20.08.2015 | Czytano: 4217

Hokej pod palmami

- Jak ten czas szybko leci. Ani się obejrzeliśmy, a już, z krótką przerwą, prawie 20 lat jestem poza krajem. A tak niewinnie się zaczęło – mówi Adam Wronka, były hokeista Podhala, ojciec Patryka.

Hiszpania to jego nowa ojczyzna. Tam założył rodzinę. Mieszka w Vitorii Gasteiz, w północnej Hiszpanii, stolicy prowincji Araba i wspólnoty autonomicznej Kraju Basków. Często odwiedza rodzinne strony. Spotkaliśmy się na lodowisku, gdy podpatrywał trening Patryka.

- Jak znalazłeś się w Hiszpanii?

- Gdyby nie problemy finansowe, to zapewne nie wyjechałbym z kraju. Trzeba było szukać czegoś, co pozwoli spokojnie żyć. Tuż przed Sylwestrem otrzymałem propozycję gry w Vitorii Gasteiz. Propozycja wyjazdu wyszła od Kazimierza Jurka. Początkowo miał mi pomóc w znalezieniu francuskiego klubu, ale ostatecznie wylądowałem w Hiszpanii i nie żałuję. Wyjechałem tam w ciemno, nic nie wiedząc o hiszpańskim hokeju. Jak zobaczyłem drużynę, to się załamałem. Wyobrażałem sobie, że jadę na Zachód, do zawodowego klubu, a tymczasem zastałem grupę ludzi bawiących się w hokej. Pierwsza moja reakcja, to „pakuję się i wracam”. Przyznam się, że byłem bardzo rozczarowany. Tym, co zobaczyłem. Pomalutku zacząłem się przyzwyczajać, uczyć języka. Uczyli mnie zawodnicy. Zaczęło mi się podobać. No i zostałem. W pierwszym roku byłem grającym trenerem i prowadziłem wszystkie grupy wiekowe w klubie.

- Mocna to była drużyna?

- Bardzo słaba. Przed moim przyjazdem nie miała trenera, przegrywała bardzo wysoko. Dopiero gdy ściągnąłem Tadka Ryłkę zaczęło to jakoś funkcjonować. Toczyliśmy z przeciwnikami bardziej wyrównane boje. Wówczas, w każdej drużynie, mogło grać tylko dwóch zawodników z poza Hiszpanii. Zespoły miały w swych szeregach Kanadyjczyków, Czechów, Rosjan i Polaków. Byli Rosjanie, którzy grali w naszych ligach – Roszczin, Semenczeno czy Semierak. Najwięcej było Kanadyjczyków z podwójnym paszportem. Zawodowcy zajmowali się również szkoleniem najmłodszych adeptów hokeja, prowadzili zajęcia pokazowe.

- Dużo naszych rodaków występowało w hiszpańskiej lidze?

- Spora grupa. Co roku ich przybywało. Ja, Tadek Ryłko, Leszek Jachna, Stanisław Cyrwus, Zdzisław i Wiesław Kozłowscy, Andrzej Świstak, Bogdan Pawlik, Darek Sikora, Marek Kasprzak i Zbigniew Książkiewicz. Prawie w każdym klubie grali Polacy. Najwięcej w moim klubie, Txuri Urdin San Sebastian i HC Jaca. Zazwyczaj byli pierwszoplanowymi postaciami swoich teamów. Za Pirenejami pracowali też polscy trenerzy - Józef Kurek w Jaca, Zbigniew Behounek w Txuri Urdin i Tadeusz Bulas w Vitorii. Dwaj pierwsi doprowadzili prowadzone przez siebie zespoły do mistrzowskich tytułów. Obecnie jestem sam. Wcześniej pracowałem i popołudniami prowadziłem zajęcia z najmłodszymi. Obecnie jestem tylko przy hokeju, odpowiedzialny za szkolenie młodzieży. Mogę się pochwalić, że w pierwszych drużynach gra sporo moich wychowanków.

- Hiszpania kojarzy nam się z pięknymi krajobrazami, plażami, turystyką, futbolem, koszykówką, ale nie z typowo zimową dyscypliną jaką jest hokej. Jest wielu chętnych do uprawiania tej dyscypliny sportu?

- Piłki nożnej i koszykówki nic nie przebije. Chyba nigdy. Vitorii bardzo popularny jest basket. Niemniej zainteresowanie hokejem też jest spore. W Vitorii zainwestowano spore pieniądze, ściągnięto najlepszych zawodników z Hiszpanii, uzupełniono skład dobrymi obcokrajowcami i przez trzy lata wygrała wszystko- ligę, Puchar Króla i Superpuchar. W tym czasie 5-tysięczna hala pękała w szwach. Potem pojawiły się problemy finansowe i obecnie nie ma pierwszej drużyny. Trwa intensywna praca z młodzieżą. Na mojej głowie jest odbudowa hokeja. Na razie nakreślony jest trzyletni plan szkolenia. Działacze chcą bazować na swoich wychowankach. Nie mogę narzekać na ilość trenującej młodzieży. Chętnych jest naprawdę dużo. Lodowiska robią tam furorę, a są w europejskim standardzie. Tysiące ludzi jeździ na łyżwach. Wiąże się to z faktem, iż w Hiszpanii sport masowy jest świetnie zorganizowany, stał się nieodłącznym atrybutem życia. Można uprawiać tam dosłownie wszystkie dyscypliny, w bardzo dobrych warunkach. Tego można im pozazdrościć. Szkoda, że u nas nie ma takich warunków do uprawiania sportu.

- Widać, że zakochałeś się w Hiszpanii.

- Fantastyczny kraj do życia. Zwiedziłem niemal całą Europę, byłem w USA i widziałem jak tam się żyje. Za żadne skarby nie zostałbym za Oceanem. Hiszpanią i jego mieszkańcami jestem wprost zauroczony. Hiszpanie mówią o swoim kraju, że jest to jedyny kraj na świecie i zgadzam się z tą opinią. W mieście, w którym mieszkam jest przepięknie, pełno zieleni i parków. Jest podobnie jak w naszym regionie. Baskowie to górale, a więc zwyczaje ciut podobne i dobre jedzenie (śmiech).

- Nie widać żebyś korzystał ze smakołyków hiszpańskiej kuchni. Sylweta jak dawniej, sportowa.

- Staram się dbać o zdrowie. Uprawiam sport. Cały czas jestem w ruchu.

- Hiszpania to pierwsza czy druga twoja ojczyzna?

- Teraz można powiedzieć, że pierwsza, bo tam mieszkam, założyłem rodzinę i zarabiam. Mam syna, który jest szalony na punkcie hokeja. Szaleje też za Patrykiem. Ma pięć lat, a od czterech jeździ na łyżwach. Powiedział mi kiedyś, że będzie trenował w Hiszpanii, ale jak będzie grał w hokeja, to tylko w Podhalu. Jak tylko mogę, to przyjeżdżam w odwiedziny do Polski. Zostawiłem tutaj rodzinę. Mam kontakt z ludźmi z Podhala. Na bieżąco śledzę występy Patryka.

- Mówisz, że śledzisz polską ligę. Jak po latach ją odbierasz?

- Śledzę w telewizji i interncie. Oczywiście nie wszystko co leci, ale w większości spotkań. Niepokoi mnie, że w polskim hokeju jest ogromny bałagan. Więcej mówi się o konfliktach targających kluby i Związek niż o drużynach, szkoleniu… Nie pojmuję, że za trzy tygodnie rusza liga, a nie wiadomo kto w niej wystąpi. To jakaś paranoja. Jeśli ma się bałagan na podwórku, to trudno się w nim odnaleźć, trudno podnosić poziom. Spotykam wielu kibiców, którzy pamiętają mnie z lodowej tafli i żalą się, że teraz poziom nie jest tak wysoki jak dawniej. Lodowiska wtedy pękały w szwach. Pamiętam, że gdzie Podhale jechało, tam komplet widzów. Podobnie u nas, gdy zjeżdżał Baildon, Zagłębie czy Naprzód. Wtedy poziom drużyn był wyrównany, dzisiaj jest spora przepaść. Reprezentacja była windą kursującą między światową elitą a zapleczem. Miała cały czas kontakt ze światową czołówką, a to gwarantowało dobry poziom. Teraz ten kontakt jest bardzo daleki.

- Obserwujesz syna. Co powiesz o jego występach?

- Zadowolony jestem z jego postawy. Słyszę opinię o nim i jestem zbudowany. Miał dobrą końcówkę sezonu. Podhale zrobiło kibicom miłą niespodziankę stając na najniższym stopniu podium. Dużo mówi się, że wygrało z Cracovią przy zielonym stoliku. Ja twierdzę inaczej, przecież było lepsze w dwóch meczach. Podhale zrobiło dobrą robotę i teraz też ma fajną drużynę. Często rozmawiam z Patrykiem przez telefon, udzielam mu wskazówek.

- Możesz je zdradzić?

- Uczulam go, żeby nie popełnił tych błędów co ja.

- Znaczy jakich?

- Musi dbać o swój organizm. Dobrze się odżywiać, po każdym treningu odpoczywać. Myśmy się odżywiali u Romka, a potem… Lepiej nie mówić. Ale to były inne czasy. Dzisiaj jest mnóstwo wskazówek jak powinni się odżywiać sportowcy wyczynowi, o których nam się wówczas nie śniło. Każdy jadł co chciał. Wszyscy twierdzą, że Patryk nie ma dobrych warunków fizycznych, ale technicznie jest bardzo dobry. Przede wszystkim ma głowę, dużo widzi na lodzie. Jak dostał ofertę z Cracovii, to dzwonił do mnie i radził się. Powiedziałem mu, że ma 19 lat i nie czas jeszcze na zmiany. Robotę, którą wykonała drużyna w poprzednim sezonie zaprocentuje w kolejnym. Potem się zobaczy co się w Podhalu będzie działo. Jak będzie dobry, to na przyszły sezon też przyjdą po niego. Teraz jest u siebie i ma szansę się rozwinąć.

- Wspominałeś o Cracovii. Ty też miałeś krótki epizod w tym klubie.

- W obliczu trudnej sytuacji kadrowej i widmie spadku, tamtejsi działacze zwrócili się z prośbą o pomoc do mnie, Leszka Jachny, Dariusza Sikory i Bogdana Dziubińskiego. Byliśmy wtedy już oldbojami. Trenowaliśmy tylko raz w tygodniu, ale zdecydowaliśmy się pomóc krakowianom. Pierwotnie chcieliśmy wspomóc Cracovię piątką, lecz w ostatniej chwili nie mógł do nas dołączyć Marek Marcińczak. Po naszym przyjściu wstąpił nowy duch w drużynę. „Pasy”, które wcześniej w I lidze nie wygrały ani jednego spotkania, zjeżdżały z lodu w glorii zwycięzców. Rozegraliśmy chyba sześć spotkań (dziewięć – przyp. aut). I pomyśleć, że drużyna, która miała być rozwiązana uratowała się przed degradacją. Może to się wydać dziwne, ale graliśmy za darmo. Cracovia nie miała pieniędzy nawet na kije hokejowe, a co dopiero mówić o gratyfikacjach za grę. Graliśmy za obiad i flaszkę (śmiech). Zwracano nam za podróże.

- Przypomnij młodszym sympatykom hokeja jak trafiłeś do hokeja?

- Dzięki ojcu, który był wielkim sympatykiem Podhala. Mając trzy lata zabierał mnie na mecze hokejowe i...złapałem bakcyla. Grałem w hokeja na ulicy, w domu... Ojciec widząc, że mnie ten sport bardzo pociąga zapisał mnie do szkoły sportowej. Od piątej klasy zacząłem już naprawdę grać w hokeja i systematycznie piąłem się po szczeblach hokejowego wtajemniczenia. Moim pierwszym trenerem był Stanisław Kudasik, później hokejowego abecadła uczyli mnie Franciszek Klocek i Tadeusz Bulas. Rok w rok zdobywaliśmy tytuły we wszystkich kategoriach wiekowych. Będąc w juniorach młodszych zostałem powołany do kadry o rok starszej. Uczestniczyłem czterokrotnie w mistrzostwach Europy juniorów i trzy razy w młodzieżowych mistrzostwach świata. Do seniorskiej reprezentacji nie miałem szczęścia, mino że moja formacja klubowa z Ryśkiem Ruchałą i Tadkiem Ryłką na skrzydłach należała do najskuteczniejszych w kraju. Ówczesny trener drużyny narodowej Czesław Borowicz powoływał nas na zgrupowania kadry, ale gdy przyszły imprezy najwyższej rangi, rezygnował z naszych usług.

Stefan Leśniowski

 

Komentarze







reklama