- Nie ukrywaliśmy, że jechaliśmy na najważniejszą imprezę sezonu z mieszanymi uczuciami – mówi olimpijczyk, Józef Batkiewicz. – Były obawy czy poradzimy sobie w 10-osobowym składzie. Tym bardziej, iż turniej jest bardzo wyczerpujący. Gra się dwa mecze dziennie, co prawda tylko po dwie tercje, ale trzeba wziąć pod uwagę, że zawodnicy nie są już nastolatkami. To duże obciążenie dla oldboja. Tymczasem konkurencja prężyła muskuły. Dysponowała minimum trzema piątkami, a nawet czterema. Cracovia miała ponad 20 graczy i… zajęła ostatnie miejsce. W przyszłym sezonie czekają ją baraże. Myśmy też bali się baraży, bo pierwotnie miały cztery drużyny spadać. Dzisiaj dostałem potwierdzenie od Tadka Cichonia, który nadzoruje mistrzostwami, że wszystko pozostaje po staremu. Sosnowiec, który w przyszłym roku będzie gospodarzem mistrzostw, potwierdził, że ma warunki do przyjęcia dziesięciu ekip. Konkurencja była bardzo mocne. Nawet słabeusze z poprzednich czempionatów - Toruń i Gdańsk - mieli młodych chłopaków, niesamowicie wygonionych. Mecze były bardzo szybkie, dawno takich nie widziałem w oldbojach.
- Siódmy mistrzowski tytuł w historii Old Boys Podhale był na wyciągnięcie ręki.
- Byliśmy jedyną drużyną, która nie przegrała meczu w turnieju. Zabrakło szczęścia w finale, bo była sytuacja na podwyższenie prowadzenia (3:1) i byłoby po meczu. Kubowicz pięknie wystrzelił pod poprzeczkę, ale… nie wpadło. Karne to loteria. Chłopcy po wyczerpującym turnieju nie mieli już sił, a więc precyzja strzałów nie była taka, jak być powinna. Niemniej to co dokonaliśmy, w takim ilościowym składzie, to ogromny sukces. Nie mieliśmy dwóch bramkarzy olimpijczyków – Gabriela Samoleja i Marka Batkiewicza. Ten ostatni dojechał do nas na ostatni mecz grupowy w Cracovią. Gdybyśmy hokeistów spod Wawelu nie „przeciągli”, to nie gralibyśmy o pierwsze miejsce. Muszę w tym miejscu schylić czoło przed Włodkiem Krauzowiczem. Stanął w bramce, mimo iż sześć lat nie miał na sobie sprzętu. Po zaledwie kilku treningach zdecydował się nam pomóc w trudnej sytuacji i byłem w szoku, bronił wyśmienicie, szczególnie w meczach z Sanokiem i Bytomiem. Nie chciałbym nikogo wyróżniać, bo wszyscy zapracowali solidnie na ten medal. Wszyscy zrobili bardzo dużo, potrafili wyskoczyć z „portek”. W sporcie tak jak w życiu, jedni mają większe umiejętności, drudzy mniejsze, ale najważniejszy jest charakter, serce. Z tych walorów słynęło Podhale, nigdy się nie poddawało, nawet w najtrudniejszych momentach. Chylę czoło przed chłopakami. Wielkie osiągniecie i wielki ubytek zdrowia. Widziałem jak zjeżdżali do boksu, nieraz z „odciętym prądem”, słaniali się na nogach, byli wyczerpani do granic możliwości. Po chwili oddechu, walczyli dalej, nie odpuszczali. Dzisiaj mogą mieć satysfakcję. Idąc rynkiem zaczepiali mnie kibice i gratulowali, nawet pan Jagła.

- Mówisz, że zabrakło szczęścia w finałowym meczu, ale kontrowersyjna 10 - minutowa kara dla Pawła Gila zapewne też pomieszała wam szyki.
- Oczywiście, bo musieliśmy grać na trzech obrońców. W ostatnim meczu eliminacyjnym wyskoczył ze składu z powodu kontuzji Paweł Zych, ale na szczęście dojechał do nas Tadeusz Puławski, prosto z pracy. To też godna podziwu postawa. Sędziowie w meczach o medale trochę drukowali. Takiej kary jaką otrzymał Paweł nie ma w oldbojach. Arbitrzy zasłaniali się regulaminem PZHL, a my od 23 lat mamy swój wewnętrzny. PZHL nie ma szacunku dla oldbojów, tylko głupka rżnie. Sprawa kary wyjaśniła się podczas wspólnej kolacji. Dotarł na nią Tadek Cichoń i okazało się, że w oldbojach kara 6- minutowa jest najsurowsza. Chyba, że dyrektoriat za brutalny faul wykluczy zawodnika. Przy okazji poruszyliśmy temat powołania 3- osobowej rady, która będzie miała pieczę nad organizatorami turnieju, bo nie zawsze sobie radzą. Nie znają przepisów i regulaminów. Dochodzi do niepotrzebnego zamieszania. Wnioskowaliśmy, by w przyszłości mecze decydujące o medalach prowadzili sędziowie ligowi, a nie z przypadku, bo ci popełniają wielbłądzie błędy i potem niepotrzebne są emocje, nieraz dochodzi do przepychanek, a nawet rękoczynów. Po co to, przecież jesteśmy starszymi panami i powinniśmy się szanować.
- Na treningach tłok, a jak przychodzi do głównego turnieju, to nie ma kto jechać. Dlaczego tak się dzieje?
- Dobre pytanie. Gdzie są zawodnicy, którzy niedawno zakończyli kariery? Przecież nie są wiekowi. Wszyscy w dzisiejszych czasach są zapracowani, ale jeśli się chce, to można wykroić raz w roku trzy dni na wspólną zabawę. Zaproszeń nie będziemy wysyłać. Każdy powinien przyjść, bo jesteśmy jedną wielką hokejową rodziną. Panowie, trochę ruchu wam nie zaszkodzi. Zróbcie to dla zdrowia, drużyny i miasta. Na przyszły sezon sytuacja ulegnie zmianie. Dołączy do na pięciu chłopaków, którym w tym roku kryteria wiekowe nie pozwoliły na wzięcie udziału w czempionacie. Za dwa lata kolejna piąta nas wzmocni.

- Czyli przyszłość rysuje się kolorowo, a jeszcze trzy miesiące temu rozważaliście rozwiązanie stowarzyszenia.
- W styczniu doszło do nerwowej sytuacji. Zwołaliśmy zebranie, by każdy przedstawił swój punkt widzenia na aktualną sytuację. Głównie chodziło o sytuację kadrową. Przygotowywaliśmy się do mistrzostwo Polski, a brak było chłopaków, nie wykazywali zainteresowania treningami, uczestniczeniem w turniejach. Młodzi, którzy niebawem przejmą od nas ster zdeklarowali się, że będą kontynuować działalność i nawet gdyby przyszło im grać baraż, to stwierdzili, że sobie w nim poradzą. Teraz już nie muszą się martwić o baraż. Doszliśmy do wniosku, że łatwo rozwalić, ale potem odbudowa może trwać latami. Nie zawsze też udaje się przywrócić poprzedni stan. Mamy aktualny przykład Podhala. W 2010 roku drużyna zdobyła tytuł mistrza Polski, perspektywiczne chłopaki, które dla miasta mogły latami kolekcjonować trofea. To mogła być era Podhala, taka jak nasza w latach 70- tych. No cóż, dzisiaj widzimy, z jakim trudem trwa rekonstrukcja tego, co zostało lekką rączką zniszczone.
- Jakbyś porównał aktualne sportowe pokolenie do waszego?
- Dzisiaj młodzież jest wygodna. Ma wszystko na wyciągnięcie ręki, rodzice za niego zrobią. Jak widzę, że rodzic idzie na trening z dzieckiem, obojętnie w jakim wieku, niesie mu sprzęt, ubiera, to wiem, że z tego chleba nie będzie. Figa będzie z tego. W Polsce brakuje młodym charakteru. Moje pokolenie było całkiem inne. Przeciwności losu nas tylko wzmacniały i mobilizowały. „Presja” - nie istniało w naszym słowniku. Nie baliśmy się hokejowych potęg – ZSRR, Szwecji, Czechosłowacji. Mimo porażek, w każdym meczu po bandach ich rozstawialiśmy, walczyliśmy na maksa, bo wiedzieliśmy, że tylko w taki sposób można podnosić umiejętności. Nikt z góry się nie poddawał. Mój wnuk ma świetne warunki fizyczne, dużo energii. Chcieliśmy ją wykorzystać dla hokeja. Był na 2-3 treningach, ale… szatnia i sprzęt mu śmierdział. Takie czasy.

- Hokej w Nowym Targu przetrwa?
- Nie wiem. Nie jestem blisko klubu. Wiem tylko jedno, że trzeba mieć pieniądze, a najważniejszy jest obiekt, czyli etykieta. Jeśli jest ładna, to przyciąga możnych. Z przykrością muszę stwierdzić, że widok zewnętrzny i wewnętrzny, to wielki dramat. Tylko w Bytomiu jest gorsza hala. Powiedziałem prezesowi Polonii, Markowi Stebnickiemu, że jego obiekt jest przykładem stanu polskiego hokeja. Prezes okazał się sympatyczną osobą, nie obraził się, przytaknął. U nas jest troszkę lepiej, ale nie spełnia wymogów czasu. Bytom ma jednak prężnie działających ludzi i w tym roku rusza budowa hali wielofunkcyjnej przy boisku piłkarskim. Obecna będzie służyć młodzieży do treningu i organizacji ślizgawek. My, z obecnym obiektem zostaniemy daleko w tyle.
Rozmawiał Stefan Leśniowski
Zdjęcia Ryszard Bielak










