakom jakieś tam dobierała. No i padło, że wybrała też mnie. Nam się to nie podobało, bo chłopaki – zazwyczaj hokeiści – zwykle nie chcieli nam podawać, gdyż byli nastawieni na to, że my dziewczyny nie umiemy grać. Ale jakiś czas później pan Gajewski – wuefista z Gimnazjum nr 2 w Nowym Targu – zaczął mnie brać na zawody, zapraszał na „SKS-y” i zaszczepił we mnie w końcu jakąś taką chęć do gry w unihokeja. I powiem ci, że to chyba jego zasługa, że teraz gram. On był wtedy moim takim pierwszym mentorem. Poświęcał też dla nas dużo czasu, zostając z nami po lekcjach na zajęciach sportowych. Pamiętam nawet do dziś, jak uczył mnie strzelać „ze ściągi”. Także ogólnie – gdyby nie on, to kto wie co by dzisiaj było…

Mówiłaś, że jeszcze wiele rzeczy nie umiesz i sporo pracy przed tobą. Co na tą chwilę chciałabyś najbardziej poprawić w swojej grze?
- Przede wszystkim chciałabym umieć zachować chłodną głowę w takich najbardziej stresujących i ważnych momentach meczu. Wiem, że dzięki takim wyjazdom, jak ostatnie mistrzostwa świata to ciągle ulega poprawie, ale nadal chcę nad tym pracować, bo gdy występuje stres, to spada też skuteczność. Więc również i nad skutecznością muszę jeszcze sporo popracować.

I jakie masz teraz plany na życie?
- Teraz przede wszystkim skończyć studia, by tyle lat nauki nie poszło na marne. A poza tym? Hmm… ciężkie pytanie zadałeś (śmiech). O! Grać w unihokeja do końca mojego życia i założyć rodzinę (śmiech).

W takim razie powodzenia ci życzę w twoich planach i dziękuję ci bardzo za tę rozmowę!
- Ja również dziękuję!

A moim następnym gościem będzie utalentowana koszykarka z Nowego Targu, 18-letnia Kinga Piędel, obecnie zawodniczka klubu Pszczółka AZS UMCS Lublin, na co dzień występującego w Turon Basket Lidze Kobiet. Już teraz serdecznie zapraszam do lektury!

Pozostałe wywiady z serii:

  1. Wywiad z Karolem Pelczarskim
  2. Wywiad z Dawidem Dudą
  3. Wywiad z Jakubem Haburą
  4. Wywiad z Fabianem Lesnerem cz. 1 i cz. 2
  5. Wywiad z Justyną Florczak
  6. Wywiad z Pauliną Pawlikowską cz. 1cz.2

Tekst Jakub Udziela

Komentarze







reklama