22.11.2015 | Czytano: 2801

Młodemu człowiekowi powinno się pozwolić robić to, co kocha - „wywiady z młodymi” odc. 4

Fabian Lesner to nie tylko niesamowity sportowiec. To przede wszystkim niesamowity człowiek, który czuje i rozumie jak ważna dla młodego człowieka jest pasja. To człowiek, który ze swojej pasji nigdy nie zrezygnował i który dzięki temu może robić to, co kocha.

Ten 22-letni student to przedstawiciel już czwartej dyscypliny sportu w moim cyklu „wywiady z młodymi”. Moje rozmowy z różnymi sportowcami mają ukazać wszystkim czytelnikom jak niesamowicie ważną rolę odgrywa sport w życiu młodego człowieka.

„Ferbie” jest zawodowym dunkerem, odnoszącym sukcesy w konkursach w całej Polsce. Według nieoficjalnego rankingu to piąty dunker w kraju! Chcecie dowiedzieć się więcej o tym, jak do tego doszedł i czym tak naprawdę się zajmuje? Zapraszam więc do lektury wywiadu z tym niesamowicie utalentowanymi nowotarżaninem!

Jakub Udziela: Zacznijmy od wyjaśnienia tego, czym się zajmujesz. Jesteś dunkerem, czyli...?
Fabian Lesner: Czyli profesjonalnie wsadzam piłkę do kosza.

Jak to się zaczęło?
-To, czym się zajmuję, jest subdyscypliną koszykówki. Najpierw jako młody zawodnik grałem normalnie w basket. Jednak z biegiem czasu, gdy dorastasz i rośniesz, to zaczynasz próbować robić wsady. Począwszy od pierwszego wsadu w życiu, przez kolejne, w końcu łapiesz bakcyla. Potem próbowałem coraz więcej, coraz wyżej, zaczynałem wprowadzać nowe, bardziej skomplikowane ewolucje, aż w końcu sam stwierdziłem, że naprawdę chcę to robić. Następnie wziąłem udział w swoim pierwszym konkursie wsadów, nakręciłem się strasznie i zacząłem już od tamtej pory robić to na poważnie. I tak to się potem rozwinęło, że teraz jeżdżę po Polsce, biorę udział w konkursach i robię pokazy na różnych wydarzeniach dla publiczności, np. w szkołach.

Zdecydowanie masz do tego predyspozycje. Pochwal się nam – ile dokładnie mierzysz?
-Dokładnie dwa metry. To znaczy rano mam dwa metry, a za dnia jakieś 198 cm (śmiech).

A wyskoku?
-Nigdy nie mierzyłem mojego maksymalnego wyskoku, ale będę miał w okolicach metra. Po okresie przygotowawczym celuję w magiczną granicę 120 centymetrów, co jest już pewnym maksimum, gdzie podczas ćwiczeń walczysz już o każdy centymetr, natomiast chciałbym, by później przy każdym wyskoku nie schodzić poniżej 115 centymetrów. Bo nie sztuką jest raz osiągnąć te 120 centymetrów, a potem skakać zdecydowanie niżej, jak to na przykład jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie ludzie chwalą się, że mają 125 centymetrów wyskoku, chociaż oddali taki skok tylko raz w życiu. Dzień konia miewa czasami każdy, ale nie zawsze. Dlatego ja idę bardziej w takim kierunku, by konsekwentnie mieć zawsze taki sam wyskok i systematycznie osiągać go na poziomie 115-120 centymetrów.

Przypomnij nam – na jakiej wysokości znajduje się kosz?
-3,05 metra.

A powiedz mi: czy są dunkerzy, którzy nie odznaczają się zbyt dużym wzrostem, a i tak są wstanie wsadzać piłkę do kosza?
-Oczywiście, że są. Na przykład mój serdeczny przyjaciel, Damian „Hadzbe” Harsze, który pochodzi z takiej miejscowości jak Błażowa koło Rzeszowa, ma tylko 178 centymetrów wzrostu, ale jakieś 120 centymetrów wyskoku. Gość jest po prostu kosmitą. Tak więc wzrost wcale nie jest jakimś wielkim faktorem, ale oczywiście pomaga, tu nie ma o czym mówić – to zawsze jest te kilka centymetrów zasięgu, które masz na przykład w ręce. Nie jest to jednak bariera nie do przeskoczenia. Da się to ominąć, a nawet wykorzystać. Na przykład Damian (przyp. red. Damian „Hadzbe” Harsze – czołowy dunker w Polsce, zwycięzca rozmaitych konkursów w kraju i za granicą) w locie wygląda kosmicznie: jest jak piłeczka ping-pongowa. On leci, leci i nie chce przestać lecieć (śmiech).

Skoczność leży w genach, czy da się ją wyćwiczyć?
-Większość to ćwiczenia, chociaż byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że geny nie mają u mnie znaczenia. Moi rodzice byli bowiem siatkarzami, także na pewno coś mi przekazali, choć w mojej rodzinie byli tak naprawdę pierwszym pokoleniem zajmującym się sportem. Ale wracając do basketu, to liczy się przede wszystkim siła eksplozywna – siła wyskoku, za którą odpowiedzialne są określone mięśnie, które też musisz wytrenować. Oprócz tego liczy się też technika samego wsadu, jeśli chodzi o ewolucje, bo trzeba na przykład szybko przełożyć piłkę pod nogą albo w powietrzu przekręcić ręką i tak dalej. Technika jest też bardzo ważna w połączeniu z samą skocznością, bo przy wyskoku musisz odpowiednio nabiec, ułożyć nogi, czy prawidłowo ułożyć ciało w powietrzu.

W takim razie jak dużo czasu poświęcasz na treningi?
-U nas wygląda to tak, że dunkerzy „zimują” na siłowni i tam robią formę. Obecnie mam jednak kontuzję kolana, którą doznałem tydzień temu i skupiam się niestety na leczeniu. Z treningami mam jakiś miesiąc przerwy. Ale gdy jestem zdrowy, to oprócz siłowni gram normalnie w koszykówkę w drużynie akademickiej, w krakowskiej amatorskiej lidze KNBA (którą oczywiście serdecznie pozdrawiam), co zresztą cały czas bardzo mnie cieszy. Na to poświęcam dwa-trzy dni w tygodniu, a w wolne dni jestem na siłowni, także tygodniowo mam jakieś sześć treningów plus w weekend zazwyczaj mecz.

To gdzie studiujesz?
-Na Uniwersytecie Ekonomicznym w Krakowie.

A co konkretnie?
-Obecnie jestem na piątym roku i studiuję Corporate Finance & Accounting, czyli finanse i rachunkowość przedsiębiorstw, tyle że po angielsku. Teraz przede mną praca magisterska i jej obrona.

Wracając do basketu: tak jak wspomniałeś, stałeś się dunkerem, gdy zaczęło cię to kręcić. Ale wcześniej grałeś tu w jakimś miejscowym klubie na Podhalu?
-Miejscowego klubu tutaj nie było. Za moich czasów nie było czegoś takiego jak klub koszykarski mężczyzn. Była tylko sekcja kobiet. My graliśmy w gimnazjum tylko na SKS-ach raz w tygodniu, więc tego nie było można nawet nazwać trenowaniem. Przychodziliśmy sobie po prostu po szkole co tydzień, parę ćwiczeń zrobiliśmy, trochę pograliśmy i to było wszystko. Szczególnie, że sala w Gimnazjum nr 1 w Nowym Targu była niska i niezbyt duża. Zawody mieliśmy z kolei raz do roku, więc nawet meczy nie graliśmy. Raz w roku byliśmy w zawodach, więc jak się przegrało i nie przeszło dalej, to znów dwanaście miesięcy bez gry. Właśnie na takim turnieju, gdy byłem w klasie trzeciej gimnazjum, wypatrzył mnie ojciec zawodnika z Korony Kraków (przyp. red. Wiesław Perucki), którego syn (przyp. red. Bartek) też występował w tych zawodach. Po prostu zaprosili mnie do Krakowa, żebym przyjechał na trening, gdyż z taką motoryką i wzrostem mam szansę na grę. Wcześniej do tego samego klubu trafił też facet z Nowego Targu – Mariusz Brożek. W końcu zdecydowałem się udać tam na testy. Pojechałem, przyjęli mnie i od tamtej pory dojeżdżałem na treningi do Krakowa. I tam dopiero zacząłem stawiać pierwsze kroki w takim zorganizowanym baskecie. Mieliśmy przede wszystkim ligę i rozgrywaliśmy regularnie mecze. Tam tak naprawdę nauczyłem się grać w koszykówkę. Tu na Podhalu średnio można było nabrać pojęcia o jakiejkolwiek taktyce lub stricte o koszykówce. Po prostu za mało styczności ze sportem.

Fabian na filmie od 1:19

I dalej nie mamy w Nowym Targu żadnego profesjonalnego klubu koszykarskiego, choć kiedyś funkcjonował klub koszykarski przy Szkole Podstawowej nr 5.
-Tak tak, był taki klub jak UKS „Piątka” Nowy Targ i faktycznie grały tam chłopaki, ale nie wiem czy dalej taka młodzieżówka funkcjonuje.

Z moich informacji wynika, że to się niestety rozpadło.
-To niedobrze. To smutne.

No właśnie. Na nieszczęście wydaje mi się, że był to taki płomień, który szybko się zapalił i szybko zgasł.
-No tak. Bo tu nie było przede wszystkim zaplecza. Nie było to zrobione na dostatecznie szeroką skalę i nie udało się znaleźć sponsorów. Dlatego żeby cokolwiek ruszyć dalej, to trzeba tu najpierw stworzyć mocną bazę. Trzeba na przykład stworzyć szkołę sportową, a nie tylko klasę – jak to bywa niejednokrotnie – i zrobić wtedy w takiej szkole sekcje i dziewczyn i chłopców, żeby to potem faktycznie mogło przeistoczyć się w jakieś trzecioligowe granie. A na to niestety potrzebne są pieniądze i właśnie prawdopodobnie z ich braku „Piątka” nie była w stanie funkcjonować. Z resztą w naszym mieście najczęściej właśnie o to się rozbija. O kasę. To jest niestety smutna rzeczywistość, jaką mamy. Ja na przykład, jak już wiesz, musiałem dojeżdżać na własny koszt do Krakowa, bo w Nowym Targu klubu nie było. W końcu na dobre mi to wyszło, bo tutaj niestety nie miałem szans nigdzie trenować. Z resztą bardzo szkoda, bo na Podhalu było bardzo dużo młodych, obiecujących koszykarzy, którzy mogli coś w tej dyscyplinie osiągnąć, ale nie mieli możliwości się rozwijać.

Czyli masz wrażenie, że w naszym regionie marnują się talenty?
-Koszykarskie? Jak najbardziej. Jeżeli tutaj nie ma klubu, to oni nie mają styczności z grą. Jeden SKS w tygodniu to jest strasznie mało. Niektóre szkoły sportowe w Krakowie mają po dziesięć treningów tygodniowo: dwa razy dziennie. Do tego jeszcze mecz w weekend. Więc możesz sobie wyobrazić jaka to jest różnica. Trzy-cztery treningi w tygodniu to jest minimum, żeby coś faktycznie grać. Szczególnie w okresie szkoleniowym, gdy jesteś młody, bo tam nabierasz najwięcej umiejętności i najszybciej przyswajasz pewne rzeczy. Może nie krzepę fizyczną, ale przede wszystkim technikę.

Prawda jest taka, że ludzie na Podhalu nastawieni się przede wszystkim na hokej, piłkę nożną i może zdarzy się pomyśleć o unihokeju. Ale o koszykówce już nie. Co według ciebie można zrobić, by uświadomić ludziom, że warto to robić i warto rozwijać w naszym regionie?
-Jeśli lubisz koszykówkę, to będziesz się ekscytował nawet super podaniem, taktycznie rozegraną akcją, czy będziesz się cieszył, że obrona super funkcjonuje. Ale dla laika to jest bez znaczenia. Chodzi o to, żeby zrobić z tego jakieś fajne show i rzeczywiście prawdziwe widowisko dla fanów. Można zorganizować jakieś ciekawe mecze z różnymi atrakcjami, jak na przykład właśnie pokazami wsadów, czy występami cheerleaderek. Najlepszy tego przykład mamy w Stanach Zjednoczonych, gdzie nawet ze zwykłych szkolnych meczy robi się wielkie wydarzenie. Są tam nawet fankluby, które utożsamiają się z drużyną i jej graczami. Ludzie tam bardzo gloryfikują sportowców. W Polsce mam wrażenie, że najczęściej kładzie się nam kłody pod nogi. W Nowym Targu miałem z tym styczność osobiście, ale słyszałem, że w innych regionach naszego kraju takie zjawisko też występuje, oprócz kilku większych ośrodków sportowych. Prosty przykład: jeżeli nie jesteś w klasie sportowej, to nikt szczególnie nie szanuje tego, że jesteś sportowcem. Nauczyciele wypominają, że na przykład nie było cię na sprawdzianie, choć równie dobrze możesz go napisać w innym terminie albo przyjść poprawić. Można nawet podejść do takiego ucznia w jakiś indywidualny sposób. Niestety, u nas to nie przejdzie. Jest to bardzo trudne, żeby przetłumaczyć tej zatwardziałej mentalności, że to, co robisz, jest twoją pasją i że kochasz to, co robisz.

Z moimi poprzednimi rozmówcami też poruszałem ten temat i na przykład hokeista Kuba Habura, który chodzi do normalnego liceum, mówił mi, iż bardzo się cieszy, że nauczyciele są wobec niego wyrozumiali. Musi bowiem nadrabiać teraz zaległości spowodowane nieobecnościami, wynikającymi z treningów jego drużyny akademickiej. Ale tych treningów ma on dziesięć w tygodniu i sam poziom ligi międzynarodowej, w której gra, robi wrażenie. Tak więc to nastawienie pedagogów zależy może od poziomu, na jakim uprawiasz daną dyscyplinę sportu i jeśli jest to coś wielkiego, z czym możesz nawet wiązać swoją przyszłość, to jest to szanowane, ale gdy jest to tylko twoje hobby, to nie traktuje się tego poważnie – nie wiem czy się zgodzisz?
-No właśnie. Tak, o to chodzi. Moim ówczesnym problemem z gronem pedagogicznym było nieuszanowanie pasji. Moim zdaniem pasję powinno się kultywować. Potem ludzie dorośli narzekają, że młody człowiek siedzi pod blokiem, nic nie robi, pije piwo i zażywa innych używek. Ale jeśli zabijasz jego pasję, to czego się spodziewasz? Nawet jeżeli człowiek ma hobby, którym jest zbieranie znaczków pocztowych, czy gra w szachy, to nie musi to być niewiadomo jak widowiskowe. Każdą pasję powinno się kultywować. Pasję powinno się wspierać. Nawet jeśli to jest artysta lub ktokolwiek inny, niekoniecznie sportowiec. Przede wszystkim, młodemu człowiekowi nie powinno się kłaść kłód pod nogi, tylko pozwolić mu robić to, co kocha, bo ma na przykład – załóżmy – dopiero 15 lat! Dajcie temu dziecku się rozwijać i robić to, co lubi. Bo jeszcze się w dorosłym życiu narobi wielu rzeczy, których nie będzie lubił robić (śmiech).

Niestety, w dzisiejszym sporcie wszystko rozbija się o pieniądze. Ale z drugiej strony, jak nie ma osiągnięć i sukcesów, to nie ma też sponsorów. Od czegoś więc trzeba zacząć. Masz jakiś pomysł od czego by można było zacząć z basketem na Podhalu?
-Przede wszystkim sukcesy nie przytrafią się ot tak. Nie ma szans. Spójrz na przykład na piłkę nożną. Ja się akurat piłką nie interesuję, ale wszystkim znana jest szkółka piłkarska Barcelony. Oni od małego łapią talenty i szkolą ich od najmłodszych lat, by potem mieć zawodników do drużyny seniorskiej. Tu chodzi o szkolenie. Jeżeli zacznie się szkolić zawodników na dobrym poziomie i przez lata będzie się w nich inwestowało, to oni zaczną wzrastać i przyniosą wyniki. Wyniki się pojawią, jeżeli są solidne podstawy. Tak jest w większości sportów, nie tylko w koszykówce, czy piłce nożnej. Jeśli na przykład nakupisz sobie gwiazd, nawet do profesjonalnych klubów, to te drużyny przetrwają maksymalnie dwa-trzy lata i się rozpadną, bo nie ma takiego poczucia integralności, nie ma kolektywu. I moim zdaniem, jeśli chcesz osiągać jakieś sukcesy w sporcie, to musisz zacząć od podstaw, czyli od szkolenia młodzieży. To musi być wszystko ze sobą ściśle połączone. Jeśli pierwszy rzut młodzieży za kilka lat dorośnie i będzie święcił sukcesy w seniorach, to ich młodsi koledzy będą mieli do kogo równać. Młody zawodnik będzie miał przed oczyma, że chce grać w głównej drużynie właśnie z tymi graczami i będzie miał motywację, by trenować i w końcu ten poziom osiągnąć. Ale jeżeli ty nie masz do czego równać i nie masz namacalnego przykładu, do czego chcesz dojść, to bardzo ciężko jest ci znaleźć swoją drogę. Bo możesz iść do przodu, ale jeśli nie znasz celu, to możesz iść nawet w złą stronę. Możesz nie wiedzieć, dokąd tak naprawdę zmierzasz. Dlatego na sprawę trzeba spojrzeć długoterminowo, a nie że zaczynamy z koszykówką w Nowym Targu i już za dwa lata jesteśmy mistrzami Polski. Trzeba zainwestować w młodzież i cierpliwie czekać, a sukcesy same przyjdą. A młodych ludzi z predyspozycjami do grania w kosza na Podhalu jest mnóstwo. Trzeba tylko wyzwolić ich potencjał i pomóc rozwijać ich pasję.

I potem ten młody narybek będzie stanowił o sile drużyn seniorskich…
-Dokładnie. Tutaj działa też potem marketing. Nawet jak taki zawodnik nie będzie grał w klubie seniorskim w Nowym Targu, ale wybije się gdzieś dalej, to fakt, że jest on wychowankiem miejscowego klubu pozostanie, a ludzie zaczną się interesować: „O! To tu jest taki klub, taka szkółka. Oni tam faktycznie robią dobrą robotą, skoro taki talent stamtąd wyszedł”. Solidną pracą buduje się fundamenty pod sponsorów, a nie fleszem. Widowiskiem również, jeśli chodzi o organizację samego meczu, ale to nie zmienia faktu, że podstawa musi być solidna. Wtedy dopiero można liczyć na to, że coś w przyszłości z tego będzie.

Czy uznałbyś to, o czym mówimy, za główny problem rozwoju tego sportu w Polsce, nie tylko na Podhalu?
-Na szczeblu organizacyjnym może tak. Rozbija się to często o pieniądze, a i koszykówka nie jest aż tak bardzo popularnym sportem. Głupi przykład: ostatnio nasi reprezentacyjni koszykarze zrobili naprawdę dobry wynik na EuroBaskecie i pewnego dnia rozgrywali podczas tej imprezy mecz z ówczesnym mistrzem Europy – Francją. Tego samego dnia był mecz piłki nożnej pomiędzy Polską a Gibraltarem. Mecz tak naprawdę bez historii, do jednej bramki. Mimo to, wszystkie bary, puby i restauracje w Krakowie transmitowały „kopaną”, a nie koszykarzy, którzy postawili Francuzom naprawdę twarde warunki i mieli nawet okazję wygrać z mistrzem Europy. Po raz pierwszy od dawna polska reprezentacja w koszykówce jest tak dobra. Tylko że większość zawodników, którzy w niej grają i grają na wysokim poziomie, są zawodnikami zagranicznych klubów. I to jest właśnie ten problem, że oni nabierają szlifu i umiejętności dopiero za granicą, bo koszykówka w Polsce nie jest tak popularna. A już szczególnie na południu. Bo na północy owszem – są takie ośrodki jak Zgorzelec, Trójmiasto, czy chociażby Warszawa lub Zielona Góra. Ale to wszystko jest poza naszym regionem. I moim zdaniem trzeba by było pójść śladami siatkówki. Siatkówka zrobiła świetną rzecz: tzw. „młodą Plus-Ligę”, która działa na takich samych zasadach jak ekstraklasa, tyle że są to rozgrywki dla młodych ludzi. Dla młodych zawodników, ażeby mogli ogrywać się na wielkich arenach. Oczywiście, że nie przychodzi na te mecze tak duże grono fanów jak na seniorów. Niemniej jednak „boom” na siatkówkę był ostry, ktoś to chwycił za włosy i zrobił z tego naprawdę super sprawę. Tak więc może w ten sposób trzeba by było do tego podejść? Postawić po prostu na młodych. Tak samo – jak słyszałem – dzieje się w piłkarskiej kadrze Polski, która została ostatnio odmłodzona i zaczęło to fantastycznie funkcjonować.

Jest po prostu z czego czerpać…
-Dokładnie. To jest to. Ci ludzie zaczną dorastać, talenty zaczną się pokazywać i to przełoży się potem na sukcesy reprezentacyjne. Ale nie można budować drużyny, która ma mieć sukcesy w koszykówce, tylko wokół samego Gortata, dlatego, że jako jedyny Polak gra w NBA. Nie można budować drużyny tylko i wyłącznie wokół niego. Tę drużynę tworzy dwanaście osób i trzeba o tym pamiętać. I przede wszystkim stawiać na młodzież: szkolić, szkolić i jeszcze raz szkolić. To jest recepta na sukces.

 Fabian w czarnej koszulce z numerem 19


Spragnieni jeszcze bardziej wiedzy o dunkerach i baskecie? Chcecie dowiedzieć się, czym dla młodego koszykarza jest pierwszy wsad? Albo kim był na sportowej drodze Fabiana jego wuefista – Piotr Jabłoński – legenda I Liceum Ogólnokształcącego w Nowym Targu? I w końcu: czy Wy, młodzi ludzie, którzy zastanawiacie się często, czy warto dalej realizować swoje pasje, chcecie usłyszeć, co czołowy dunker w Polsce chce Wam powiedzieć?

Jeśli chociaż na jedno z tych pytań odpowiedzieliście „tak” lub po prostu leży Wam na sercu dobro polskiego sportu i ciekawi Was to, co na ten temat ma do powiedzenia Fabian, to już jutro będziecie mieli okazję, by zaspokoić swoją ciekawość. Z racji obszerności wywiadu został on bowiem podzielony na dwie części, a druga z nich ukaże się na sportowepodhale.pl już jutro. Gorąco zapraszam!

Zapraszamy do wywiadów z serii „wywiady z młodymi”:

  1. Wywiad z Karolem Pelczarskim
  2. Wywiad z Dawidem Dudą
  3. Wywiad z Jakubem Haburą

Tekst Jakub Udziela

Komentarze







reklama