Po ciężkim urazie Jakuba Hładowczaka Lubań jakoś nie może pozyskać golkipera, który dawałby gwarancję poprawnej gry na swoim posterunku. Nie chodzi tu o takie umiejętności, które mały by gwarantować zwycięstwa w każdym meczu, ale o taka postawę, do której nawet w przypadku przegranej nie można byłoby mieć pretensji. A niestety wszyscy następcy Hładowczaka są bardzo niepewni popełniają nieraz tak rażące błędy, które co tu dużo mówić pozbawiają drużynę punktów, ale też nie wpływają mobilizująco na zawodników w polu. Zdaniem wielu obserwatorów w meczu z Wierną Małogoszcz bramkarz Lubania dopuścił się dwu pomyłek, po których goście zdobyli gole i wygrali. Teraz w wyjazdowym spotkaniu z Granatem w Skarżysku Wojciech Okręglak nie tylko popełnił błąd rozmijając się z piłką, ale ratując sytuację a może i swój prestiż zagrał celowo ręką poza polem karnym, za co został ukarany czerwoną kartką. Działo się to w 17 minucie spotkania a maniowianie prowadzili wtedy 1-0 po celnie wyegzekwowanym rzucie karnym przez Jacka Pietrzaka podyktowanym za faul na Świerzbińskim. Mimo tak niekorzystnego zbiegu okoliczności nasza drużyna wprawdzie w 34 minucie spotkania straciła bramkę, ale utrzymywała satysfakcjonujący remis właściwie do końca spotkania. Niestety w czwartej minucie doliczonego czasu gry straciła gola i musiała wracać z dalekiej wyprawy z województwa świętokrzyskiego na tarczy. Doprawdy nie ma się, co dziwić trenerowi Markowi Żołędziowi, że nie miał ochoty na rozmowy z mediami. Zły los towarzyszył maniowianom od początku tegorocznych rozgrywek, później przyszło przełamanie, może najbliższy mecz z Wisłą Sandomierz u siebie takim będzie? Piłkarskie porzekadło mówi, że suma złych i dobrych przypadków równoważą się i oby te dobre zaczęły przytrafiać się naszemu jedynakowi w III lidze.
Lubań Maniowy walczy o pozostanie na III ligowym froncie natomiast pewnie w tym kierunku zmierza Poroniec Poronin. W minionej kolejce poronianie podejmowali lokalnego rywala Watrę Białka Tatrzańska. Ten mecz był najważniejszym wydarzeniem piłkarskim w miniony weekend na Podhalu. Poroniec wygrał pewnie 3-0 i ten wynik jest jak najbardziej zasłużony, chociaż piłkarze Watry też mieli szanse na zdobycie goli. W futbolu jest jednak tak, że albo zdobywa się gole ze swoich akcji, albo wykorzystuje się błędy rywala. Często własne akcje wynikają z błędów rywali. I tak też było w tym meczu. Niżej notowana drużyna Watry popełniła zbyt wiele błędów, aby sprostać mocnej personalnie drużynie lidera IV ligi. Aby osiągnąć korzystny wynik z Porońcem drużyną, która na boisku jeszcze w tegorocznych rozgrywkach punktów nie straciła trzeba zagrać taktycznie mądrze i konsekwentnie i oczywiście prawie bezbłędnie. Watra wprawdzie zastosowała słuszną strategię wzmocnionej defensywy, ale dobór graczy do wykonania tego zadania był chyba nietrafny. Przede wszystkim ustawienie Pawła Janasika przed czwórką obrońców okazało się błędem, bo pomocnik Watry czuł się na boisku zagubiony. Jego predyspozycje służą zespołowi do gry ofensywnej, a w obronie nie bardzo wiedział, co ma grać. Na to miejsce bardziej nadawał się Paweł Łojek, który w drugiej połowie zagrał w obronie, ale na lewej stronie w miejsce Rafała Kostrzewy. Poza tym zamiana dobrze grającego Marcina Zubka na Łukasza Remiasza była też niezbyt dobrym pociągnięciem, bo Remiasz podobnie jak Zubek sam w przodzie niewiele mógł zrobić. Pozostawienie ich obu z przodu dawało większe szanse na strzelenie gola szczególnie w sytuacji, gdy zespół już przegrywał. Inna roszada Nowobilskiego na Skawskiego też nie wpłynęła na zmianę, jakości na prawym skrzydle Watry. Wejście Andrzeja Rabiańskiego w końcówce spotkania niewiele mogło zmienić, chociaż grający prezes Watry wniósł trochę ożywienia w poczynania swojego zespołu, bo Poroniec prowadził już 2-0 i kontrolował przebieg meczu. Jeżeli chodzi o zwycięzców to poronianie zagrali poprawnie, ale niezbyt porywająco. W pierwszej połowie mieli trzy dobre okazje na zdobycie bramek po akcjach Rafała Waksmundzkiego, ale tylko jedną zamienili na gola też niezbyt efektownego, bo Maciej Drobny po prostu wepchnął piłkę do siatki. Zarówno trener poronian jak i sami piłkarze byli zgodni, że ich gra była obciążona emocjami wynikającymi z charakteru spotkania.
Trener Tomasz Rogala: - To był typowy mecz walki i zazwyczaj taki charakter mają spotkania derbowe. Nie będę ukrywał, że męczyliśmy się w tym meczu pełne 90 minut mimo prowadzenia do przerwy 1-0. To, że rywale zagęścili środek boiska nie powinno nas zaskoczyć otworzyła się, bowiem szansa na grę bocznymi sektorami boiska, czego przykład w pierwszej połowie dał kilkakrotnie Rafał Waksmundzki, szkoda, że tylko jedna jego akcja została wykorzystana. Mam także zastrzeżenia do gry naszego bloku defensywnego, bo momentami panował w nim chaos. Niestety niektórzy nasi zawodnicy nie potrafili opanować nerwów i wyszliśmy na boisko „ze spętanymi nogami”, co jak wiadomo nie wpływa, na jakość gry. Dlaczego tak się dzieje? Chyba przyczyna leży w psychice tych zawodników, którzy wywodzą się z naszego podhalańskiego środowiska. Oni chcą za wszelką cenę udowodnić wyższość nad swoimi często kolegami a teraz rywalami. To ich zapewne paraliżuje, bo przecież w innych meczach grają znacznie lepiej. To oczywiście nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo tak było jeszcze w rozgrywkach V ligi czy to w spotkaniach z Zakopanem, Jordanowem czy Szaflarami. Tak było i w tym sezonie z oboma naszymi lokalnymi rywalami. Jeżeli nasi przeciwnicy twierdzą, że bramki stracili, bo się odkryli to nie będę się spierał, ale chcę zauważyć, że my przewidzieliśmy taki scenariusz i wprowadziliśmy na boisko dwu bardzo szybkich piłkarzy: Maćka Ustupskiego i Marcina Grelę i to właśnie oni zdobyli dwa gole. W sumie, chociaż nasza gra może nie była zbyt piękna to zainkasowaliśmy komplet punktów a na razie o to chodzi. Mam nadzieję, że w przyszłości pokażemy nie tylko skuteczną, ale i ładną grę, która da nam satysfakcjonujący końcowy wynik. To, że w powszechnej opinii uchodzimy za głównego kandydata do awansu nie może nas ani deprymować ani uspakajać. Mamy cel i chcemy go jak najlepiej zrealizować.
Istotnie długi czas piłkarze Porońca nie grali tego, na co ich stać, zatem trudno dziwić się irytacji trenera jak też niektórych piłkarzy. W pewnym momencie stoper poronińskiej drużyny Artur Prokop krzyknął do swoich partnerów z boiska „zdejmijcie pampersy i zacznijcie grać”.
Poroniec wygrał i nie spełniły się nadzieje piłkarzy Watry, że będą pierwszą drużyną, która powstrzyma Poroniec. Trener Stanisław Strama po meczu powiedział: - Poroniec był faworytem tego spotkania i faworyt wygrał. Moim zdaniem niepotrzebnie odkryliśmy w drugiej połowie, bo wynik mógłby być dla nas bardziej satysfakcjonujący. Nasza bardziej otwarta gra w drugiej połowie zakończyła się dwoma skutecznie zakończonymi przez gospodarzy kontrami. Zamiana Marcina Zubka na Łukasza Remiasza wyniknęła z powodu lekkiego urazu mięśnia, jakiego Zubek doznał w poprzednim spotkaniu. Nie była to wprawdzie zmiana wymuszona, ale Marcin nie mógł jednak grać na pełnych obrotach.
Poroniec wygrał oba derbowe mecze ten z Watrą i z Zakopanem ale drużyna z podobno „zimowej stolicy Polski” też zainkasowała komplet punktów w meczu z Jadowniczanka Jadowniki rozgrywanym na stadionie przy ul. Orkana. Trener zakopiańczyków Marian Tajduś bardzo pragnął tej wygranej, bowiem obawiał się, że w przypadku niepowodzenia prowadzona przez niego drużyna bardzo obniży się w ligowej tabeli. Tak mogłoby się stać, bowiem zakopiańczycy zagrają dopiero za dwa tygodnie w najbliższej kolejce będą odpoczywać. Stało się, tak bowiem, wyznaczony na 6 października mecz z Helena Nowy Sącz zakopiańczycy rozegrali awansem przegrywając zresztą 1-4 bo w tym dniu związek małżeński zawiera jeden z piłkarzy KS Zakopane Andrzej Król i na weselu będzie kilku jego kolegów z drużyny. Zresztą ta sprawa też była powodem obawy trenera Tajdusia o wynik konfrontacji z Jadowniczanką, jako, że kilku zawodników z jego teamu było na tak zwanym „wieczorze kawalerskim”. Jeżeli piłkarze po takim wieczorze będą tak grali jak na początku spotkania z Jadowniczanką to trener Tajduś powinien życzyć sobie takich wieczorów, co tydzień. Zakopiańczycy, bowiem rozpoczęli mecz z wielkim animuszem i tak naprawdę powinni po 45 minutach prowadzić dwoma, trzema bramkami, tymczasem drużyny do szatni schodziły przy bezbramkowym rezultacie. Po zmianie stron w obrazie gry nic się nie zmieniło, gospodarze atakowali, ale bez specjalnych efektów, goście zachowywali się biernie. Tymczasem w 62 minucie zakopiańczycy nieoczekiwanie zdobyli bramkę. Dopiero wtedy drużyna Jadowniczanki obudziła się z letargu i końcówka spotkania stała się bardzo emocjonująca. W kilku sytuacjach goście byli bliscy wyrównania, jednak zabrakło im zimnej krwi pod bramką Pyskatego, lub precyzji. Chcąc wyrównać Jadowniczanka poszła do przodu niemal dziesiątką zawodników stwarzając szanse gospodarzom na wyprowadzenie skutecznej kontry. Udało się im dopiero w ostatniej minucie spotkania. Po tym golu sędzia zakończył mecz a zawodnicy Jadowniczanki padli na murawę niczym rażeni piorunem. Dlaczego piłkarze z Jadownik zagrali normalnie dopiero po utracie gola pozostanie ich tajemnicą i trenera. Grając przez pierwszą godzinę bardzo zachowawczo prosili się o karę i w końcu ją otrzymali. Ale to nie zmartwienie trenera zakopiańczyków, który po meczu powiedział.
- Miałem obawy o wynik tego spotkania, bo nie wystąpiliśmy w nim w optymalnym składzie i na dodatek jak wiem niektórzy zawodnicy przeddzień meczu spędzili na wieczorze kawalerskim. Ale skoro nie wpłynęło to znacząco na ich postawę to jestem im wdzięczny za zaangażowanie, za ambicję. Wprawdzie popełniliśmy kilka błędów w pierwszej połowie w rozegraniu niektórych akcji, bo już wtedy powinniśmy zapewnić sobie prowadzenie dwoma, trzema bramkami i nie było by tak nerwowej końcówki. Swoją drogą, jeżeli wygraliśmy w takich okolicznościach to w kolejnych meczach nie powinno być gorzej - powiedział Marian Tajduś.

Jednym z kibiców meczu zakopiańczyków z Jadowniczanką był piłkarz Porońca Józef Zasadni, który podzielił się z nami kilkoma refleksjami na temat swojego spotkania z Watrą: - Jestem tu w Zakopanem, ponieważ trzeba jakoś wypełnić czas w to niedzielne popołudnie. Zwykle spędzam je na boisku grając mecz tymczasem z Watrą rozegraliśmy spotkanie znacznie wcześniej i dlatego moja obecność tu na trybunach zakopiańskiego stadionu. Co do samego spotkania z Watrą to podzielam opinię trenera i kolegów, że nie zagraliśmy dobrego meczu. Owszem tak jak z Zakopanem było w nim dużo walki, ale mało składnej gry. Z innymi zespołami z poza Podhala gramy dużo lepiej i chyba swobodniej. Nie wiem, z czego to wynika z naszych emocji czy z presji, która dotyka nas szczególnie w meczach derbowych dość, że nie możemy być zadowoleni z naszej postawy. Ja niestety też nie mogą zaliczyć tego spotkania do szczególnie udanych, zagrałem gorzej poniżej swoich możliwości. Wprawdzie wygraliśmy zasłużenie, ale chyba trochę za wysoko. Z drugiej strony cieszy fakt, że na Podhalu powstało kilka klubów, które awansowały w piłkarskiej hierarchii. Zapewne wielka w tym zasługa sponsorów, którzy w tych trudnych czasach dają takie finansowe wsparcie, że niektórzy zawodnicy są w stanie utrzymać siebie i swoje rodziny z gry. To oczywiście z jednej strony daje pewną stabilizację życiową z drugiej nakłada na nas takie zobowiązania, którym musimy sprostać. Mam nadzieję, że nam się to uda.

Józef Zasadni był na meczu Zakopanego z Jadowniczanką dla przyjemności, ale dlaczego na nim nie było nikogo ze sztabu szkoleniowego Watry wszak białczanie będą jeszcze grali z oboma klubami.
W cieniu derbowego spotkania Porońca z Watrą w Nowym Targu rozgrywany był derbowy mecz podhalańskich drużyn występujących w V lidze Podhala z Jordanem Jordanów. Wygrał Jordan 3-1 i to w sytuacji, gdy jordanowianie po czerwonej kartce dla Czubina od 27 minuty grali w dziesiątkę. Ten mecz wykazał, że piłkarze Podhala muszą jeszcze nabrać doświadczenia na V ligowych boiskach. Na razie płacą frycowe, bo przegrali oba derbowe mecze zarówno z Szaflrami jak i z Jordanem nie będąc wcale zespołem znacznie gorszym od regionalnych rywali. Nie zdobywając jednak punktów nowotarżanie obniżają się w ligowej tabeli a to wcale nie sprzyja dobrej atmosferze, która jest warunkiem sine qua non (niezbędnym), aby osiągać dobre rezultaty w sporcie. Z kolei Jordan w tegorocznym sezonie gra bardzo chimerycznie. Wygrał oba mecze z Podhalanami, ale potracił punkty z teoretycznie słabszymi rywalami. Może jednak od tego meczu podopieczni trenera Jakuba Jeziorskiego ustabilizują formę i zaczną grać dobrze i skutecznie tak jak to czyni drużyna z Szaflar. Szaflarzanie konsekwentnie wygrywają u siebie i przywożą remisy z boisk rywali ostatnio 2-2 z Popradem w Rytrze a to owocuje wysokim drugim miejsce w tabeli. Jordan jest trzeci a Podhale niestety już na 11 miejscu. Za tydzień jednak wszyscy grający Podhalanie będą mieć szansę na powiększenie dorobku punktowego i oby tak było.
Tekst i zdjęcia Ryb










