Turniej w Janowie pokazał nam miejsce w szeregu. Reprezentacja Polski wygrała tylko z Koreą i to po szczęśliwej dobrej jednej tercji. Ze spadkowiczami z elity nie poradziła sobie. Ze Słowenią przegrała 1:2, z Austrią 2:4. Trzeba dodać, iż te dwie ekipy nie przyjechały do Janowa w najmocniejszych składach. Selekcjoner jest zadowolony z występu podopiecznych.
- Zaangażowania i agresywnej gry nie można mam odmówić – przekonuje. – Sęk w tym, że nie prezentowaliśmy się tak przez 60 minut. Okazuje się, że trzeba dać z siebie więcej niż 100%. Trzon zespołu jest, ale kilku zawodników nie mogło przyjechać. Na pewno w kolejnym turnieju inni dostaną szansę.
- Potykaliśmy się z zespołami ze znacznie wyższej półki niż podczas krakowskiego czempionatu – twierdzi Jacek Kubowicz. – Dobrze, że nasza narodowa miała możliwość zagrania z silnymi przeciwnikami. Dzięki temu selekcjoner miał możliwość przyjrzeć się zawodnikom i dokładnie przeanalizować ich poczynania. Jeśli Słoweńcy i Austriacy nie wystawili najmocniejszych składów, a my w potencjalnie najsilniejszym zestawieniu przegrywamy, to nie można być optymistą. No może 2-3 zawodników zabrakło w naszej drużynie narodowej. Potrzeba pracy, pracy i jeszcze raz pracy. Tylko kiedy pracować. Liga pędzi, a reprezentacja spotyka się trzy dni przed turniejem, rozegra trzy mecze i zawodnicy rozjeżdżają się do domów. Chyba, że selekcjoner zlecił pracę w klubach. Nad pewnymi rzeczami można popracować podczas klubowych zajęć, ale nie nad wszystkimi. W przypadku rozgrywania przewag trzeba się spotkać. Nie ma co ukrywać, sporo jest do poprawy.
- Co mianowicie?
- Na pewno trzeba pracować nad rozgrywaniem przewag. To jest bolączka polskich drużyn. Wiadomo, że sto procent przewag się nie wykorzysta, ale każda powinna być dużym zagrożeniem dla przeciwnika. A tak nie było. Kondycyjnie nie było widać różnicy. Nie jesteśmy małymi „pępkami”, a jeśli już, to nie da się zawodnika za szyję wyciągnąć w górę.
- Nie martwi cię bark skuteczności. Strzelaliśmy dużo, ale pociski fruwały obok bramki, a jeśli już szły w światło, to prosto w bramkarza.
- Brak skuteczności to chyba największy minus. Z rywalami tej klasy, jeśli ma się „setkę”, to musi się ją wykorzystać, bo wiele ich w meczu nie będzie. Jeśli zawodnik nie trafia z wąsów w światło bramki, to nie znaczy, że tego nie potrafi. Uważam, że to brak koncentracji. Na treningu z tego miejsca na sto prób trafi wszystkie, a w meczu krążek fruwa pół metra od bramki. To brak koncentracji w ostatnim momencie, by oddać mocny i precyzyjny strzał. Jeśli zawodnik pomyli się 5 centymetrów, to pal licho, ale pół metra, to już jest niewytłumaczalne. Pokutują ligowe nawyki, gdzie nie we wszystkich meczach koncentracja musi być na sto procent. Nie we wszystkich meczach gra się na maksa.
- Naturalizowani Polacy, Michael Cichy i Mike Danton, dodali kolorytu drużynie?
- Rewelacji nie było. Wystąpili pierwszy raz w kadrze i mogli czuć tremę, ale… Nie są to chłopaki nieograni na międzynarodowej arenie. Z niejednego pieca chleb jedli, grali już nie jeden raz o stawkę, więc o tremie nie powinno być mowy. Uważam, że w trzydziestce na obóz przed mistrzostwami świata powinni się znaleźć. Będzie wtedy zdrowa rywalizacja. Chociaż nie wiem czy są już w posiadaniu polskiego paszportu.
- Trener ma jeszcze jakieś pole manewru?
- Niewielkie. Wybór nie jest wielki, bo z ligi. Dojść może Borzęcki, Malasiński i Dutka.
Stefan Leśniowski










