14.08.2012 | Czytano: 1403

III i IV liga: Połowiczny sukces(+zdjęcia)

PODSUMOWANIE KOLEJKI: Pierwsza kolejka rozgrywek nie przyniosła jakichś oszałamiających wyników naszym podhalańskim ligowcom. Przypomnijmy, że Lubań Maniowy gra w małopolsko-świętokrzyskiej III lidze, Watra Białka Tatrzańska, KS Zakopane i Poroniec Poronin reprezentują nasz Podokręg w tarnowsko-nowosądeckiej IV lidze (grupa wschodnia). Oczywiście zadowoleni mogą być w KS Zakopane i Porońcu, bo wygrali, odmienne nastroje zapewne panują w zespołach Lubania Maniowy i Watry, jako, że obie drużyny doznały porażek, mimo iż grały na swoich boiskach.

Hierarchicznie najwyżej sklasyfikowany Podhalański zespół Lubań Maniowy przegrał z Przebojem Wolbrom 2-5. Niby nic zaskakującego, bo w ubiegłym sezonie Lubań też przegrywał z tą drużyną 0-3 i 0-2. Niepokoić mogą jednak okoliczności tej przegranej. Okazało się, że maniowianie tuż przed rozgrywkami nie dysponują drugim bramkarzem. Przymiarka do Jakuza była delikatnie mówiąc niewypałem ze względu na jego cechy mentalne. W ostatniej chwili ściągnięto z Zakopanego Jakuba Kożucha, dla którego z kolei zabrakło nawet miejsca na ławce rezerwowej w macierzystym klubie po pozyskaniu przez zakopiańczyków Krzysztofa Pyskatego. Jeszcze na tydzień przed inauguracją ligi Kożuch bronił w sparingowym meczu pomiędzy Zakopanem a Lubaniem w barwach Zakopanego a teraz ze względu na kontuzję Wojciecha Okręglaka musiał debiutować w III lidze. I niestety ten debiut mu się nie udał. Trener Marek Żołądź stanął po prostu pod ścianą.

Ze względu na kontuzję Wojtka Okręglaka byłem zmuszony wystawić w bramce Kubę Kożucha, który sam się zgłosił do naszego klubu. Oczywiście wiedziałem, że to ryzyko i w innych okolicznościach tak bym nie postąpił. Z pewnością Kuba Kożuch dostał by swoją szansę, ale niekoniecznie przed własną publicznością i w inauguracyjnym meczu. Stało się jak się stało i nic już tego nie zmieni. Z samej gry zawodników w polu mogę być zadowolony. Graliśmy w ten sposób, jaki nam najbardziej odpowiada i na jaki nas aktualnie stać a więc wzmocnioną defensywą i szukaniem swoich szans w kontratakach. Mieliśmy nawet swoje okazje i przy stanie 0-3 udało się nam zdobyć bramkę, ale niestety kolejny błąd przytrafił się naszemu bramkarzowi, co już zupełnie podłamało resztę chłopaków. Mimo tej oczywistej wpadki my zrobimy wszystko, aby pod względem sportowym zaprezentować się z jak najlepszej strony. Na kolejny mecz jedziemy do Starachowic. Z Juwentą mamy dodatni bilans, ale nie na tym opieram nasze nadzieje na dobry wynik. Po prostu chcemy zaprezentować ambitną i pełną zaangażowania grę, alby po meczu móc sobie powiedzieć, że zrobiliśmy wszystko, na co nas było stać – podsumował trener Lubania.

Także nieudany start do rozgrywek zanotował nasz dotychczas drugi w hierarchii futbolu zespół Watra Białka Tatrzańska. Białczanie przegrali z broniącą się w poprzednim sezonie przed spadkiem Grybovią Grybów 1-2. Tak na marginesie to można przypomnieć, że białczanie pomogli Grybovii utrzymać się w lidze przegrywając ostatni mecz z tą drużyną u siebie. I niestety sytuacja się powtórzyła. Tamten mecz był jednak dla naszej drużyny bez znaczenia, ten miał bardzo dużą wagę. Wiadomo, że dobry start to nie tylko punkty, ale też psychiczne nastawienie do rozgrywek, dobre samopoczucie przed kolejnymi meczami, pozytywne nastawienie do czekających drużynę wyzwań. I z tego punktu widzenia porażka drużyny prowadzonej przez trenera Stanisława Stramę boli i martwi.

- Jesteśmy trochę zasmuceni tą przegraną, bo wcale nie byliśmy w tym meczu słabsi. Nie chcę szukać wymówek, ale dopadł nas w tym spotkaniu rzeczywisty pech. Po pierwsze uważam, że prawidłowo zdobyliśmy dającą nam prowadzenie bramkę, której sędzia dopiero po długim namyśle nie uznał. Tak naprawdę to nie Teper faulował bramkarza gości, ale jego dwaj partnerzy wpadli na niego. Po drugie pierwszego gola dla Grybovii zdobył zawodnik pomagając sobie w przyjęciu piłki ręką, czego sędziowie niestety nie zauważyli. Ja nie twierdzę, że to były intencjonalne błędy, ale to już kolejny mecz prowadzony przez tego arbitra, w którym przegrywamy albo tylko remisujemy. Nieudany start stawia nas w trudnym położeniu tym bardziej, że teraz jedziemy do Wolanii Wola Rzędzińska, z którym to zespołem zwykle nam się nie wiodło. Ale może właśnie te przeciwności losu pozwolą nam na osiągnięcie korzystnego wyniku w wyjazdowym spotkaniu – powiedział Stanisław Strama.

Zadowolenie, ale oby nie euforia panuje w KS Zakopane. Nasz absolutny debiutant na boisku COS ze sztuczną trawą pokonał szósty zespół IV ligi z poprzednich rozgrywek Skalnik Kamionka Wielka 4-1 i wspólnie z Heleną Nowy Sącz został pierwszym liderem. Wygrana zakopiańczykom absolutnie się należała, bo szczególnie w końcówce spotkania byli zespołem lepszym i właśnie w tym okresie zapewnili sobie wygraną. Tak naprawdę rozstrzygającą bramkę zdobył wprowadzony w 75 minucie Mateusz Kłosowski. Ten bardzo zdolny piłkarz taki enfant terrible zakopiańskiego futbolu, do gry został desygnowany w miejsce pozyskanego z Lubania Tylmanowa Sylwestra Kurnyty. Zdobył gola z pozycji, w której na początku spotkania znajdował się napastnik Skalnika Chochla a on właśnie przestrzelił. Kłosowski umieścił piłkę idealnie w rogu bramki. Ciesząc się z wygranej zakopiańscy piłkarze nie powinni jednak zapominać, że dwukrotnie pozwolili gościom znaleźć się w sytuacjach sam na sam, których to rywale nie wykorzystali a działo się to przy stanie 0-0 i 1-1. W innych meczach przeciwnicy nie muszą być tak litościwi. Tym niemniej na tle rosłych a może nawet przerośniętych rywali przez to mało zwrotnych i wolnych zakopiańscy piłkarze zaprezentowali się z dobrej strony a akcja, po której zdobyli pierwszego gola zasługuje na uznanie. I właśnie w tym kierunku powinni iść zakopiańczycy w kolejnych meczach. Teraz zagrają chyba znowu na COS-ie, bo pogoda w Zakopanem nadal jest fatalna z rezerwami Sandecji z klubem, w którym onegdaj trenerem był obecny szkoleniowiec KS Zakopane Marian Tajduś.

- Jestem zadowolony z postawy chłopaków w meczu ze Skalnikiem, chociaż oczywiście nie ustrzegliśmy się błędów. Popełniliśmy je w obronie, ale też zbyt wolno rozgrywaliśmy swój atak. W sumie jestem jednak zadowolony z chłopaków. Pokazali iście góralski charakter, ambicję i wolę walki. Jestem, zatem dobrej myśli przed środowym spotkaniem z Sandecją - powiedział po meczu trener Tajduś.

W niedzielne popołudnie na obiektach COS tyle, że na głównej płycie swoje inauguracyjne spotkanie z Orkanem Szczyrzyc rozegrał Poroniec Poronin i wygrał 3-1. I w tym przypadku wygrana naszej drużyny jest absolutnie zasłużona. Szczególnie druga połowa meczu była udana dla poronian i gdyby nie indolencja strzelecka ten wynik mógłby być znacznie korzystniejszy dla naszej drużyny. Początek meczu też był udany, bo Poroniec objął prowadzenie i miał jeszcze kilka okazji do podwyższenia wyniku. Tymczasem w 27 minucie obrońcom Porońca przytrafił się koszmarny błąd, którego nie powinni popełniać nawet trampkarze. Po prostu defensorzy Porońca, mimo iż kryli zawodnika gości pozwolili mu obrócić się z piłką na 6 metrze i z takiego prezentu napastnik Orkana skorzystał zdobywając wyrównującego gola. W przerwie meczu trener Rogala na jej początku zostawił zawodników w szatni samych i dopiero po dłuższej chwili poszedł do nich. Musiało dojść do męskiej rozmowy, bo na drugą cześć meczu wyszła inna drużyna Porońca, grająca szybciej i bardziej zdecydowanie. To zaowocowało dwoma golami w 53 i 56 minucie. I w zasadzie było już po meczu, bo goście nie mieli argumentów, aby ten wynik zmienić. Tym razem defensywa Porońca nie popełniała już rażących błędów, za to niestety jak już wspomnieliśmy nieudane zagrania przytrafiały się graczom przednich formacji. Na ostatnie 10 minut spotkania na murawie w poronińskim zespole pojawił się Ryszard Czerwiec. Miał już nie grać w drużynie, Porońca ale znowu został przygarnięty przez prezesa Józefa Pawlikowskiego i zaakceptowany przez trenera Tomasza Rogalę.

- Rysiek Czerwiec jest w naszej drużynie właśnie po to, aby w trudnych momentach, w końcówkach spotkania uspokoić grę, przytrzymać piłkę i tak ją rozegrać, aby nie stała się nam krzywda - mówi trener Porońca. - Uważam, że początek meczu był dobry w naszym wykonaniu i pod naszą kontrolą do momentu utraty przez nas gola. Nie chcę już znęcać się nad naszymi obrońcami, ale dali się ograć jak dzieciaki. A przecież przed startą bramki mieli już sygnał ostrzegawczy. Niestety to nie są nasze nowe problemy w tym elemencie gry dobrze jednak, że w drugiej połowie udało się nam szybko zdobyć dwa gole i praktycznie do końca spotkania kontrolowaliśmy jego przebieg. Było jednak trochę chaosu, bo rywale nie mając nic do stracenia rzucili się do przodu jednak poważnie nam nie zagrozili a wejście Ryśka Czerwca spowodowało, że ten chaos został przez naszą drużynę opanowany – zakończył szkoleniowiec.

Poroniec wygrał pewnie i zasłużenie z zespołem sprawiającym nieco lepsze wrażenie niż Skalnik, teraz jedzie do beniaminka Olimpii Wojnicz. Chyba w tym składzie poronianie nie powinni mieć problemów z pokonaniem gospodarzy, ale oczywiście pewności nie ma. Mecz w Wojniczu poronianie rozegrają środę o godzinie 18. Chyba przy takiej aurze to trochę późna godzina, ale to już problem organizatorów rozgrywek.

Ryb

Komentarze







reklama