09.11.2015 | Czytano: 1060

Krzysztof Zapała: Praca sapera

- Mecze z zespołami z wyższej półki przypominają pracę sapera. Mylisz się raz i przegrywasz. Patrząc na suche wyniki, to mam uczucie niedosytu. Mogliśmy pokusić się o lepsze rezultaty – mówi Krzysztof Zapała, jeden z trzech reprezentantów Podhala w drużynie narodowej.

- Tak miało być, czy w janowskim turnieju EIHC liczyliście na coś więcej?

- Gdy się wychodzi na lód zawsze liczy się na najlepszy rezultat. Niestety wygraliśmy tylko jedno spotkanie. Bardzo blisko byliśmy ze Słowenią, mimo iż wygrała wszystkie spotkania. Przy większej koncentracji mogliśmy się pokusić także o wygraną z Austrią. Mam uczucie niedosytu. Niemniej czuć było, że te dwa zespoły to wyższa półka.

- Początek z Austrią wyglądał jakbyście jeszcze nie wyszli z szatni.

- Rzeczywiście nam nie wyszedł. Z punktu widzenia kibica rzeczywiście mogło to tak wyglądać. Trzeba zauważyć, iż rywal mocno na nas naskoczył, narzucił ogromne tempo i szybko zdobył dwa gole.

- Lepiej będzie w Katowicach? Przeciwnicy wzmocnią się personalnie przed kwietniowymi mistrzostwami świata i mogą być groźniejsi.

- My też będziemy mocniejsi. Do kwietnia jest sporo czasu, by mankamenty, które uwidoczniły się w naszej grze, zostały wyeliminowane. W Janowie nie byliśmy w optymalnej formie. Kto też powiedział, że skład jest już zamknięty. Nie jest powiedziane, że w Katowicach wszyscy się spotkamy. Jesteśmy w stanie tych rywali ograć, ale musimy wyeliminować przestoje w grze. Z tak mocnymi rywalami nie można być saperem, bo jeden błąd i nas nie ma. Co z tego, że przegramy jedną bramką i pozostawimy po sobie dobre ważenie. Na mistrzostwach świata wrażenia artystyczne się nie liczą. Nie ważne jak blisko się było. Są punkty, albo ich nie ma. W żadnym meczu nie zagraliśmy równo i dobrze przez trzy tercje. Gdyby zlepić wszystko co najlepsze z dziewięciu odsłon, to wyszedłby jeden dobry mecz, np. z Austrią i do tego wygrany. Dobra była pierwsza tercja z Koreą, dwie tercje ze Słowenią i ostatnia z Austrią. Jeśli chce się myśleć o wygranych z rywalami z wyższej półki, to trzeba zagrać mocne i dobre 60 minut. Mieliśmy fragmenty dobre, ale słabe początki z Słowenią i Austrią.

- Skuteczność do poprawy. Przeciwnicy w tym elemencie byli znacznie lepsi. Wasze krążki często fruwały obok bramki. Rywal strzelał z każdej pozycji w światło bramki.

- Nie tylko nad tym elementem musimy pracować. Nad wieloma innymi. Każda próba strzału jest przemyślana, każdy z nas chce, żeby krążek po niej trzepotał w siatce, albo leciał w światło bramki. Zarówno trener Jacek Płachta jak i Marek Ziętara w klubie zwracają uwagę, by oddawać dużą ilość strzałów. Im większa, tym większe prawdopodobieństwo, że „guma” zatrzepocze w siatce. Jak ktoś strzela z nadgarstka z drugiej linii niebieskiej, to jego celem nie jest pokonanie bramkarza. Chociaż takie sytuacje się zdarzają, ale zdobycie gola jest mało prawdopodobne.

- W NHL i KHL dużo pada takich goli. Nie wiem czy pamiętasz ostatni finałowy mecz o MP z Tychami w 2007 roku. Gonera zaskoczył naszego bramkarza strzałem spod własnej bramki, bekhendem z wąsów.

- Pewnie, że pamiętam. Byłem wtedy najbliżej Gonery. Zastanawiałem się czy zablokować mu krążek. Pomyślałem, niech wybije „gumę” z tercji na uwolnienie. Zrobimy zmianę. Wejdą nowe siły, bo nic się nie stanie. Tymczasem padł gol. Na szczęście nie zaważył on na wyniku meczu i zdobyciu przez nas mistrzostwa kraju.

Stefan Leśniowski
Zdjęcia Mateusz Leśniowski

Komentarze







reklama