– To będzie kawał grajka – mówili o Krzysztofie Zapale szkoleniowcy, gdy był w wieku juniora. Piękna jazda na łyżwach, przegląd sytuacji, zadziorność, dobra technika operowania kijem.
– Ma głowę do gry jak nikt. Potrafi z zegarmistrzowską precyzją przewidzieć jak rozwinie się akcja – mówił olimpijczyk, Bogdan Dziubiński.
Wrócił z mistrzostw świata U18, a trenerzy nie znaleźli dla niego miejsca w Podhalu. Musiał szukać szczęścia w Toruniu. Grał w pierwszej lidze. Zawodnik nie kryje, że był to okres, kiedy czuł się królem życia. Myślał- jak to młody poza domem - że świat do niego należy. Być może przez ciekawość życia, tego imprezowego.
- Był zagubiony. Ciężko było do niego dotrzeć, w pewnym momencie poczułem się bezsilny. Wiedziałem, że „Kazek” balanguje. Zacząłem z nim rozmawiać. Uświadomiłem mu, że to już historia. Zapytałem, czy jest zdeterminowany, żeby zrobić pierwszy, a potem kolejne kroki w rozwoju. Odpowiedział, że tak. Słowa dotrzymał, trenował rzetelnie i systematycznie – tak mówił o nim w 2000 roku trener Podhala, Andrzej Słowakiewicz. Był jedynym z tych, którzy podali mu rękę, ale nie jedynym.
- Balangi były – przyznaje Krzysztof Zapała. – Miałem taki okres w życiu. Chyba każdy miał, jeden bardziej balangował, inny mniej. Wszystko staram się robić jak najlepiej, toteż w imprezowaniu też byłem dobry (śmiech). Andrzej Słowakiewicz był pierwszym trenerem, który podał mi rękę. Niemniej w moim życiu było zdecydowanie więcej ludzi, którzy wyciągali do mnie pomocną dłoń. Pamiętam rozmowę z Wiktorem Pyszem, gdy namawiał mnie, bym nie rzucał hokeja, bo byłem zdeterminowany do zakończenia kariery. Namawiał mnie bardzo mocno i nie żałuję, że dałem się przekonać. Niejednej osobie zawdzięczam, że jestem w tym miejscu, w którym jestem. Nie tylko ludziom związanym z hokejem, ale także z prywatnego życia. Z hokejowego środowiska moim aniołami stróżami byli - Łukasz Batkiewicz, Sebastian Biela, Mateusz Malinowski. Oni zawsze byli blisko mnie, gdy życie mi się waliło. Podziwiam Jarka Różańskiego, który przyjmował mnie do drużyny. Nie zmienił się, nadal jest drogowskazem dla młodych. Darzę go wielkim szacunkiem.
Sezon 2006/07 był przełomem w życiu „Kazka”. Wywalczył pierwsze mistrzostwo Polski i po ostatnim meczu powiedział: - Zmieniłem opony na zimowe i lepsza była przyczepność. Poważnie mówiąc, zacząłem na serio, albo jak to woli profesjonalnie, podchodzić do tego co robię. Do tej pory traktowałem to jako zabawę.
- Pamiętam te słowa. Jak się ma 18 lat inaczej się traktuje hokej niż w wieku 25 czy 30 lat. To był w moim życiu osobistym i sportowym szczególny rok. Wiele pozytywnych rzeczy się wydarzyło. Sportowo zdobyłem złoty medal, jedyny, który wisi w pokoju na ścianie, mimo iż mam jeszcze trzy w swojej kolekcji. One są jakby mniej wartościowe, chociaż ten z 2010 roku smakował niesamowicie i powinienem go stawiać wyżej. Jednak z perspektywy czasu, ten z 2007 stawiam wyżej, bo był to sezon, który odmienił moje osobiste życie. Dwa lata wcześniej urodziła mi się córeczka, a w 2006 roku postawiłem sobie za cel bycie abstynentem i do tej pory mi się to udaje. Nawet mistrzostwa Polski nie zmusiły mnie do wypicia lampki szampana. Chciałem wtedy uczyć się żyć bez alkoholu. Okazuje się, że życie bez niego jest o wiele ciekawsze. Jest rewelacyjnie. Niczego nie żałuję. Miałem dwa różne „życia”, teraz to drugie jest lepsze. Cieszę się, że przeżyłem. Do stanu sprzed 2006 roku nie ma powrotu. Uwolnienie się z nałogu nie było takie łatwe. To były lata zagmatwane, jałowe. Teraz się ustabilizowało, a priorytety uległy zmianie. Zawdzięczam to przede wszystkim sobie, ale także córeczce. Ona była głównym motorem moich przemian. Cieszę się, że mi w tym pomogła, chociaż wtedy miała roczek.
Zapała to uosobienie spokoju, ważący każde słowo. Nigdy nie lubił być w centrum uwagi, chociaż na lodzie dowodzi formacją, z racji gry na środku.
– W szatni nie jestem przywódcą - twierdzi. – Raczej jestem typem człowieka spokojnego, chociaż nie stronię od żartów. Nie jestem duszą towarzystwa jaką był Martin Voznik czy Sebastian Łabuz. Nie wiem czy kiedykolwiek mój dowcip rozbawił dwudziestu chłopa w szatni.
Popularny „Kazek” wraca na stare śmieci. Podczas pięcioletniego pobytu w Sanoku zdobył dwa mistrzostwa Polski, ale po ostatnim sezonie czuje ogromny niedosyt.
- To nie tak miało być – przyznaje. - Nadal przeżywam zawód sportowy i organizacyjny. Do dzisiaj są sprawy niedokończone. Dużo można by na ten temat mówić. Pozostańmy przy stwierdzeniu, że ryba psuje się od głowy. Atmosfera w drużynie była dobra. Nie można powiedzieć, że nie trenowaliśmy, bo Miro Fryczer to jeden z najlepszych trenerów jakich spotkałem na mojej sportowej drodze. To samo mogę powiedzieć o Tomku Demkowiczu, tyle tylko, że trenerzy nie decydowali o wielu sprawach. Było trochę bałaganu, który nadal jest sprzątany. Teraz w mediach o Sanoku jest cisza. Były pieniądze i można było tam zbudować coś trwałego. Były tytuły, Puchary Polski, ale przykro, że dzisiaj to już historia. Juniorzy są mistrzami Polski, ale drużyna nie składała się z samych wychowanków, byli w niej przyjezdni.
Zapała sporo trenerów spotkał na swojej drodze, w klubie i reprezentacji kraju. Po raz drugi ma okazję pracować z Markiem Ziętarą. Razem zdobyli pierwszy historyczny tytuł mistrza Polski dla Sanoka, ale to było trzy lata temu.
- Każdy się zmienia. Trener Marek jest inny – twierdzi Krzysztof Zapała – bo chce się rozwijać. Tak jak ja jestem inny. Niektóre metody szkoleniowe uległy zmianie czy też modyfikacji. Na pewno chce być lepszy. Przez te trzy lata, kiedy nie byliśmy razem, poznałem wiele nowinek i innych metod treningowych. Ziętara Fryczer, Demkowicz, Zacharkin, to trenerzy, którzy coś wnieśli do mojego arsenału i dzięki nim jestem lepszy hokejowo.
„Kazek” przyszedł do zespołu, w którym niewielu ma znajomych, z którymi kiedyś tworzył zespół. Młodzi będą na niego patrzyć i uczyć się. A jest się od kogo uczyć. Aż milo się patrzy, jak „Kazek” porusza się na łyżwach, a raczej płynie po lodzie. Z taką lekkością jeździ. Potrafi na metrze objechać obrońcę, oszukać go, puścić sprytnie krążek obok łyżwy i ośmieszyć rywala. Ma pomóc młodym, by byli jak on i osiągnęli tyle co on.
- Przed tymi chłopakami jest przyszłość – twierdzi. – Pokazał to miniony sezon, chociaż, gdy spojrzy się chłodno, to trzeba przyznać, że Nowy Targ miał sporo szczęścia. Nikt nie odmawia walki, serca, ale sporo szczęścia było z Cracovią, a potem z rozbitym Sanokiem. Porażki przyjmuję na klatę, ale każdy kto obraca się w tym środowisku, wie jak te mecze wyglądały. Trzeba na nie z dystansem popatrzyć. Przykro mi było jak Podhale spadło z ligi, jak nie mogło do niej wrócić. Pod wodzą Marka Ziętary i Agaty Michalskiej drużyna się rozwinęła. Nie jest to poziom finansowy taki jak w Tychach, czy był w Sanoku, a więc i sportowy też nie jest taki. Kto ma pieniądze ma lepszą drużynę. Niemniej wszystko weryfikuje ostatni mecz. Każdy z nas zasuwa na treningach, bo zdaje sobie sprawę, że jak teraz naładuje akumulatory, to łatwiej będzie w sezonie.
Stefan Leśniowski










