Hokeiści Podhala na miejsce treningu wybrali sobie brzeg lotniska od strony rzeki Biały Dunajec. Biegali pod górę. Trener Marek Ziętara podzielił trening umownie na trzy tercje. W każdej zawodnicy musieli przebiec siedem razy 400 – metrowe odcinki, z czego 100 metrów było pod stromą górę. „Tercja” trwała 28 minut, a więc była to – jak ktoś określił – „brudna” odsłona. Górę pod którą biegano hokeiści ochrzcili Golgotą Św. Marka. Oczywiście od imienia trenera.

- Rzeczywiście jest to ciężki trening o charakterze wytrzymałościowo- siłowo – szybkościowym – wyjaśnia szkoleniowiec „Szarotek”. „Wódz” stał na szczycie i dyrygował „orkiestrą”. Miał świetny przegląd sytuacji. Jak tylko któryś z zawodników zwalniał natychmiast mobilizował go krzykiem. W pewnym momencie doszło do zabawnej sytuacji. Za Maćkiem Sulką pobiegł pies. – No widzisz jakiego dopalacza dostałeś. Za każdym powinien biec pies, bo wtedy wydobędziecie z siebie całą moc – żartował. Gdy kończyli pierwszą „tercję” podpuszczał chłopaków: - To dopiero szóste okrążenie? – Nie trenerze, siódme – nie dali się zwieść.

- Mój mózg już nie pracuje. Jestem zaprogramowany, że tylko na gwizdek reaguję – zwierzał się kolegom Daniel Kapcia. - Już jestem stary, niedługo mi 30- tka stuknie, wszystko mnie boli. Bieg z górki najlepiej mi idzie – twierdził Tomek Rajski.
- Spoko. Nic strasznego – twierdził z kolei Damian Zarotyński. Ze wszystkich pot lał się ciurkiem. Tylko Patryk Wronka z uśmiechem na twarzy pokonywał szczyt. – On mało masy wywozi na górę. Jest mu lżej – skomentowano.
- W drugiej tercji już lepiej mi idzie. Chyba przyzwyczaiłem się do wysiłku. Góra stała się jakby bardziej przyjazna – odparł Kamil Kapica.
Zajęcia zakończyły się po dwóch godzinach. Hokeiści byli zmaltretowani.
Tekst i zdjęcia Stefan Leśniowski










