- Kiedy pozycja Podhala przestała być dla ciebie zaskoczeniem, a stała się normalnością?
- Po niespodziewanym trzecim miejscu w zeszłym sezonie. Zakładaliśmy, że jeśli załapiemy się do czwórki, to będzie już wielki sukces. Było lepiej. Zawodnicy pokazali charakter i na co ich stać sportowo. Oczywiście, że wszystkiego się nie da wygrać, bo wtedy bylibyśmy nie tylko mistrzami kraju. U siebie gramy bardzo dobrze. To cieszy. Przegraliśmy co prawda na wyjazdach z Bytomiem i Opolem, zespołami z drugiej połówki tabeli, ale to była tylko mała skaza. Z kolei wygraliśmy z Tychami oraz Cracovią i te mecz zbilansowały się na plus. Uważam, że gra na poziomie pierwszej czwórki powinna być normalnością. Nie wierzmy w przypadki. Drugie miejsce to nie przypadek.
- Fiński duet godnie zastąpił Dziubińskiego i Kapicę?
- Tak. Tworzą mocną pierwszą piątkę. Nie w każdym meczu jest idealnie, ale punktują, zdobywają gole w ważnych meczach. Razem z Zapałą mają ok 90 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej, a jeden z nich, w tejże punktacji, mieści się w czołówce ligowej. Ktoś powie, że są to obcokrajowcy i powinni być dwa razy lepsi od Dziubińskiego i Kapicy. Tak nie jest. Gdyby tak było nie graliby w polskiej lidze.
- Jaka jest w tym momencie najmocniejsza i najsłabsza strona drużyny?
- Najmocniejszą stroną jest bramkarz. Apeluję do pani prezes, chociaż zapewne jest to warunek niespełnialny, żeby podpisała z Raszką kontrakt na pięć lat. My kibice bylibyśmy szczęśliwi. To kadrowy bramkarz, który będzie mocno się starał, by załapać się na mistrzostwa świata, a po nich zatrzymać go będzie niezmiernie trudno. Nie twierdzę, że to nieosiągalny cel, ale trudny. Menadżer na pewno będzie szukał mu klubu w lepszych i bogatszych ligach. Najsłabszą stroną jest ilość graczy. Jest ich tylko 20. Nikt w tej chwili nie ma wpływu na to. Klubu, tak mi się wydaje, nie stać na sprowadzenie kolejnych zawodników, by stworzyć bufor bezpieczeństwa. Juniorów w klubie nie da się wychować w tak krótkim czasie, w dodatku z niczego. Po prostu ich nie ma.
- Są tacy, którzy twierdzą, że istnieje problem z obrońcami. Podzielasz taką opinię?
- Bezsprzecznie jest ich mało. Kontuzja, choroba, wylatuje ze składu jeden, drugi defensor i jest kolosalny problem. W pierwszej części sezonu już kilkakrotnie trzeba było Różańskiego przesuwać z ataku na obronę i odwrotnie. Nieraz w trakcie jednej tercji. Na szczęście Jarek, póki co, jest uniwersalnym zawodnikiem. „Różak” zagra na środku, skrzydle, obronie, na szczęście na bramce jeszcze stać nie musi.
- Który z hokeistów zasłużył na miano objawienia?
- Jaśkiewicz. Ten chłopak robi stałe postępy. Na pewno sporo dała mu gra w parze z Haverinenem. Pewnie się czuje. To dobra inwestycja. Ma przegląd sytuacji. Zazwyczaj bywało, że grając z lepszym obrońcą, ten słabszy oddawał krążek partnerowi i nic go więcej nie interesowało. W jego przypadku tak nie jest. Gra z głową wysoko uniesioną, stara się uruchomić skrzydłowych przy pierwszym najeździe. Wychodzi na przewagi. Wymieniłbym w tym miejscu jeszcze Neupauera, który po dwóch latach powrócił do hokeja. Obawiałem się jego powrotu, czy da sobie radę. Miałem obawy co do jego dyspozycji, wejścia w drużynę. Okazało się, że świetnie sobie poradził. Widać, że ma spory potencjał, strzela gole, pokazuje się, ma ciąg na bramkę.
- Zawodnicy czwartej piątki pokazali, że mogą dużo dać drużynie?
- Cieszmy się, że ich mamy. W innych zespołach często w tej formacji grają obcokrajowcy. Powinni mieć ból głowy włodarze tych klubów i trenerzy. Mamy swoich chłopaków, takich jakich mamy. Niestety pokutują stare grzechy sprzed 5-7 lat, kiedy juniorów było mało. Byli też tacy co zrezygnowali. Trener nie ma jednak wielkiego wyboru, ale widocznie widzi w tych chłopakach jakiś potencjał, skoro dostają szansę gry. Oczywiście w meczach na styku nie grają. Żadna drużyna sobie nie pozwoli, by wtedy czwarta formacja pojawiała się na lodzie, podobnie jak podczas gry w osłabieniu czy przewadze. Jak idzie drużynie, wynik jest pewny, to wtedy należy ich wykorzystać. Również w meczach ze słabszymi rywalami. I tak się dzieje. Uważam, że wtedy wykonują swoją robotę i dają odpoczynek najbardziej eksploatowanym formacjom. Jakbyśmy zmierzyli wszystkie czwarte piątki w naszej ekstraklasie, to nasza nie byłaby na szarym końcu.
- Czego spodziewasz się po drugiej rundzie?
- Najlepszych spotkań w sezonie. Zachęcałbym kibiców, by nie przegapili żadnego meczu. W pierwszej fazie trenerzy wszystkich drużyn skupiali się na wyznaczonym zadaniu przez prezesów i sponsorów, a więc awansie do „szóstki”. Wszystkimi siłami. Nie ważne w jakim stylu, byle tylko gromadzić punkty. Oczywiście było kilka dobrych spotkań. Za najlepsze uważam Podhala z Cracovią. Potyczka godna nie tylko polskiej ligi, ale lepszych lig. Fajne spotkania były z Tychami, Unią i Sanokiem, ale do pewnego momentu. Gdy mecze były rozstrzygnięte, następowało oszczędzanie sił na kolejne konfrontacje. Teraz gra idzie o miejsce przed play off, ale drużyny już są najeżdżone, piątki zgrane, lepiej przygotowane i twierdzę, że będziemy świadkami fajnych meczów. W play off też się gra, żeby wygrać. Nie ważne jak.
- Sezon ciekawszy niż poprzedni?
- Ciekawszy. Nie ma Katowic, chociaż jest „szkółka”, ale różne cele. Katowice aspirowały do drużyny profesjonalnej, a wiemy jak to się skończyło. W SMS młodzi 16-18-letni chłopcy mają się ogrywać. Czy to dobry kierunek? Czas pokaże, ale taki wariant stosowany jest także w innych krajach. Początek mieli słaby, ale wydaje się, że już okrzepli. Gra z mocniejszymi rywalami powinna przynieść szkoleniowe efekty. No bo gdzie mieliby grać? To było jedyne wyjście. Szkoda mi Opola. Zasługiwało na grę w grupie silniejszej. Kibicowałem Jackowi Szopińskiemu, koledze z Nowego Targu. Orlik przegrał ważny mecz z Sanokiem u siebie i został wyrzucony z „szóstki”. Narzekaliśmy na poprzednie zarządy PZHL, ale obecny funduje nam kabaret. Bez wydziału sędziowskiego i dyscypliny, wycofuje sędziów bramkowych w trakcie sezonu, podejmuje niezrozumiałe decyzje… Nowości wprowadza się przed sezonem, a nie w trakcie jego trwania. Po takiej decyzji trzeba inaczej monitorować bramkę. Jedna kamerka z góry nie wystarcza już teraz, o czym wszyscy w środowisku wiedzą. Zarząd działa w kadłubowym składzie i kłóci się między sobą. Nie chodzi tylko o mistrzostwa świata, gdzie długo trwało przeciąganie liny między Krakowem a Katowicami. Kraków się sprawdził. Teraz przyjeżdża Austria i Słowenia i byłby komplet widzów w Arenie, 12 tysięcy. Spodek pomieści 8 tysięcy. Chyba, że propozycja finansowa Katowic była korzystniejsza i uratuje budżet Związku.
Stefan Leśniowski










