24.12.2015 | Czytano: 2807

Na góralską nutę, watra na lodzie i… ciupagą w głowę (+zdjęcia)

Prezes ubrany w stój góralski odtańczył na lodzie zbójnickiego, wokół „watry” powstałej z płonącego kapelusza. W jego ślady poszedł cały zespół.

Tak świętowali górale pierwszy zdobyty Puchar Polski w Warszawie. Hokeiści Podhala cztery razy występowali w finale tego trofeum. Trzy razy grali pod batutą Andrzeja Słowakiewicza, który dwukrotnie z tej rozgrywki wyszedł zwycięsko. W dwóch sukcesach towarzyszył mu prezes Stanisław Małecki. To nierozłącznymi kompanami. Ze wspólnych sukcesów mają przemiłe i nieraz zabawne wspominania.

Rozdarte serce

Szlaki przecierał w 2000 roku Andrzeja Słowakiewicz. Podhale było po transformacji. Epoka Wieńczysława Kowalskiego dobiegała końca. W Nowym Targu powstał, z inicjatywy władz miasta, konkurencyjny MMKS. Władza chciała się pozbyć Wieńczysława Kowalskiego i Andrzeja Głowińskiego. Jak czas pokazał, słowo „miejski” w nazwie klubu było wielkim utrapieniem. Ale to już kawałek na inne opowiadanie.

11.11.2000, Krynica. Ksiądz Paweł Łukaszka przyjechał na finał Pucharu Polski z udzialem hokeistów Podhala i Unii.

„Szarotki” stanęły przed dylematem „co dalej”? Zresztą nie pierwszy raz w swojej historii. Jak zawsze w takich przypadkach możne kluby szybko zaopiekowały się najlepszymi zawodnikami. Popularny „Mąka” został - też nie pierwszy raz – strażakiem. Toteż awans do finału Pucharu Polski nowobudowanej drużyny był sporą niespodzianką.

Zdzislaw Zaręba w rozmowie z arbitrem głównym Jackiem Chadzińskim.

- To nie był zespół, który miał Ewald Grabowski czy też jego następcy. Drużyna zaczęła się tworzyć, a nasz rywal był na fali –wspomina Andrzej Słowakiewicz. – Unia była wówczas najsilniejszą ekipą w kraju, skupiającą w swych szeregach najlepszych zawodników. Jak mnie pamięć nie myli, to miała w składzie 9-10 reprezentantów Polski. Nie byliśmy w krynickim finale faworytem, ale tanio skóry nie sprzedaliśmy. Przez blisko pół meczu utrzymywał się bezbramkowy rezultat. Po stracie pierwszej bramki dało znać o sobie większe doświadczenie przeciwnika. Moi chłopcy pokazali góralki charakter, dali z siebie tyle, ile wtedy mogła wyprodukować fabryka. Zawsze można powiedzieć, że mogło być lepiej. Nikt wtedy nie pytał o pieniądze, grał sercem.

W pierwszej edycji „szarotki” potykały się z oświęcimską Unią. Finał rozegrany był w Krynicy. Bronisław Smoleń był jednym z bohaterów wieczoru. Znany wytwórca kijów hokejowych z Męciny, którego firma obchodziła 50-lecie. – Moje serce jest rozdarte – mówił. – Kibicowałem i Unii, i Podhalu. Stąd też moja firma ufundowała puchary dla obu zespołów.

Tak relacjonowało "Tempo" krynicki finał.

Watra i zbójnicki na lodzie

Sezon i rok 2004 był jednym z lepszych w historii. Drużyna pod wodzą Andrzeja Słowakiewicza, od wygrania bardzo mocno obsadzonego Spiskiego Pucharu, rozpoczęła marsz po dwa Puchary Polski. Potem przyszedł sukces w Interlidze i wicemistrzostwo kraju.

Stanisław Małecki ( z lewej) i Andrzej Słowakiewicz.

- Wygrana w Spisskiej Nowej Wsi była przedsmakiem tego co się później wydarzyło – opowiada Andrzej Słowakiewicz. – Potem przyszedł ogromny sukces na międzynarodowej arenie. Wygranie Interligi to było coś. Po tym sukcesie dla polskiego hokeja zapaliło się zielone światełko. Niestety zamiast jechać do przodu, zatrzymaliśmy się przed nim. Zrobili to Słoweńcy i Węgrzy, z którymi rywalizowaliśmy. Do dzisiaj nie mogę pojąć jak mogliśmy odpuścić te rozgrywki, które niebawem przekształciły się w mocną EBEL. Byliśmy w jej przedpokoju. Organizatorzy chcieli byśmy nadal z nimi grali. Władze związku nie były tym projektem zainteresowane. Dzięki dobrej organizacji mogliśmy powalczyć z tymi drużynami. Potem dołączyły zespoły austriackie i Chorwaci.

W styczniu 2004 roku Podhale po raz pierwszy wygrało Puchar Polski. Po ostatniej syrenie meczu z Toruniem fani Podhala, przy muzyce kapeli góralskiej, zgotowali hokeistom gorącą owację. Tradycyjnie już skandowano „Mistrz, mistrz Podhale!”. Potem podjęto pieśń dziękczynną: „dziękujemy!, dziękujemy!” Zaintonowano też pieśń pełniącą w niektórych momentach historycznych rolę narodowego hymnu...”Sto lat”. Prezes SSA Wojas Podhale, Stanisław Małecki ubrany w stój góralski odtańczył na lodzie zbójnickiego, wokół „watry” powstałej z płonącego kapelusza. W jego ślady poszedł cały zespół.

Zbójnicki w wykonaniu Stanisława Małeckiego.

- Dwa zdobyte puchary w Warszawie to niesamowite przeżycie, które do dzisiaj z wielkim sentymentem wspominam – przyznaje Stanisław Małecki. – Na pierwszy puchar pojechałem z kapelą góralską, a w torbie miałem strój góralki. Dzień wcześniej pojechała ekipa państwa Winiarskich z cateringiem. W dużym kotle gotowali góralskie potrawy. Razem z Toruniem byliśmy organizatorem finałowego spotkania. Do ostatniej chwili czekałem czy wygramy. Gdy zawyła ostatnia syrena wskoczyłem w strój góralski i z ciupagą wyruszyłem na taflę, by świętować z hokeistami. Kapela szła za mną. Wtedy zaczęło się dziać, niesamowita historia. To wszystko można było zobaczyć w Polsacie. Zrobiliśmy niesamowity show i jednocześnie promowaliśmy nasz piękny region.

Niedużo brakowało, a nie byłoby radości. Hokeiści z Nowego Targu z przygodami i z dość dużym opóźnieniem dotarli do stolicy. Mieli wypadek drogowy. Tylko dzięki przytomności kierowcy nowotarżanie uniknęli zderzenia z betonowym słupem w Krakowie.

- Spóźniliśmy się do stolicy. Gdy dojeżdżaliśmy torunianie kończyli rozgrzewkę - przypomina Andrzej Słowakiewicz. – To przez długie procedury związane z wypadkiem. To wydarzenie miało wpływ na przebieg pierwszej tercji. Staraliśmy się wejść w rytm meczowy, ale osiągnęliśmy go dopiero w kolejnych odsłonach. Gdy wróciliśmy do swojego systemu gry i pokazaliśmy charakter, to torunianie pękli. Pokazaliśmy się z dobrej strony oficjelom różnej maści w stolicy.

W pierwszych minutach meczu było widać nerwowość w poczynaniach górali. Jednak w miarę upływu czasu „Szarotki” przejęły inicjatywę, ale nie potrafiły pokonać rewelacyjnie spisującego się między słupkami Ł. Kiedewicza. To był bohater meczu. Drugi strzelec Interligi Radwański przegrał z nim cztery pojedynki. Ten jednak trafił do siatki, ale gdy bramka była pusta. 29 sekund przed końcem meczu, gdy torunianie wycofali bramkarza, grając w szóstkę.

Gdyby Podhale wykorzystało chociaż cześć z wybornych sytuacji, to rezultat były już przesądzony po 20 minutach gry. - Wybijanie z rytmu rywala w tercji środkowej i szukanie szans w kontratakach – to nasza taktyka. Jak na razie jest skuteczna – mówił po pierwszej odsłonie bohater w zespole toruńskich „pierników”.

Ta taktyka zdawała egzamin aż do 35 minuty. Hokeiści z Grodu Kopernika prowadzili do tego momentu 1:0. Nowotarżanie mieli kłopoty w strefie środkowej lodowiska. Zbyt często tracili tam „gumę”, mieli problemy z zawiązaniem akcji. Wspomniana wcześniej minuta była przełomowa. Górale wyrównali grając w przewadze, a niespełna minutę później Biela zdobył drugiego gola. – Dopełniłem tylko formalności, lokując krążek w pustej bramce. Całą robotę wykonał Zapała. Cieszę się, że po tym golu mecz zaczął układać się po naszej myśli – powiedział Sebastian Biela.

W ostatniej części gry „Szarotki” kontrolowali wydarzenia na tafli, a gol Ćwikły przesądził sprawę. Torunianie nie mieli zbyt wielu atutów, by odmienić losy spotkania. Tylko raz po prezencie Podhalan, w 56 minucie, zdobyli drugą bramkę.

"Tempo" o sukcesie "szarotek".

Ciupagą w głowę

- Następny turniej w stolicy organizował Oświęcim. Wszyscy byli ogromnie zawiedzeni, że przyjechałem bez stroju góralskiego i kapeli. Wytłumaczyliśmy, że nie można co roku powielać tych samych pomysłów – wspomina Stanisław Małecki.

- Każdy z kibiców wchodzących na mecz dostał koszulkę Unii i musiał ją ubrać. Byli kibicami oświęcimskiego klubu – wspomina Andrzej Słowakiewicz.

- A my bez góralskiego stroju, bez kiszki z kapustą i dwukrotnie wędzonej kiełbasy, jak wcześniej, wygraliśmy – śmieje się Stanisław Małecki.

- Gdy strzeliliśmy gola kibice w koszulkach Unii bili nam brawo. Prezesi Unii nie wiedzieli co jest grane. Mieliśmy publikę za darmo - dodaje popularny „Mąka”.

– Jeden z działaczy Unii zwrócił się do prezesa Kazia Woźnickiego: „Co k… znowu dałeś się ograć Małeckiemu” – z dumą mówi prezes. – Po finale nie zostaliśmy przez Unię zaproszeni na bankiet. Na szczęście w przydrożnej knajpce, którą już zamykali, spotkaliśmy sympatycznych ludzi, którzy wrzucili co trzeba na patelnie i ugościli nas.

Nim wystrzeliły korki od szampanów „Władcy Podhala”, którzy zasiedli na warszawskim lodowisku przeżyli prawdziwą huśtawkę nastrojów. Mimo, iż mistrzowie Polski rozpoczęli mecz z impetem, to nowotarżanie po 28 minutach prowadzili 3:0. Ataki oświęcimian były powstrzymywane przez góralską defensywę i dobrze spisującego się w bramce M. Batkiewicza. Górale, niczym wytrawny bokser, dali się wyszumieć rywalowi, by potem przejść do niszczycielskiej roboty. W 10 minucie uderzenie Bobczka z niebieskiej linii trafiło do Radwańskiego, a ten skierował „gumę” do Łyszczarczyka, który dopełnił formalności, lokując ją w pustej bramce. Gol ten zszokował mistrzów Polski. Już nie tak zapalczywie atakowali. Do głosu doszli obrońcy pucharu i 5 minut później po raz drugi w ich obozie zapanowała euforia. Podlipni idealnie obsłużył Hajnosa i Jaworski był bezradny. Kiedy w 28 minucie Łyszczarczyk znalazł lukę między parkanami Jaworskiego, wydawało się, że jest po meczu. Byli jednak tacy, którzy przestrzegali przed hura optymizmem, przypominając ligową potyczkę z Unią w Nowym Targu. Wtedy też Podhalanie prowadzili 3:0 w połowie meczu, by ostatecznie zjechać z lodu pokonanym (3:4).

Rzeczywiście scenariusz z tamtego spotkania zaczął się powtarzać od 32 minuty. Sygnał do zmiany scenariusza dał gol Wojtarowicza, który sfinalizował podanie Jakubika spod bandy. Gol dodał skrzydeł podopiecznym Andrieja Sidorenki. W 38 minucie po raz drugi krążek znalazł się w batkiewiczowej świątyni. Doskonałe długie podanie Zamojskiego nie zdołał przechwycić Gil, ale uczynił to Puzio i precyzyjnym strzałem po lodzie ulokował krążek w przeciwległym rogu nowotarskiej bramki.

Czarna seria „Szarotek” trwała także w trzeciej tercji. W 46 minucie nowotarżanie pozwolili się rozjechać Klisiakowi, który zbyt łatwo wtargnął do tercji. Miał też dużo czasu, by ustawić się i wybrać optymalne rozwiązanie. Jego podanie do Piekarskiego bliski przejęcia był Różański, ale... to defensor Unii za moment był najszczęśliwszym człowiekiem na tafli. Precyzyjne podanie wylądowało tuż przy słupku w nowotarskiej bramce. W 53 minucie po raz drugi w tym meczu oświęcimianie wykorzystali grę w przewadze. Uderzenie Piekarskiego M. Batkiewicz sparował krążek wprost na kij pozostawionego bez opieki Stebnickiego i...stało się. Uniści pokazali góralom jak wykorzystuje się liczebne przewagi. W tym momencie zapowiadało się na powtórkę z nowotarskiego lodowiska. Na szczęście w 57 minucie Łabuz z niebieskiej linii nie dał szans obrony „Jawie”, a 64 sekund później gola na wagę zdobycia Pucharu Polski zdobył Kolusz, który wykorzystał podanie zza bramki Radwańskiego. Oświęcimianie 23 sekundy przed końcową syreną wycofali bramkarza, ale ten manewr nie przyniósł efektu bramkowego.

Bardzo niezadowoleni po meczu byli oświęcimianie. Jeden z oświęcimskich VIP-ów rzucił krótko: - Dostaliśmy ciupagą w głowę.

 

Relacja z finału katowickiego "Sportu"

W następnym odcinku czwarty, dramatyczny finał Podhala na własnym lodowisku i 24 rzuty karne!

Stefan Leśniowski
 

Komentarze







reklama